PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Felietony

Staszek

Krzysztof Burnetko
Felietony Krzysztof Burnetko

Dwadzieścia lat temu, 5 marca 2004 roku odszedł niespodziewanie Staszek. Ksiądz Stanisław Musiał.

Najpierw, wspólnie z Witkiem Beresiem przeprowadziliśmy z nim wywiad pod znamiennym tytułem Kadisz za księdza. Powiedział nam wtedy:
„Moim najgłębszym marzeniem jest, żeby nad moją trumną rabin odmówił kadisz. Wtedy mógłbym w pełni nazwać się katolikiem, bo katolickość to »całość« (słowo »katolicki« pochodzi z greckiego kat’holon, czyli »według całości«), to korzenie żydowskie i wyrastające z nich pędy – chrześcijaństwo”.

Księdza Musiała nie zmieniały ani opinie marginesu, ani hierarchów (to wszak prymas Glemp kilka miesięcy wcześniej, przy okazji konfliktu na Żwirowisku, nazwał go reprezentantem opcji żydowskiej), ani chłodny stosunek do niego władz zakonnych. Bez ogródek atakował też Radio Maryja. „A rozwiązaniem powinno być zawieszenie działalności Radia, w imię pokoju w Kościele i ojczyźnie. (…) Sądzę, że funkcje ewangelizacyjne Radia Maryja mogą przejąć radia diecezjalne. I jeszcze uwaga na temat sławionej przez wielu działalności »ewangelizacyjnej« Radia Maryja. Dziękuję za taką ewangelizację! Nie uważam za »ewangelizację« podaży treści ewangelicznych przemieszanych z diabolicznymi, jak nienawiść, szarganie dobrego imienia osób i instytucji, wszelkiego rodzaju złośliwości”.

Potrafił iść pod prąd w każdej sprawie, nie wahając się wkraczać na tereny – wydawałoby się – ściśle polityczne.

To on, gdy w Polsce właściwie wszystkie media udzieliły poparcia wojnie w Iraku, pisał (kwiecień 2003): „Ze smutkiem trzeba stwierdzić, że polskie duchowieństwo i polscy katolicy świeccy wolą siedzieć przed telewizorami i patrzeć na relacje z teatru wojny (…), aniżeli angażować się przeciw wojnie (…). Kościół katolicki w Polsce śpi, pogrążony w głębokiej obojętności”.

Dla nas Kadisz za księdza stał się początkiem wielu nieplanowanych, ważnych spotkań z Nim. Mówiliśmy o Jego zakonie i Jego Kościele – tym realnym i tym wyśnionym, o źródłach i przejawach antysemityzmu niektórych duchownych oraz wiernych, o kulisach negocjacji w sporze o krzyże w oświęcimskim Karmelu, w których aktywnie uczestniczył. Równie zajmujące były opowieści Staszka o duchowym i intelektualnym dojrzewaniu chłopaka z małopolskiej wsi, który z czasem stał się przecież jednym z najbardziej znanych polskich – przez jednych uwielbianym, przez innych znienawidzonym – duchownych.

W tych długich rozmowach zaczęła niespodziewanie powstawać książka, która okazała się tak bardzo ważna dla nas i… dla samego Staszka. „Krzysiu, Witku, zrobiliście wspaniałą robotę” – pisał do nas jesienią 2000 roku z wakacji, jakby nie zauważając, że to On decydował o jakości materiału. I odsyłając kolejne partie autoryzowanego tekstu, proponował następne etapy pracy.

Ale potem nagle się przestraszył. Czy zadecydowały recenzje jego przyjaciół, którzy mówili, że tak poruszających zwierzeń dawno nie czytali? Atmosfera w jego zakonie, gdzie był sekowany przez część przełożonych i odbierano mu prawo głosu? Groźba wysłania go przez władze kościelne za karę do zapomnianej parafii za wschodnią granicą? Postawa niektórych biskupów, którzy ostro go napiętnowali, gdy fragment naszych rozmów ukazał się w „Gazecie Wyborczej”? Możemy się tylko domyślać. Dość, że Staszek prosił, by się wstrzymać z wydaniem książki.

Kilka miesięcy później po raz ostatni rozmawialiśmy z nim chwilę na opłatku w „Tygodniku Powszechnym”.
– Staszku, łobuzie, zamordujemy cię! – zażartowaliśmy. – Co z powinnością duchownego, by dawać świadectwo prawdzie?
– A może wspólnie napiszemy coś innego, co, chłopcy? – odpowiedział przepraszającym tonem.
– Ale już mamy książkę!
– Wiecie, jak jest, za taką mnie zniszczą. A dla mnie Kościół i zakon są wszystkim. Wydacie to po mojej śmierci.
– Czyli na święty nigdy?
– Nigdy nie wiadomo, co Pan Bóg planuje – odpowiedział lekko i dodał: – Ale przyjdźcie jakoś do mnie, to pogadamy o dalszych planach.

Jak to zwykle okrutnie bywa w życiu, nie mieliśmy czasu, by wpaść do niego.

Ale spełniło się Jego marzenie. Gdy żegnaliśmy Go na cmentarzu Rakowickim, modlitwy przy grobie prowadził kardynał Franciszek Macharski, lecz najbardziej przejmująco zabrzmiał kadisz, żydowska modlitwa za zmarłych, odśpiewana przez rabina Arona Halberstama z Jerozolimy.

A potem – ukazała się – po jego śmierci – książka Duchowny niepokorny.