PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Teksty z miesięcznika

Uwagi o homo viator

Jan Barański
Teksty z miesięcznika Jan Barański

Może powinno się zacząć od tego: co to znaczy „podróż”? Kiedy się „podróżuje”? Jak daleko trzeba się oddalić, by móc tej nazwy użyć? Ile granic trzeba przekroczyć?

Etnologia, zwana też szumniej antropologią kulturową, od początku wiązała swoje przeznaczenie z podróżowaniem. Odległym mniej lub bardziej – trzeba się było przemieścić w stronę tych, którzy byli odmienni. Z czasem podróże z początkowego zainteresowania światami egzotycznymi przenosiły się w rejony mniej oddalone. Obcych zaczęto doszukiwać się w Bliższych.

Podróż etnologii się zmieniła. Przy względnym ograniczeniu odległości przeniosła się do innych wymiarów. Zaczęła żeglować w poprzek przestrzeni symbolicznych, mitycznych czy religijnych, wkraczając w nowe mikrokosmosy.

Imponuje mi ta antropologiczna bezczelność: gotowość (czy możność?) i chęć opisania oraz przemyślenia najszerzej rozumianych spraw ludzkich. Oczywiście etnolog nie odpowiada na wszystkie pytania; jeśli przychodzi do ich zadawania, to trzeba pytać raczej „czy?”, „co?”, „jak?”, a nie „dlaczego?”. I tak dalej. Potem należy uzbroić się we wspomniany postmodernistyczny samokrytycyzm – i całość przemyśleć, a następnie opisać. Bo etnolodzy, choć roszczą sobie prawo do analizowania ogółu spraw człowieka, to jednocześnie są w pełni świadomi, że to tylko opis – bardziej lub mniej profesjonalna interpretacja, zawsze tylko jakiś przekład, zawsze zniekształcenie: propozycja.

Uzbrojony w te narzędzia lubię poznawać świat i szukać odpowiedzi na pytania, które mnie nurtują – zawsze świadom, że ostatecznie jedynie piszę opowieści.

*

Ciekawi mnie niezmiernie potrzeba podróżowania. Znam mnóstwo osób, które nie mogą usiedzieć w miejscu. Ciągle je gdzieś ciągnie, muszą się przemieszczać, muszą wyjechać. Potem czasem wracają i opowiadają, a większość słucha z uwagą. Ciekawi mnie to pragnienie, bo sam go chyba nigdy do końca nie poczułem. To znaczy: uwielbiam podróże. Mieszkałem w obcym kraju, byłem w kilku stolicach, odwiedziłem trochę miejsc i pragnę robić to dalej, poznać ich coraz więcej. Ale coś podpowiada mi, że to nie jest ta paląca potrzeba. To nie to przemożne pragnienie, które dostrzegam w bliźnich, lecz – jak sądzę – samego mnie w takim stopniu nie dotyka.

A zatem rozmowa. Z moim bratem – podróżnikiem i fotografem. Homo viator.

*

Czy da się odpowiedzieć na pytanie – dlaczego podróżujemy? Wielu próbowało podawać różnego rodzaju powody, w mniejszym lub większym stopniu uzurpując sobie prawo do wyjaśnienia sprawy. Nieskończenie więcej odpowiedzi znaleźlibyśmy wśród całej ludzkości zamieszkującej świat. O tym wie Stan, gdy pytam go o powody jego potrzeby podróżowania. Sprawa jest nader skomplikowana i trudno – o ile w ogóle jest to możliwe – je wyliczyć, wymierzyć czy wynotować. Jednak się nie poddaję: w trakcie naszej rozmowy staram się skrupulatnie zapamiętywać te momenty, które mogą coś podpowiedzieć w sprawie homo viator.

J: Dlaczego jechać, a nie zostać?
S: No bo jest tak dużo tego świata.

J: Czy coś cię interesuje szczególnie?
S: W dwóch słowach: miasta i natura.

Miasta to podstawowy żywioł tego fotografa, o czym świadczy jego artystyczna biografia: o miastach traktowała jego praca magisterska, o miastach były liczne jego wystawy, o miastach numery czasopism, w których publikował swoje zdjęcia… w mieście żyje, to jego żywioł. To miasta wymienia jako pierwsze, to jedna z dwóch przede wszystkim interesujących go „części świata”.

A najważniejsze w tym wszystkim są porównania. Porównania miast. Z początku nieśmiałe – czym Kraków, a czym Warszawa? Czym Lublin, czym Bratysława? Jak wobec nich sytuuje się Londyn? Jak Paryż? „Im dalej w las, tym więcej drzew”, mówi Stan. Po latach podróży przesyconych koncentracją na tkance miejskiej wie o nich coraz więcej – Lizbona, Chicago, Nowy Orlean, Dubaj, Detroit, Ateny, Rzym, Berlin… i wiele innych. Wszystkie te arcydzieła ludzkości noszą w sobie zawsze tę samą dychotomię, jak podkreśla. Różnią się, a jednocześnie są podobne.

Skupienie się na urbanistyce pozwala dokonywać nieustannej komparatystyki tego, jak ludzie żyją, jak organizują otaczającą ich przestrzeń, co jest dla nich ważne, a co nie, kto decyduje, a kto musi się dostosować, gdzie się chodzi, a gdzie się bywa, jak się wewnątrz miejskiej tkanki przemieszcza, a jak przemieszczać się nie sposób i tak dalej.

Im więcej zaś porównań, tym bardziej, jego zdaniem, „poszerzony horyzont”. Im więcej zwierciadeł, tym więcej różnych obrazów. Czy gdyby nie był wcześniej kilkakrotnie w USA, to byłby w stanie konstatować, że „Australia to coś pomiędzy Wyspami [UK] a Stanami”? Że Australia to „wannabe” Stany? Być może. O ileż jednak bardziej wiarygodne jest to porównanie w ustach człowieka, który widział odbicie świata zarówno w zwierciadle amerykańskim, jak i tym z antypodów; który świadom jest tych wszystkich odbić skrzyżowań, tych załamań światła i obrazu.

Bo, jak sam mówi, „z podróży wiem coraz bardziej, że to tylko my kształtujemy otaczającą nas rzeczywistość”. Nie jest ona obiektywna. To tylko kolejne odbicia w kolejnych, choćby niezliczonych, ale jednak – zwierciadłach.

*

By jednak odnajdywać zwierciadła, które odbiją ku naszemu rozumieniu to, co już znane, by rzucić nań nowe światło, nie wystarczy bilet lotniczy i powrotny; sama zmiana położenia to stanowczo za mało. Potrzeba, jak przekonuje podróżnik, spróbować w innych miejscach pomieszkać, popracować czy – a i owszem – także po prostu gdzieś „wyskoczyć”. Zmierzyć się z innym światem, lecz – co ważne – nie próbować zmienić dotychczasowego aparatu interpretacyjnego na ten z orbis exterior, gdyż to chyba i tak daremne.

Ważne, by zachować dystans, przeglądając się wciąż i wciąż na nowo w kolejnych zwierciadłach, pamiętając, że w gruncie rzeczy to przecież właśnie my i tylko my decydujemy o oglądanych obrazach. Całe to poznawcze skomplikowanie można określić jako – jak w prosty sposób podsumowuje podróżnik – „znajdywanie się w różnych, wciąż nowych sytuacjach, dziwnych, niecodziennych”.

Stawiam, wobec tego, że to chyba jakaś chęć ciągłego wyrwania się poza szablon, poza ramę interpretacyjną po to, by poszerzyć tę, która dotychczas obowiązywała.

*

Kolejne zwierciadła to, siłą rzeczy, ponowne odczytania tego, co już doświadczone wcześniej. Zapewne taka jest rola fenomenologiczno-interpretacyjnych zwierciadeł, że to, co dotychczas zdawało się rozpoznane, ukazują w nowym świetle.

Rzeczy najbardziej znane z poznanych, na przykład dom. Stan w jednej z naszych rozmów kładł stanowczy nacisk na, jak to określił, „doświadczenie domu” po powrocie z podróży. Ostoja, matecznik, źródło, ex – odczytane zostaje na nowo. Paradoks jednak polega na odysejskim absurdzie – to, co było znane, pojawia się w nowej odsłonie, która jednak jednocześnie potwierdza stałość i przewidywalność wspomnianego. Całkiem inne po powrocie, odmienne i zmienione, paradoksalnie tym bardziej wzmacnia przekonanie o stałości samej idei, symbolu czy odwołania, którym jest dom.

*

Stan mówi, że nie rzecz w przekroczeniu bramek na lotnisku, zajęciu miejsca w przedziale, kupieniu biletu, nie idzie o mierzalną i jednoznaczną empirycznie chwilę. W grę wchodzi coś o wiele trudniejszego do uchwycenia. To coś, co znajduje się wewnątrz jaźni; coś, co bywa bardziej intensywne, by po pewnym czasie się wyciszyć; pewien permanentny stan, o którym trudno zdecydować, a z pewnością warto mu się poddać.

Warto, bo przynosi wciąż nowe, kolejne i kolejne odpowiedzi, pytania, bodźce, znaki, chwile, wspomnienia – i wszystkie inne rozmaite elementy ludzkiego budulca.

Wobec tego Stan przyznaje, że jego podróż jest znacznie dłuższa i znacznie wykracza poza pozornie łatwe w ustaleniu momenty graniczne jego wyjazdów. Podróż to więc okres bardziej rozciągnięty w biografii. W tym sensie podróż to raczej etap w życiu niż czynność, pewien czas, który, zdaniem fotografa, z pewnością jeszcze się nie zakończył.

*

Na pewno wciąż nie wiem, dlaczego podróżujemy. W tym sensie, że nie znam odpowiedzi (która, zresztą, zapewne nie istnieje). Co najwyżej mogę zaproponować nowe pytania. Może również nieco rozszerzyły się moje własne klisze interpretacyjne. Nie odczuwam jednak rozczarowania. Także dlatego, że – jak sądzę – wiele racji mają ci, którzy twierdzą, że prawdy albo nie ma w ogóle, albo istnieje tylko ona, w nieskończonych wcieleniach, i nie ma nic poza prawdą.

Ilustracja: Donar Reiskoffer, wikipedia