PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Słowo

USA: Lobbowanie w interesie Polski

Redakcja
Słowo Redakcja

Opowieść o Maćku Kozłowskim autorstwa tandemu Bereś & Burnetko

O tym również opowiada książka „Maciek Kozłowski – przemytnik wolności”.

Efektywny proces lobbowania za przyjęciem Polski do NATO rozpoczął się właściwie w chwili, kiedy MK objął funkcję szefa placówki w randze chargé d’affaires. Kazimierz Dziewanowski, dotychczasowy ambasador, zrezygnował, mając dość biurokratycznej codzienności. Tak więc MK, jako zastępca szefa misji (DCM), musiał za niego prowadzić wiele spraw, co wymagało ciągłego użerania się z centralą o kwestie personalne i finansowe. Dziewanowski, który nie znosił biurokracji, postanowił wrócić do pisania. Było to w 1994 roku.

Nowy minister spraw zagranicznych Andrzej Olechowski ambasadorem mianował Jerzego Koźmińskiego. Koźmiński wprawdzie złożył listy uwierzytelniające, lecz szybko wrócił do Polski, gdzie jako wiceminister zajmował się reformą w MSZ. W efekcie przez kolejne pół roku to właśnie MK pozostawał chargé d’affaires ad interim – formalnie ambasador był, ale fizycznie nieobecny.

Zaczynali więc działania jeszcze przy administracji republikańskiej. Dość szybko jednak doszło do zmiany administracji ‒ po wygranych wyborach władzę przejęli Demokraci z Billem Clintonem na czele, co oznaczało wymianę wielu osób decyzyjnych.

MK jeszcze od czasów Dziewanowskiego przyjął zasadę intensywnego budowania kontaktów w amerykańskich think tankach – w środowiskach, które w istotny sposób kształtowały politykę „od zewnątrz”. Wspominał szczególnie profesor Madeleine Albright – Czeszkę, która znała język polski, bo spędziła rok w Polsce na stypendium. Zapraszano ją na kolacje i utrzymywano bliskie kontakty, co w przyszłości otworzyło wiele drzwi. Podkreślał, że takich relacji było więcej, a towarzyskie więzi z ekspertami nierzadko okazywały się ważniejsze niż oficjalne spotkania z urzędnikami.

Przyjaźń z Albright przetrwała – gdy lata później do Polski przyjechał Barack Obama, sam MK, już jako działacz Komitetu Obrony Demokracji, walczącego z zawłaszczaniem polskiej wolności przez rządzącą skrajną prawicę, spotkał się z nią i odbył długą rozmowę o demokracji i prawach człowieka, zanim prezydent wygłosił swoje warszawskie przemówienie. MK nie potrafi ocenić, czy jego rozmowa z Albright była decydująca, ale możliwe, że miała znaczenie.

Naturalnym punktem odniesienia był także Zbigniew Brzeziński, którego obecność w planach politycznych była stała. Z kolei Jan Nowak-Jeziorański – „kurier z Aleksandrii”, jak go nazywali – potrafił dzwonić niemal codziennie, pełen emocji i żądań: „Zróbcie to, zróbcie tamto”. Bywał natarczywy, ale imponował mu całkowitym oddaniem sprawie, które przypominało dawny XIX-wieczny etos patriotyczny. Nawet jeśli czasami przesadzał i lubił błyszczeć, nie było to dla MK przeszkodą – dawał mu pole do działania, czyniąc z niego gościa honorowego w każdej sytuacji.

Maciek Kozłowski:

– Miałem też poważne spory z dwoma wybitnymi, można powiedzieć, przyjaciółmi – Janem Nowakiem-Jeziorańskim i Janem Karskim. Obaj byli z pokolenia „zdradzonego”. I w tym pokoleniu – co pamiętam, usłyszałem jeszcze od Giedroycia – istniało silne przekonanie, że nie można wierzyć Anglosasom, bo nas zostawią, jak zrobili to w czasie II wojny światowej. I na przykład Karski do końca był przeciwny członkostwu Polski w NATO. Argumentował to właśnie tym, że i tak nas zostawią, a Rosja jest wielka i jeżeli będziemy się zbyt jej stawiać, to nas połknie. Rozumiem ich doświadczenie historyczne. Rosja wtedy okazała się ważniejsza niż Polska, bo trzeba było pokonać Hitlera. Ale to poczucie zdrady w tych ludziach pozostało.

Opowieść o Maćku Kozłowskim to nowa książka tandemu Bereś / Burnetko:

Na zdjęciu: amb. Maciej Kozłowski z Hillary i Billem Clintonami oraz swoją żoną, śp. Anną Dunaj-Kozłowską.