PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Subiektywnie

SMOLAR. Człowiek, który najpierw szył żagle, a potem pomagał leczyć nowotwory

Redakcja
Subiektywnie Redakcja

Reprezentacja „Krakowa i Świata” wzięła udział w wielkim i szalenie poważnym wydarzeniu – nasz przyjaciel Krzysztof Smolarski wreszcie dojrzał i wszedł w wiek męski, kończąc lat 70!

Poniżej przedstawiamy sylwetkę jubilata opartą o rozmowę z nim i jego wspólnikiem Leszkiem Piątkiem.

Krzysztof Smolarski śmieje się często. Być może dlatego, że dobrze pamięta czasy, kiedy sukces wydawał się czymś niemal niemożliwym.

Gdy dziś przechadza się po nowoczesnych halach Consultronixu, firmy współtworzącej wyposażenie najlepszych polskich szpitali, łatwo zapomnieć, że wszystko zaczęło się od ogniska nad Jeziorem Rożnowskim, kilku studentów i marzenia o windsurfingu. Była połowa lat osiemdziesiątych. Polska Ludowa dogorywała, ale nikt jeszcze nie wiedział, jak długo potrwa ten stan zawieszenia. W sklepach brakowało wszystkiego. Także żagli do windsurfingu. Smolarski był wtedy instruktorem. Wrócił wcześniej z Holandii, gdzie po raz pierwszy zobaczył ludzi ślizgających się po wodzie na deskach napędzanych wiatrem. Zafascynował się tym sportem. Zdobył deskę, nauczył się pływać, a później uczył innych.

I właśnie podczas jednego z takich obozów poznał Leszka Piątka.

– Zróbmy własne żagle – rzucił pewnego wieczoru przy ognisku.

Dziś brzmi to jak niewinna propozycja. Wówczas oznaczało wyprawę przez gospodarczy kosmos PRL-u. Materiałów nie było. Przezroczystej folii do okien w żaglach nie było. Walut nie było. Kredytów nie było. Były za to pomysły. Kiedy okazało się, że nie sposób zdobyć odpowiedniej folii, ktoś odkrył, że pobliska fabryka musztardy wyrzuca folie z opakowań zabezpieczających transport słoików. Trafiały więc do żagli.

Bywało, że przez takie „okno” niewiele było widać.

– Ale najważniejsze było to, że w ogóle było – wspomina dziś ze śmiechem.

To charakterystyczne dla Smolarskiego. Opowiadając o najtrudniejszych momentach, częściej żartuje niż narzeka. Być może dlatego przetrwał. Gdy przyszła transformacja ustrojowa, wiele firm odetchnęło z ulgą. Firma Smolarskiego i Piątka niemal zbankrutowała. Kolorowe zachodnie żagle zalały rynek. Wszystko, co produkowali wcześniej, nagle straciło wartość. Magazyny pełne towaru okazały się właściwie bezwartościowe. Dla wielu byłby to koniec historii. Dla Krzysztofa Smolarskiego był to dopiero początek.

Zamiast zamknąć działalność, zaczął jeździć do Niemiec po materiały. W wielkim dostawczym samochodzie przywoził kolorowe resztki tkanin, które zachodnim producentom nie były już potrzebne. Z tych resztek powstawały żagle, które wkrótce zaczęły zdobywać mistrzostwa Europy i świata.

To był pierwszy znak, że Smolarski ma szczególny talent do dostrzegania okazji tam, gdzie inni widzą wyłącznie przeszkody. Podczas jednej z takich podróży wydarzyło się coś jeszcze ważniejszego. Poznał przedstawiciela firmy posiadającej prawa do dystrybucji amerykańskich laserów. Padła propozycja współpracy. Jedno biurko. Jedno krzesło. Tak narodził się Consultronix.

Dziś firma jest jednym z najważniejszych graczy na rynku technologii medycznych w Polsce. Jej urządzenia pracują w klinikach okulistycznych, oddziałach onkologicznych, pracowniach diagnostycznych i szpitalach w całym kraju. Jednak Smolarski nadal mówi o tym wszystkim z pewnym niedowierzaniem. Żartuje nawet, że sukces firmy przypominał eksperyment ze „ślepą próbą”.

– Może udało nam się właśnie dlatego, że nie spodziewaliśmy się sukcesu?

To zdanie wiele o nim mówi. Nie jest typem przedsiębiorcy budującego legendę własnej wielkości. Woli opowiadać o ludziach, których spotkał po drodze. O lekarzach, konstruktorach, młodych pracownikach. To właśnie oni są dziś jego największą dumą. Consultronix od lat zatrudnia absolwentów krakowskich uczelni i samodzielnie ich wychowuje. Wielu po latach trafia do światowych koncernów. Smolarski nie ukrywa, że trochę go to boli, ale jednocześnie traktuje jak komplement.

– To znaczy, że byli naprawdę dobrzy.

Ta filozofia jest widoczna także poza biznesem. Od lat wspiera krakowską kulturę. Organizował słynne Bale Krakowa, angażował się w wydarzenia artystyczne, współpracował z ludźmi teatru, muzyki i literatury. Dziś wraz z Consultronixem wspiera młodych artystów Akademii Sztuk Pięknych, kupując ich prace do firmowej kolekcji – bo jak sam mówi, „to po prostu fajne”. Może właśnie w tym tkwi tajemnica Krzysztofa Smolarskiego. Geolog z wykształcenia. Przedsiębiorca z przypadku. Żeglarz z pasji. Mecenas kultury z przekonania. Człowiek, który zaczynał od szycia żagli z folii po musztardzie, a dziś współtworzy technologie pomagające ratować ludzkie życie. I który nadal, po czterdziestu latach wspólnej drogi z Leszkiem Piątkiem, najchętniej mówi nie o tym, co już osiągnął, tylko o tym, co jeszcze można zrobić. „To be continued” – odpowiada, pytany o przyszłość.

I trudno oprzeć się wrażeniu, że w jego przypadku nie jest to tylko puenta rozmowy.

Ilustracje: redakcja