Rekomendacje
Przypominamy zapomnianych
Mieczysław Paszkiewicz, człowiek, który wymyka się etykietom.
Paszkiewicz nie jest tylko „postacią do przypomnienia”. Jest raczej kimś, kto wymyka się prostym etykietom. Poeta — owszem. Pisarz — bez wątpienia. Historyk sztuki, wykładowca, dziekan Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie — wszystko się zgadza. A jednak, gdy patrzy się na jego drogę, zaczyna się rozumieć, że te role są jedynie kolejnymi próbami opowiedzenia jednego doświadczenia: życia przerwanego przez historię i na nowo składanego na emigracji.
Dziś za mało się mówi, ile zawdzięczamy drugiej wielkiej emigracji, tej po roku 1939. My, dzisiejsi Polacy. Nie tylko dlatego, że stamtąd szły paczki w czasach PRL, ale również dlatego, że zachowali kulturę nieskażoną naleciałościami totalitaryzmów.
A mieli za sobą ciężar naprawdę mocnych przeżyć.
Ten biograficzny fundament u Paszkiewicza też jest ciężki. Auschwitz, potem Mauthausen-Gusen. Konspiracyjne konkursy literackie w obozie — jakby słowo miało być ostatnią linią obrony przed nicością. Wiersz Madonna bruku, nagrodzony w 1944 roku, nie jest więc tylko epizodem z życiorysu. To moment, w którym literatura przestaje być „działalnością”, a staje się koniecznością.
A potem Londyn. Długa, powojenna emigracja — ta, o której w Polsce przez lata mówiło się półgłosem albo wcale. Tam Paszkiewicz buduje swoją drugą tożsamość: uczonego i eseisty, autora książek takich jak Ziemia obiecana innym czy Rozmowy z Saszą. Tytuły mówią zresztą wiele: to pisarstwo przesunięte, nieco „obok”, jakby stale świadome, że centrum świata znajduje się gdzie indziej — i że niekoniecznie da się do niego wrócić.
Dlatego tak ważna jest właśnie otwarta w warszawskim Muzeum Niepodległości wystawa „Mieczysław Paszkiewicz (1925–2004) – artysta i piewca piękna”. To wystawa, które ogląda się spokojnie, niemal muzealnie — od gabloty do gabloty. I są takie, które działają jak przypomnienie, że kultura polska przez pół wieku oddychała także poza Polską. Ta wystawa należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii.
Ekspozycja, przygotowana ze zbiorów dr. Jana Sęka, nie próbuje tej biografii wygładzać. Pokazuje ją poprzez rzeczy: rysunki, grafiki, publikacje. I nagle okazuje się, że Paszkiewicz-plastyk nie jest dodatkiem do Paszkiewicza-pisarza. Jest jego równoległym językiem. Tam, gdzie słowo zatrzymuje się na granicy doświadczenia, obraz próbuje iść dalej.
W tym sensie tytułowa formuła „piewca piękna” może być myląca — jeśli rozumieć ją powierzchownie. To nie jest piękno łatwe ani dekoracyjne. Raczej piękno uporczywe, wydobywane z historii, która nie daje ku temu wielu powodów. Piękno jako forma oporu.
Dla widza — a może czytelnika — najciekawsze jest jednak coś jeszcze. Ta wystawa przypomina, że polska kultura nie kończy się na granicach państwa ani na kanonie szkolnym. Że istnieje równoległy obieg pamięci, tworzony przez ludzi takich jak Paszkiewicz: rozproszonych, często zapomnianych, ale konsekwentnie pracujących nad tym, by „polskość” nie była tylko geograficznym faktem.
Warto więc zajrzeć do Muzeum Niepodległości przed 2 lipca. Nie po to, by odhaczyć kolejną wystawę. Raczej po to, by zobaczyć, jak wygląda kultura, która nie miała łatwego prawa do istnienia — a mimo to trwała. I nadal potrafi mówić własnym, wyraźnym głosem.