Subiektywnie
Szekspir by tego nie wymyślił
Co przeczytasz w najnowszym numerze?
Kraków o nim zapomniał. A takim jak on postaciom przysługuje miejsce na najwyższych ołtarzach pamięci. To człowiek, który na własne życzenie zrezygnował z osobistego majątku, aby obdarować Kraków bezcennymi klejnotami sztuki i kultury. A przy tym wybitny lekarz o sławie europejskiej, arcymistrz chirurgicznej maestrii
Profesor Jan Glatzel. W latach międzywojennego dwudziestolecia ordynariusz II Kliniki Chirurgii w Szpitalu św. Łazarza (tak zwana „czerwona chirurgia”). Króluje nie tylko przy ulicy Kopernika, w nagłych potrzebach zapraszany jest do wielu miast w Polsce, udziela się też poza granicami. Jest osobistym lekarzem prezydenta Ignacego Mościckiego. Jeździ amerykańskim samochodem marki Buick, ma własnego szofera, oprócz zajęć w klinice prowadzi rozległą praktykę w gabinecie własnym i wielu lecznicach prywatnych. Opływa w sławę i pieniądze. Fabrykanci kawiarnianych sensacji puszczają w obieg opinie, że wirtuoz skalpela wspomagany być musi przez moce piekielne. Bo też nieprawdopodobna sprawność i szatańska brawura sprawiają, że powszechnie mówi się o nim „il diavolo”.
Miłośnik i znawca malarstwa, rozsmakowany bibliofil. Sporządzonym własnoręcznie testamentem przekazał Muzeum Narodowemu całą swoją kolekcję dzieł sztuki. To dzięki niemu zbiory w Sukiennicach powiększyły się o 44 obrazy najwybitniejszych polskich artystów: Wyczółkowskiego, Fałata, Chełmońskiego, Malczewskiego, Stanisławskiego, Wyspiańskiego, Pankiewicza, Brandta, Noakowskiego, Matejki, Boznańskiej, Gierymskiego, Tetmajera i innych. Placówka otrzymała od niego także saską i chińską porcelanę, zabytkowe meble francuskie, kilka rzeźb, wśród nich jedną dłuta Xawerego Dunikowskiego. Bibliotekę Jagiellońską obdarował całym swoim księgozbiorem.
Ale zanim to się stanie, przyjdzie mu zapłacić wysoką cenę za swą sławę i powodzenie. Poproszony o pomoc ofiarom rzekomego wypadku zostaje dla okupu porwany i uprowadzony (17 maja 1931). Spec od szybkiego bogacenia się przybywa do Krakowa aż z Białegostoku. Licytuje wysoko. Żona profesora, Elżbieta, dostarcza poufnie w umówione miejsce podobno okrągły milion złotych, sumę w tamtym czasie przeogromną. Sensacja jest jednak zbyt wielka, aby nie postawić na nogi całej policji. Porywacz zostaje pojmany, lecz w czasie tej akcji, niewprawny w posługiwaniu się bronią, sam siebie ciężko rani. Glatzel w takiej chwili zapomina o wszelkich rachunkach, natychmiast operuje go w swej prywatnej klinice, przywraca mu życie.
Agresor, bandyta, złoczyńca – ocalony zostaje przez kogoś, na kogo sam zastawił sidła. Filantrop, darczyńca, pełen charyzmy lekarz – obdarza samarytańską posługą swojego największego wroga. Szekspir by tego nie wymyślił…
A już najpopularniejszy z bohaterów mistrza ze Stratfordu, Hamlet, książę duński, gdyby dożył naszych czasów, także nie ogarnąłby pomieszania z poplątaniem, jakie nawiedziły jego ojczyznę. Pewien mocarz zażyczył sobie oderwać od jego Danii Grenlandię. Uważam, że można było przebić tego rozkochanego w sobie zaoceanicznego wojownika, podwyższyć stawkę i nie pozwolić temu kowbojowi grać na nosie całej reszcie świata. Można było zagrać w wielkie karty, postawić sprawę jasno i ugrać swoje: Grenlandia, tak, ale za Madagaskar!
Maurycy Beniowski jako konfederat barski bronił Krakowa (w roku 1768) przed Moskalami. Ciężko ranny dostał się do niewoli i został zesłany na Kamczatkę. Po półrocznej niewoli porwał rosyjski statek wraz z załogą, wywiesił na masztach biało-czerwoną flagę i wyruszył na oceany. Po jakimś czasie znalazł się w Paryżu. Został wysłany (w roku 1773) na Madagaskar jako zarządca tej wyspy. Budował drogi i kanały, osuszał bagna, karczował lasy, zakładał nowe osiedla, organizował szpitale. Na koniec z malgaskich plemion utworzył własną armię, którą odział w krakowskie rogatywki. A kiedy cały wyspiarski lud obwołał go swoim królem, Beniowski postanowił ustanowić tu swoje państwo. To miała być jego Polska. Poległ w starciu z wysłaną przeciwko niemu ekspedycją 23 maja 1786 roku.
No więc uważam, że można było i trzeba było walczyć o swoje. Grenlandia, tak, ale za Madagaskar! I trzeba było w tej bitce mierzyć się w modnych dzisiaj zapasach transakcyjnych. Historia, tradycja, pamięć o bohaterach – to jedno. Ale goździki, wanilia, kakao, pieprz, orzeszki ziemne – też nie do pogardzenia. No, ale mnie w Davos nie było. A nasze sprawy wziął na siebie człowiek z głową poobijaną przez bokserskie rękawice.
Tekst ukazał się w numerze 3-4/2026, który – oraz inne – kupisz TUTAJ: