PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Wehikuł czasu

PRL: ideologia czy tradycja?

Krzysztof Jakubowski
Wehikuł czasu Krzysztof Jakubowski

Często dzisiaj używany termin „dziedzictwo” w czasach PRL funkcjonował raczej incydentalnie.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Kraków wyszedł z wojny i okupacji stosunkowo obronną ręką. Po 1945 roku zadania konserwatorskie znalazły się w gestii państwa i jego zcentralizowanych organów. Gwarancję ciągłości w opiece nad zabytkami miasta dawała osoba Bogdana Tretera, którego zasługą (jeszcze przedwojenną) było między innymi wpisanie do rejestru zabytków układów urbanistycznych Krakowa w granicach Plant oraz Kazimierza ze Stradomiem. Treter powrócił na swe stanowisko, jednak śmierć szybko przerwała jego kolejną misję. W latach 1946–1951 funkcję tę przejął Józef Dutkiewicz, artysta malarz i zarazem konserwator zabytków.

Nowa władza, zajęta problemami natury polityczno-organizacyjnej, początkowo nie ingerowała w tak przyziemne kwestie jak ochrona zabytków, pozostawiając rzecz fachowcom. Cóż z tego, kiedy uregulowania prawne – jak na przykład dekret o publicznej gospodarce lokalami – forsowane przez ówczesny system, godziły w prywatną własność. Już wkrótce wielowiekowe kamienice, pozbawione naturalnych gospodarzy, zaczęły popadać w ruinę. To wówczas utrwalił się nadzwyczaj żywotny stereotyp: państwowe znaczy niczyje.

Po eliminacji kamieniczników przyszedł czas na kupców, przedsiębiorców czy restauratorów, którzy w latach 1949–1950 polegli w tak zwanej bitwie o handel. Równoczesna likwidacja samorządu lokalnego sprawiła, że miasto traciło ekonomiczną niezależność wraz z całym majątkiem komunalnym.

Priorytet, jakim szybko stała się budowa Nowej Huty, sprawił, że w Krakowie nie działo się nic szczególnego. Wyjątkiem były może zmiany nazw ulic i placów na bardziej wymowne ideologicznie. Według nowych pryncypiów urząd miasta przecież nie mógł mieścić się na placu Wszystkich Świętych, a komitet PZPR przy ulicy św. Tomasza. Nazwy zatem zmieniono – odpowiednio na plac Wiosny Ludów i ulicę Solskiego.

Forty (i cegła!) na celowniku

Czasy po II wojnie światowej nie były łaskawe dla ocalałych poaustriackich fortów, pełniących wówczas nawet funkcje mieszkalne (sic!). Jedną z pierwszych ofiar był najbardziej znany i eksponowany fort wokół kopca Kościuszki, którego częściową rozbiórkę rozpoczęto już w 1947 roku. Wysadzono wówczas chroniące fosy kaponiery i rozebrano sąsiadujący z nimi od strony południowo-zachodniej bastion.

Dopiero w połowie lat 50., na skutek licznych protestów, nie tylko ze strony środowisk konserwatorskich, zaprzestano dalszej dewastacji solidnych – na szczęście – fortyfikacji. Był to spory sukces, bo drugiego fortu o charakterze cytadelowym, wzniesionego wokół kopca Krakusa, nie udało się niestety uratować.

Innym przykładem bezsensownej rozbiórki, prowadzonej w latach 1956–1958 (problematyczny „odzysk” cegły dla Warszawy), był fort Krowodrza. Dopiero kilkanaście lat później urządzono na jego miejscu park im. Wyspiańskiego, w przyjaznym sąsiedztwie ogródków działkowych.

Ciekawym przykładem ówczesnego stosunku do dziedzictwa był pancerny fort typu górskiego Skała, gdzie w latach 1961–1964 urządzono Obserwatorium Astronomiczne Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zasadniczym mankamentem tamtej – ze wszech miar udanej i potrzebnej – adaptacji był demontaż i zniszczenie głównego atutu fortu: unikatowej wieży pancernej systemu Grüsona. Obrotowa wieża o ręcznym napędzie, wyposażona w dwa działa kalibru 120 mm, była jedyną ocalałą na terenie Polski i jedną z nielicznych w Europie.

Dokonania bardziej i mniej udane

Spośród prac wokół zaniedbanych budynków uniwersyteckich najbardziej spektakularna była żmudna restauracja Collegium Maius (1949–1964), którą wyjednał u władz Karol Estreicher. Ta trudna operacja polegała na przywróceniu Collegium kształtu sprzed XIX-wiecznej przebudowy, a tym samym pozbyciu się neogotyckich naleciałości wszędzie tam, gdzie tylko było to możliwe. Przy okazji usunięto stamtąd i przeniesiono na Planty pomnik Kopernika, który nie bardzo pasował do koncepcji pryncypialnego profesora.

Rewaloryzacja nie była pustym hasłem i począwszy od drugiej połowy lat 50. wykonywano zalecone prace na mocy uchwał rządowych i Rady Narodowej Miasta Krakowa. Inną sprawą była niska jakość tych prac, a niekiedy wręcz skandaliczny brak nadzoru konserwatorskiego. Przykłady zwykłej fuszerki można mnożyć. W odnowionych, oddanych do użytku Sukiennicach (rok 1959) przeciekał szklany dach, a kontrowersyjny (wykusze!) remont wieży Ratusza trwał aż sześć lat.

Do zjawisk mniej korzystnych zaliczyć należy ekspansję reklamy neonowej, szczególnie widoczną w latach 1958–1965. Posiadanie neonu stało się niejako punktem honoru, toteż prawie każdy większy sklep – nie wyłączając masarni czy pasmanterii – starał się o jego instalację. Nie trzeba dodawać, że przy tej okazji pruto bezceremonialnie również zabytkowe fasady. Ta swoista moda spowodowała na tyle szybki obieg dokumentów, że Hanna Pieńkowska, ówczesny konserwator wojewódzki, powiadamiana była często jako ostatnia.

Ponieważ preferowano odnowę dużych bloków śródmiejskiej zabudowy, aby zrobić miejsce na plac budowy i ciężki sprzęt, burzono nierzadko wartościowe oficyny. Zdecydowanie ostrożniej postępowano z budynkami frontowymi w obrębie Plant, toteż w latach 1945–1990 odnotować można zaledwie cztery przykłady nowych realizacji: Bibliotekę Czartoryskich przy ul. św. Marka 19 (1959–1960), pawilon Biura Wystaw Artystycznych u zbiegu pl. Szczepańskiego i Plant (1960–1964) oraz blok mieszkalny przy ul. św. Tomasza 25 (1966). Ponadto dla kawiarni Literackiej ukończono betonowy pawilon przy ul. Pijarskiej (1956), wzniesiony w stanie surowym jeszcze podczas wojny.

W niezdrowym pędzie ku nowoczesności niszczono też efektownie urządzone wnętrza. W 1966 roku podczas remontu kina „Uciecha” wypruto bezpowrotnie secesyjne dekoracje i wyposażenie z 1912 roku autorstwa Henryka Uziembły. Najbardziej jaskrawym przykładem takiej remontowej demolki był los Grand Hotelu, bo pozostawiony bez dozoru budynek systematycznie rozkradano, a nawet dewastowano.

Smutny los apostołów z Grodzkiej

U progu lat 60. konserwatorski zapał obudziły zbliżające się obchody 600-lecia Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jego ofiarą padły posągi apostołów z ul. Grodzkiej. Niezbędne jest tu przypomnienie, że w latach 1715–1722 przed kościołem św. Piotra i Pawła powstało oryginalne ogrodzenie według projektu wybitnego architekta epoki baroku Kacpra Bażanki. Składało się na nie dwanaście kamiennych postumentów oddzielających dziedziniec świątyni od ulicy Grodzkiej. Wkrótce rzeźbiarz i snycerz rodem ze Szwabii, związany wtedy z Krakowem jezuita Dawid Heel, ustawił na nich odkute posągi dwunastu apostołów.

Oddane naturalistycznie późnobarokowe figury, wzorowane na rzeźbie rzymskiej końca XVII wieku, szybko stały się jedną z atrakcji i osobliwości Krakowa. Wpływ czasu na strukturę plenerowej rzeźby jest nieubłagany, jednak nie ulega wątpliwości, że w tym konkretnym przypadku przyspieszona degradacja postępowała zwłaszcza od końca lat 40. ubiegłego wieku. To pyły przemysłowe i kwaśne deszcze sprawiły, że rysy apostołów, ich atrybuty i inne detale rzeźbiarskie stawały się coraz mniej czytelne.

W 1959 roku zapadła decyzja o poddaniu ich konserwacji, a we wrześniu następnego roku zdemontowano z postumentu ostatnią figurę. Już wówczas liczono się z tym, że być może niektóre rzeźby trzeba będzie odtworzyć. Ponieważ jednak doktryna konserwatorska nakazywała zawsze ratowanie oryginalnego dzieła, podjęto próbę odczyszczenia posągów z ponad dwuwiekowej patyny. Tymczasem upływały miesiące i lata, a posągi pozostawały w konserwacji.

Były to lata 60., czas – jak wiadomo – niełatwy w stosunkach państwo–Kościół, toteż krakowianie zaczęli wkrótce szeptać, że tajemnicze zniknięcie figur jest zapewne jedną z represji ze strony władz. Jeżeli spektakularnie „aresztowano” kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, to przecież to samo mogło spotkać dwunastu apostołów z ul. Grodzkiej…

Prawda była jednak bardziej prozaiczna: dziś wiadomo, że to podstawowe błędy w sztuce konserwatorskiej sprawiły, iż posągi nie wracały na swe miejsce. Preparat na bazie kwasu zastosowany do ich mycia okazał się po prostu zbyt agresywny dla wapienia pińczowskiego, z którego były wykonane. Kwas zniszczył krystaliczną, kilkumilimetrową warstwę, która w naturalny sposób powstaje na tym kamieniu, a nowa już się nie wytworzyła.

Mimo że już w marcu 1961 roku przywieziono czternastotonowe bloki tego samego pińczaka, z którego odkute były oryginały, nikt nie kwapił się do podjęcia decyzji, czy mają być wykonane ich repliki. W tej sytuacji wszystkie figury zgrupowano pod zadaszeniem zabezpieczonym siatką przy ścianie kościoła od strony klasztoru Klarysek. Tkwiły tam, niszczejąc, przez następnych trzydzieści lat. Później przeniesiono je na mały dziedziniec za kościołem, a dopiero całkiem niedawno – w 2012 roku – zawieziono w celu konserwacji do Krzeszowic.

Figury stojące dziś na postumentach są kopiami wykonanymi przez Kazimierza Jęczmyka w latach 1980–1987. Ich artystyczna jakość odbiega niestety od XVIII-wiecznego oryginału. Taki to już los wszelkich replik.

Komunikacja w historycznym centrum

Dopiero w latach 1952–1953 roku nastąpiła zasadnicza zmiana w komunikacyjnym kształcie tak zwanego ścisłego centrum: usunięto tramwaj z Rynku Głównego i przyległych ulic. Rzecz zbiegła się – przypadkowo jednak – z powołaniem miejskiego konserwatora zabytków. Istotne było też przeniesienie dworca autobusowego z pl. św. Ducha na ulicę Pawią w roku 1957.

Wzmożony ruch samochodowy sprawił, że podejmowano też nieprzemyślane decyzje, jak organizacja parkingu na płycie Rynku Głównego w 1959 roku, mimo że od kilku lat nieliczne auta zajmowały już plac Szczepański. Parking przetrwał tam do nieszczęsnego remontu rozpoczętego w lipcu 1962 roku i trwającego całe dwa lata. Po jego ukończeniu, w celu uporządkowania ruchu samochodowego, na kilku ulicach odchodzących od Rynku zaprowadzono ruch jednokierunkowy (między innymi na Siennej, Szczepańskiej i św. Anny).

Niekorzystnym zjawiskiem drugiej połowy lat 60. było systematyczne asfaltowanie bruków z kostki na większości śródmiejskich ulic. Wieloletnie dysputy na temat ograniczenia ruchu samochodowego w ścisłym centrum zakończył dopiero definitywny zakaz wjazdu na Rynek, wprowadzony w 1979 roku.

Na skraju nowej epoki

Istotnym momentem w rewitalizacji miasta było powołanie w 1978 roku Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa. Jego podstawowym źródłem finansowania był i jest budżet państwa, przy wsparciu osób prywatnych i instytucji.

Po boomie neonowym przez wiele lat kwestie reklamy nie budziły już takich emocji, chociażby ze względu na znikomy rozwój prywatnej przedsiębiorczości. Mimo to w latach 70. i 80. dość rygorystycznie traktowano kwestię reklamy wizualnej. Wszystkie projekty przechodziły wówczas przez biuro Głównego Plastyka, którym w latach 1972–1990 był Jerzy Napieracz.

Nadchodziła nowa epoka, a wraz z nią ożywienie gospodarcze – jeden z symboli nowych uwarunkowań ustrojowych. Wkrótce coraz trudniej było zapanować nad wszechobecną i na ogół chaotyczną reklamą w postaci szyldów, wysięgników i gablot.

*

Często używany dziś termin „dziedzictwo” w czasach PRL-u funkcjonował raczej incydentalnie. Ważny urząd administracji rządowej – resort Kultury i Sztuki – przeistoczono w Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dopiero w 1999 roku.

Ilustracka: Ziarno, wikipedia

Tekst ukazał się w numerze 1/2021, a najnowsze numery naszego magazynu kupisz TUTAJ.