PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Poranki są dla wszystkich

Janusz M. Paluch
Rekomendacje Janusz M. Paluch

O książce Anny Petelenz „Liczą się tylko poranki”

Rzeczywiście „Liczą się tylko poranki”, bo zawsze zaczynają kolejny dzień i są obietnicą czegoś nowego. Nadchodzących wydarzeń, nie zawsze dobrych i miłych, w których nolens volens będziemy uczestniczyć. Książka Anny Petelenz jeśli nas zachwyci, to na pewno nie będzie gwarantem pozytywnego nastroju. Nostalgia, poczucie tęsknoty za utraconym pięknem i perspektywami, do czego powrotu często już nie ma, a próby ich poszukiwania, choć sczezną na niczym, to przecież otworzą przed bohaterkami nowe przestrzenie. Dając nadzieję, że na nic nie jest za późno, bo przecież „liczą się tylko poranki”. A może jest inaczej? Po próbach odwracania losu, po chwilach nadziei, znajdziemy się w punkcie wyjścia? Zatem nie ma po co szukać tego, co minęło? Miłe chwile mają to do siebie, że po euforii wygasają i nie ma do nich powrotu. Tak jak z pięknymi w przeszłości miejscami, odwiedzanymi po latach , które już nigdy takimi, jakie nas zauroczyły, nie będą. Dlatego nie warto, nie trzeba tam wracać. Niech zostaną piękne w pamięci i pozwólmy sobie, tylko i aż, do nich tęsknić.

Bohaterkami książki Anny Petelenz są różne kobiety, zawiedzione życiowo, z różnymi doświadczeniami, jednak w jakiś sposób powiązane ze sobą, choćby przez osiedlowy kiosk. Mężczyźni pojawiają się w tle. Niektórzy są obiektem tęsknot, jednak niewiele dobrego można o nich się dowiedzieć. Władysław zmarł, Marek się rozpłynął, redaktor z Paryża też w którymś momencie przepadł bez wieści… Byli – zniknęli. Pozostał tylko kamper, w którym zamknięte są duchy dobrych wspomnień. Jest też Tadzio, chłopiec – trochę porzucony, który towarzyszy Lucy i Katarzynie w tajemniczej wyprawie do Wiednia. Bardzo mnie zadziwiła w powieści rola kiosku z jej starą właścicielką. Krystyna przejęła kiosk po ojcu i tam, na krakowskim osiedlu, wśród gazet i papierosowego dymu, minęło wraz z kioskiem jej życie.

To książka o dominacji i zwycięstwie nad marzeniami szarej codzienności. Domowej rutyny, w ryzy której wpadamy wszyscy – niezależnie od płci. I chyba często nie mamy wyboru, bo przecież trzeba pracować, utrzymać dom, wychowywać dzieci… Na marzenia i młodzieńcze fanaberie ani czasu ani siły już nie ma.  Jest to też książka o buncie. Nie wszyscy potrafią przeciwstawić się  paraliżującej codzienności. Rzucić etat, by pisać książki, malować, stać się poetą… Trochę mi niezręcznie pisać o tej książce, bo jestem już osobą wiekową, konserwatywną, inaczej spoglądającą na rzeczywistość, do tego mężczyzna, chyba starszy od kioskarki Krystyny czy właścicielki kampera – Lucy. A może to podświadoma reakcja? Autorka uderza w stół, a nożyce się odzywają? Brnijmy dalej… Właśnie nas – choć nie expresis verbis – obarcza autorka odpowiedzialnością za stany, w których tkwią jej bohaterki. Ten wyrazisty i dobijający telefoniczny „Pik, pik. Wiadomość od męża. »Czy możesz wyprasować mi białą koszulę? Wieczorem muszę wyjść.«”, jest jak obezwładniający cios w słoneczny splot. Iga nie może się po nim pozbierać. „Na podłodze, leżały wciąż resztki moich niezapisanych notesów. Na podłodze leżały resztki niezapisanych notesów. Ręka sama mi się zacisnęła, podobnie jak łza – to ona spadła, a nie ja płakałam. Podniosłam jeden z notesów.”. Nie godzi się na miejsce, które codzienność jej zgotowała: „Wie pani, – zwierza się Krystynie pracującej w kiosku – ja muszę coś zmienić, wszyscy mówią: »Rozwijaj się«, każdego dnia! A ja?! A ja mam mu koszulę prasować! Wie pani, co ja miałam robić? Pisać miałam, świat zdobywać! (…) Kobieta się zaśmiała. – Niech sobie pani chłopca młodego weźmie. Albo na wakacje pojedzie. To pani pomoże.”.

Ta książka powstała niedawno. Tymczasem świat opisywany przez Annę Petelenz już nie istnieje. Odszedł wraz z kioskiem, który był swoistym  „centrum informacyjno-zarządzającym” wśród bloków. Kioskarka, miła i przyjazna kobieta, nie tylko sprzedawała – też już zanikającą – prasę, była obserwatorką, wysłuchiwała opowieści ludzi z osiedla – jak na spowiedzi. Wiedziała o nich chyba wszystko. Sama też przeżywała fascynacje i uniesienia miłosne. Pojawiający się w kiosku Redaktor z Paryża inspirował ją swymi opowieściami o Paryżu… Mieście, o którym wiedziała wszystko, co znalazła w gazetach. Prawdę mówiąc tylko ona w swoim kiosku była szczęśliwa, czuła się potrzebna. Nie wiemy, co się z nią stało, gdy uwolniła się z kioskowych ciasnych czterech ścian… Na pewno kolejną utratę przeżywały – choć tego już z książki się nie dowiemy – bohaterki powieści.  A przecież „Poranki są nawet dla nieszczęśliwych”! No cóż, żyć przecież trzeba, buntować się, walczyć o siebie, czy to na krakowskim osiedlu Azory, Wiedniu czy w kamperze, choćby dla Tadzia, bo tylko przed nim niezapisane karty przyszłości!  

Janusz M. Paluch

Anna Petelenz Liczą się tylko poranki, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2026.