PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Noty ze świata

Sport z kulturą

Krzysztof Burnetko
Noty ze świata Krzysztof Burnetko

Trendem w biznesie turystyki zimowej staje się łącznie aktywności czysto sportowej (czytaj: narciarskiej) z wysoce kulturalną.

25 lat drążona była w XVII wieku studnia, która miała zaopatrywać w wodę załogę twierdzy Kufstein na granicy Bawarii i Tyrolu. Dwóch robotników (tyłu mieściło się w szybie) musiało przekuć się używając jedynie młotków i dłut przez prawie siedemdziesiąt metrów twardej dolomitowej skały, na której nad rzeką Inn była wzniesiona ta strategiczna forteca. To tylko jedna z pasjonujących historii o Kufstein (w mieście powstała choćby sieć sklepów Spar oraz fabryka Riedla – jedna z najsłynniejszych dmuchalni kieliszków do wina). Kufstein miałem okazję zwiedzić po dniu przednich nart w Skiwelt Wilder Kaiser Brixental – to ledwie 20 km jazdy. A wcześniej tyle razy tylko mijałem twierdzę i to urocze miasteczko w drodze narty w Alpy popularną autostradą Monachium-Innsbruck…

Tak samo zresztą bywało z Innsbruckiem – tyrolską stolicą z zacnymi zabytkami o przeciekawej historii (także zresztą sportowej – bo i związanej z dwukrotnymi igrzyskami olimpijskimi, i Turniejem Czterech Skoczni). Iluż narciarzy zdążających na stoki okolicznych, przednich) skądinąd, ośrodków zimowych, przejeżdża szybko (a często i bezrefleksyjnie) obok. Byle prędzej dotrzeć na stok… Ale to samo dotyczy Salzburga – było nie było bramy do wielkich obszarów SkiAmade (drugi pod względem powierzchni obszar narciarski kontynentu), ale przecież również miasta wsławionego przez samego Mozarta (o innych historycznych postaciach nie wspominając).

Albo Merano – najpiękniejszego bodaj uzdrowiska Włoch, też pełnego wielkiej architektury i tradycji wielu kultur, bo i środkowoeuropejskiej, i śródziemnomorskiej, a śladowo też ladyńskiej. Mimo to goście świetnych kurortów zimowych Południowego Tyrolu nie znajdują często czasu, by zboczyć do miasta, chociażby na espresso w otoczeniu (tak, tak) palm zdobiących jego promenady albo zwiedzić muzeum turystyki.

Przykłady można mnożyć – i podawać je z każdego bodaj alpejskiego kraju, ale też przecież z każdego narciarskiego kierunku: Gruzji, Hiszpanii, Czech, Słowacji, Bułgarii, Rumunii, a w końcu z Polski.

Szczęśliwie niekiedy mody zmieniają się (albo są kierowane przez speców od marketingu) także w dobrym kierunku. Wszak ostatnio trendem w biznesie zimowej turystyki staje się łącznie aktywności czysto sportowej (czytaj: narciarskiej głównie) z wysoce kulturalną.

Dwa symbole-przykłady. Oto wspomniany Innsbruck kusi – przy pomocy rozmaitych zniżek i udogodnień – formułą: nocuję w mieście (i po nartach korzystam z jego muzealnych, kulinarnych i wszelkich innych uroków), a na nartach jeżdżę w okolicznych stacjach zimowych.

Lecz najwymowniejszym symbolem jest pewnie model… turecki, proponowany chociażby przez Erciyes Kayak Merkezi, czyli rejon narciarski pod najwyższym szczycie Centralnej Anatolii (3916 m n. p. m.), który, prócz położonych wysoko, a więc z wysoką gwarancją śniegu, stoków oferuje gościom możliwość wycieczek do nieodległego (20 minut jazdy) Kayseri, niegdyś jednego z najważniejszych miast Imperium Seldżuckiego. Tam można obejrzeć ślady obecności Rzymian, Bizantyjczyków, Osmanów oraz właśnie Seldżuków. Specjalną trakcją jest drugi, po stambulskim, największy historyczny bazar Turcji. Przy okazji narciarskiego urlopu, można tam też wyprawić się do Kapadocji (godzina jazdy) – zanocować w którymś z hoteli w skalnych grotach, zobaczyć osady (i podziemne kryjówki) pierwszych chrześcijan oraz bajkowe kominy skalne. A nawet przelecieć nad nimi o świcie balonem.

Bo sport niekoniecznie musi oznaczać kibolskie ustawki. A narty – dopingowanie z biało-czerwonym szalikiem na szyi i browarem w ręku skoczków na Wielkiej Krokwi.

Ilustracja: Innsbruck, fot. Pahu, wikipedia