Słowo
Sierżant książek
Sierżant Książek był naszym dzielnicowym opiekunem z ramienia władzy. Duży, nie najmłodszy już milicjant dreptał od lat po Azorach. Miał ze mną pewien problem – byłam właścicielką radiostacji nadawczo-odbiorczej. Ściślej mówiąc, dowiedziałam się o tym właśnie od sierżanta Książka, gdy zaczął co roku składać mi wizytę w celu wypełnienia odpowiednich ankiet. Gdy 13 grudnia 1981 […]
Sierżant Książek był naszym dzielnicowym opiekunem z ramienia władzy. Duży, nie najmłodszy już milicjant dreptał od lat po Azorach. Miał ze mną pewien problem – byłam właścicielką radiostacji nadawczo-odbiorczej. Ściślej mówiąc, dowiedziałam się o tym właśnie od sierżanta Książka, gdy zaczął co roku składać mi wizytę w celu wypełnienia odpowiednich ankiet.
Gdy 13 grudnia 1981 roku ogłoszono stan wojenny, właściciele radiostacji musieli zdać sprzęt do jakiejś tam godziny. Moja „radiostacja” nie była wprawdzie prawdziwą radiostacją, tylko starym walkie-talkie, przysłanym przed dziesięciu laty przez mojego ówczesnego męża naszemu wówczas ośmioletniemu synkowi. Paczka z prezentem dla Grzesia przeleżała się na cle, ale gdy załatwiłam, co trzeba, mogłam wziąć walkie-talkie do domu. I tak zostałam zarejestrowana jako właścicielka radiostacji nadawczo-odbiorczej.
Grześ wychodził parę metrów na ulicę, nadawał mi wiadomość, a ja, odbierając, mówiłam hasło „Karol 10” i zlecałam na przykład kupno dwóch bułek. Grzegorz, dumny jak paw, przynosił bułki i tak bawiliśmy się do czasu, gdy urządzenie przestało działać. Grześ najpierw bardzo się zmartwił, potem zażartował, że należy zmienić hasło na: „Karol 10 nie odpowiada”. Jeszcze później walkie-talkie trafiło w ręce kogoś, kto miał je naprawić.
Mijały lata, zapomnieliśmy o zabawce. Gdzieś krążyła po domach moich kuzynów, tam gdzie były jeszcze małe dzieci.
Do czasu. Na rozklejonych 13 grudnia obwieszczeniach sformułowano nakaz oddania radiostacji i innych, niebezpiecznych dla władzy, urządzeń. Miałam w baku resztkę benzyny. Pojechałam do mojego kuzyna Marka Chołoniewskiego – telefony zostały nam wyłączone! Szczęśliwie się złożyło, że właśnie u niego było moje kompletnie zdezelowane walkie-talkie.
W oddaniu „radiostacji” na czas, w oddalonym komisariacie na Mogilskiej, pomógł mi Tadek Słowakiewicz, sąsiad i przyjaciel z dziewiątego piętra. Miał jeszcze pół baku benzyny. Pojechaliśmy zdać walkie-talkie, będące w kilku kawałkach i od lat już niedziałające. Zabawka miała jeszcze kilka dramatycznych przygód – pisałam o nich przed laty w „Gazecie Krakowskiej” Macieja Szumowskiego.
Teraz chcę wrócić do sierżanta Książka. Gdy w 1988 roku – chyba – zadzwonił znów do drzwi, jak zwykle zmęczony i zasapany, wyprzedził mnie w powitaniu funkcjonariusza mój pies Hultaj. Hultaj był młodym, ogromnym półwyżłem i rzetelnie strzegł domu, jak mu kazały odziedziczone po przodkach geny.
Sierżant przytomnie otworzył pierwsze lepsze drzwi w mieszkaniu, aby się schronić przed atakiem. Wcisnął się szybko do pokoju, a gdy zamykał za sobą drzwi, runął na niego schowany tam sztandar Solidarności. Mieszkałam już wtedy ze Staszkiem, mocno zaangażowanym w antykomunistyczne podziemie.
Sierżant, obsypany cynobrową farbą, ostrożnie odstawił sztandar na miejsce. Przedstawił mi do wypełnienia nową ankietę. Jednym z pytań było, co myślę o stanie wojennym. Co myślałam, to myślałam, ale nie miałam ochoty zdradzać moich opinii milicjantowi. Przekreśliłam odnośną rubrykę i powiedziałam, że tu jest za mało miejsca na rzetelną odpowiedź.
Sierżant westchnął i pożegnał się, jak zwykle nie komentując niczego, co widział i usłyszał. A przecież mógł się wykazać przed zwierzchnikami jako czujny stróż prawa. Nie zrobił tego. Nie miałam żadnych nieprzyjemności.
Bo – jak mówi stare porzekadło – są ludzie i ludziska. Sierżant Książek należał do tych pierwszych.
*
Elżbieta Zechenter-Spławińska pisze w niedanym swoim wierszu bez tytułu:
„Stale ich przybywa. Tłoczą się
w Izbie Prywatnej Pamięci
w zapachu odległych wakacji,
uśmiechnięci, jakby nie stało się
nic nieodwołalnego.
Wpadają w snach, delikatni
jak ich pożółkłe listy w pilnych sprawach,
wysyłane z naklejką EKSPRES
dostarczane do domu nawet w niedzielę
przez zadyszanego posłańca”.
Ta znakomita poetka zechciała wydać u nas swój tom wspomnień „Prosto z pamięci” – możecie go kupić w e-sklepie:
Niejako kontynuujemy tę jej książkę, publikując nadsyłane przez nią sukcesywnie kolejne wspomnienia…
Ilustracja: Autorstwa Zygmunt Put – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=145679603