Spotkanie
Poeci ratują się poezją
Rozmowa z Elżbietą Zechenter-Spławińską.
Elżbieta Zechenter-Spławińska: Bez wrażliwości trudno być poetą… Potrzebna jest też czułość. Żeby tę otaczającą nas koszmarność zaakceptować
Janusz Paluch: Jest Pani poetką tworzącą nieustannie od 70 lat! A powiadają, że poetą się bywa…
Elżbieta Zechenter-Spławińska: Tak powiedział Julian Przyboś. To trafne określenie. Wisełka, czyli Wisława Szymborska, dodała, że nie czuje się poetką, kiedy bije bitką kotlety wieprzowe! (śmiech). Można uznać, że rzeczywiście poetą się bywa, chociaż – z drugiej strony – jest jak z przysłowiowym kijem, który ma dwa końce. Wszystko, co nas dotyka, może być takie i równocześnie całkiem inne. I dlatego świat jest interesujący. Gdyby tylko się bywało poetą, to przy ciężkiej sytuacji w życiu – każdy z nas ma przecież wzloty i upadki, radości i tragedie – mogłoby się nie trafić na ten moment, kiedy się poetą jest. Właśnie w takich sytuacjach wielkich wzruszeń, tragedii czy radości poeci, sięgając po kartkę papieru, się ratują.

Debiutowała w 1955 roku fraszką opublikowaną na łamach „Sztandaru Młodych”. Związana była z grupą literacką „Muszyna”. Jej pierwszą książką poetycką było wydane przez Wydawnictwo Literackie w 1962 roku Epitafium dla biedronki. Publikowała także w prasie literackiej i almanachach poetyckich. Jest również autorką utworów dla dzieci.
W latach 1972–1976 pełniła funkcję kierowniczki literackiej Państwowego Teatru Lalek „Rabcio” w Rabce, a w latach 1978–1987 kierowała Studiem Filmów Animowanych w Krakowie. Autorka tekstów piosenek śpiewanych przez zespół Wawele Jana Wojdaka oraz artystów kabaretu Piwnica pod Baranami.
Rok 2025 jest jubileuszem jej 90. urodzin oraz 70-lecia debiutu literackiego.
Czym dla Pani jest poezja?
Nieraz się nad tym zastanawiałam. Kiedyś interesowało mnie to, co inni poeci myślą, czym jest dla nich poezja. Wiadomo, że Wisława powiedziała, że nie wie i „będzie się tego trzymać jak poręczy”.
Poważnie mówiąc, dla mnie w ostatnim czasie pisanie wierszy jest ratunkiem. Przez to, co teraz przechodzę, odkąd mojego syna Grzesia nie ma, przecież bym zwariowała! Ten idiotyzm sytuacji, że przeżyłam śmierć własnego dziecka i dalej żyję, przerasta mnie. A muszę przecież normalnie funkcjonować. Poezja to dla mnie wentyl bezpieczeństwa! To, że jakoś funkcjonuję, że możemy spokojnie rozmawiać, żartować czy śmiać się, zawdzięczam pisaniu poezji.
Można zatem mówić o terapeutycznej roli twórczości?
Ależ oczywiście! Wstydliwie tak powiedzieć, ale odkąd pamiętam, dla mnie pisanie było – jak to Miłosz powiedział – „nieznośnym przymusem”. Trzeba się ratować, bo pomysły krążące w głowie domagają się, by je uwolnić! Już wiemy, jak pierwsze zdanie będzie wyglądało, a tu kolejne pomysły się upominają o swoje miejsce!
Ale jak nazwać poezję powstającą w sposób euforyczny, entuzjastyczny, choćby wtedy, gdy miłość zadzwoniła do poetki?
Nie używam określenia „natchnienie”, bo wydaje mi się na wyrost. Co to jest „natchnienie”? To moment, kiedy chcielibyśmy – ba! – musimy to, co nam w głowie już buzuje, zapisać. Nie da się inaczej. Jak emocje utrwalimy na papierze, wtedy – z pewnego dystansu – możemy na to spojrzeć i ocenić. Tak samo jest z uczuciem. Telefonu od miłości nie zmyśliłam, jest autentyczny… Kiedyś zadzwoniła do mnie nieoczekiwanie stara miłość. Rozmowa była długa, a mówiliśmy, jakbyśmy rozstali się dopiero wczoraj, jakby te rozdzielające nas sześćdziesiąt lat nie istniało. I „wróciliśmy do początku świata / który właśnie się kończy”. Tak powstał wiersz, który nadał tytuł mojej ostatniej książce.
Czy…
Bądźmy dyskretni… To bardzo zacny i znany twórca. Spotkaliśmy się nieoczekiwanie na festiwalu poezji w Łodzi. Byliśmy młodzi i było pięknie.
Gdy patrzy Pani z perspektywy czasu na swoją twórczość, co Pani myśli?
Nigdy nie jestem pewna, czy to jest do niczego, a może bardzo dobre… Nie umiem ocenić swoich wierszy. Są one moim intymnym pamiętnikiem. Czasem sięgam do książeczki, czytam wiersz, bo przypominam sobie jakieś zdarzenie, które wiele dla mnie znaczyło. Zawsze wiem, w którym tomiku je opisałam.
Która książka, a wydała ich Pani ponad dwadzieścia, jest dla Pani najważniejsza?
Ta ostatnia – Zadzwoniła do mnie miłość…
Czy dlatego, że najnowsza?
Dlatego, że są w niej moi wszyscy najbliżsi, których już nie ma. I tylko dlatego. W tym tomiku są wiersze sprzed dwóch, może nawet trzech lat. Dominują jednak nowe, i to takie, które w ostatniej chwili dodałam. Powstałe już po śmierci Grzesia…
Literatura w Pani przypadku to sprawa rodzinna, bo przecież nie tylko ojciec był poetą, pisarzem, publicystą, ale i dziadek Edmund…
Jakieś dwa lata temu Grześ wpadł na nowele Edmunda Zechentera. Ze wstydem mu się przyznałam, że mam jego książki, ale do nich nie sięgnęłam. Może dlatego, że nie odczuwam potrzeby szukania przodków. No cóż, dzięki dziadkowi zdałam trudny egzamin u prof. Pigonia. Ojciec, gdy dowiedział się, że idę na egzamin do Pigonia, nagle powiedział, żebym się nie przejmowała, jeśli nie zdam tego egzaminu… Nie wiedziałam, o co chodzi. Okazało się, że ojciec – jako młody dziennikarz – napisał niepochlebną recenzję książki profesora Z Komborni w świat, krytykując w niej generalnie wszystko. Na szczęście byłam dobrze przygotowana. Wylosowałam pytanie oparte na lekturze Piotra Baryki Z chłopa król, którą rano jeszcze doczytywałam. Profesor wziął indeks, otworzył. „Elżbieta Zechenter” – przeczytał. Nieświadoma niczego, mówię: „Tak, tak, panie profesorze, jestem córką Witolda Zechentera”. Ojca wszyscy znali! Spojrzał na mnie i machnął ręką. „Co tam Witold… – powiedział. – Czy jest Pani krewną Edmunda?” – zapytał. „To mój dziadek” – odpowiedziałam nieco zdziwiona. „Proszę Pani! – ujrzałam ożywcze błyski w oczach profesora. – To był pisarz zapoznany!”. Edmund był dziennikarzem w „Czasie”, przyjaźnił się z Boyem-Żeleńskim, który jako lekarz przychodził do dzieci. Ojciec opowiadał o tym, że ile razy potem widział Boya, to miał ochotę otworzyć usta i powiedzieć: „Aaa…” (śmiech).
W Krakowie mówią, że co druga poetka i co drugi poeta to Pani literackie dziecko.
Przez ćwierć wieku prowadziłam warsztaty literackie w Ośrodku Kultury w Nowej Hucie, w Centrum Młodzieży im. Jordana, a także – z Heniem Cyganikiem – na Woli Duchackiej. W grupie byli dorośli ludzie – pracownicy wówczas jeszcze Huty im. Lenina. To byli już ukształtowani poeci, oczywiście różnorodna to była poezja, ale – co najważniejsze – byli chętni do pracy. Uwielbiałam prowadzić te spotkania, bo od dzieciństwa obserwowałam podobną działalność taty. Przychodziło do niego dwóch nastolatków. Jeden nazywał się Adam Włodek, a drugi Tadzio Jęczalik. Włodek – radość życia, serdeczny, bawił się ze mną. Uważał, że jestem osobą, traktował mnie jak człowieka – a miałam sześć lat. Jęczalik był melancholijny – jak nazwisko… Ojciec czytał ich wiersze, a ja z boku temu się przysłuchiwałam. Brałam udział w pierwszych w życiu warsztatach literackich! Adam, który po latach zaprosił mnie do Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich, powielał ten model pracy z młodymi literatami. Mojego ojca zawsze młodzi poeci interesowali. Tato poznał się też przecież na Wisełce!…
Mówi Pani o Wisławie Szymborskiej?
Tak! Kiedy Wisławę znajomi namawiali, żeby pokazała komuś swoje wiersze, zdecydowała: to niech będzie ten Zechenter. W rozmowie do Malinowego tortu powiedziała mi, że gdyby wtedy ojciec odrzucił jej wiersze, nigdy by ich już nie pisała. Miała równolegle mnóstwo innych zainteresowań. Botanika, biologia, przyroda… Ojciec zawsze mówił, że ona jest wielką poetką. Czytał mi jej wiersze, jak miałam dziesięć lat.
Czy Witold Zechenter poznał się na Pani jako poetce?
Ojciec nie chciał czytać moich wierszy… A poważnie, zaczęłam pisać wiersze, jak byłam studentką polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pierwszym czytelnikiem moich wierszy był Edek, Edward Etler – mój chłopak, który był malarzem, filmowcem, wrażliwym człowiekiem, dobrym poetą i pisarzem też. Umacniał mnie w przekonaniu, że to, co piszę, ma sens. Z jednego z moich wierszy zrobił swój film dyplomowy. Byłam z mamą na wakacjach, jak zwykle w Sopocie. Edek w tym czasie był u swej ciotki, która przeżyła Holocaust tylko dlatego, że była blondynką. Pisałam wiersze o morzu, gabinecie śmiechu z krzywymi zwierciadłami, który był we Wrzeszczu i który odwiedziliśmy… Pamiętam, wyszliśmy z tej pokręconej rzeczywistości i nagle, już pełna smutku, mówię do niego: „Wiesz, dla kogoś, kto ma garb, to nie ma wyjścia z gabinetu śmiechu…”. A on do mnie: „Zapisz to, jesteś poetką!”. Ja się śmiałam, bo gdzież ja poetka…
Właśnie te wiersze i prozy pokazałam Ojcu. Przeczytał i miał dziwną minę. Jakby się przestraszył, że mogą mnie czekać jakieś rozczarowania. Powiedział: „Nie wiem, jakie to są wiersze, bo jesteś mi za bliska. Chirurg nie operuje swojego dziecka”. I przekazał je Heniowi Markiewiczowi, który był moim profesorem. Byłam na trzecim roku. Długo czekałam na werdykt… W końcu podeszłam do niego po wykładzie: „Panie profesorze, co z tymi moimi wierszami?”. Chyba był trochę zaskoczony. Tak się zacukał, zastanawiał, co ma powiedzieć, w końcu usłyszałam: „Pani powinna pisać. Ale może prozę?”. Obraziłam się. Dotknęło mnie to strasznie… Ale Edek mnie pocieszył: „Nie przejmuj się, przecież to są dobre wiersze. Idź do kogoś innego”.
I poszłam do Wisławy Szymborskiej, do redakcji „Życia Literackiego”. Miała wtedy niewiele ponad trzydzieści lat. Pamiętam jej piękne ręce. W redakcji siedziała w czarnej, puszystej czapce, którą przywiozła z Paryża. Wyglądała czarująco. Dałam jej te swoje wiersze i niebawem dwa się ukazały. Jeden – Długi, opowiadał o długach, jakie zaciągamy wobec życia, za które potem trafiamy do więzienia, które nazywa się starość… To był 1957 rok. Byłam szczęśliwa! Ale byłam też pod jej ogromnym wpływem. Myślałyśmy podobnie. Pisząc, musiałam uważać.
Skoro mowa o Wisławie Szymborskiej, trudno pominąć Czesława Miłosza.
Kiedyś zapytałam Kasię Zechenter: „Kasiu, czy ty kiedyś posyłałaś swoje wiersze Miłoszowi?”. Powiedziała: „Nie”. Ale ja nie potrafię sobie wytłumaczyć wieczoru w Krakowie w 1994 roku, kiedy – podczas promocji jego książki Wypisy z ksiąg użytecznych – w Dworku Łowczego Wisełka ciągnie Miłosza w moją stronę. Przedstawia mnie. I pamiętam ten jego zimny wzrok. Mówi: „Znam, przysyłała mi pani wiersze przecież…”. Zdumiona odpowiedziałam: „Nikomu nie wysyłam swoich wierszy, chyba że ktoś o nie poprosi. Panu na pewno nie wysyłałam”. Ale Miłosz się upierał: „Jak to… Przecież korespondowaliśmy. Stale mi Pani wiersze przysyłała…”.
Zaczęłam główkować. Gromadka ludzi wokół nas przysłuchiwała się rozmowie z zainteresowaniem. I nagle pomyślałam sobie, że i Edek, i Jacek byli przecież w Stanach Zjednoczonych. Obaj cenili moje wiersze. I tak nierozważnie powiedziałam: „Może któryś z moich mężów wysyłał Panu?”. Miłosz aż podskoczył z radości! „Iluż ich pani miała?!” – wystrzelił. „Czternastu” – odpowiedziałam z głupia frant. I w taki sposób skończyła się ewentualna zażyłość z Miłoszem (śmiech).
A przecież miałam niecałe dziesięć lat, kiedy pod koniec stycznia 1945 roku byłam z mamą w Starym Teatrze. Tam, w nieopalanej sali – wszyscy siedzieliśmy w płaszczach, był potworny mróz – zaczęło się życie literackie… W Krakowie było wtedy mnóstwo pisarzy i poetów. Czytali swoje wiersze, a utwory tych nieobecnych czytali aktorzy. Jak wszedł na scenę Miłosz, to był tak olśniewająco piękny… I przeczytał Miasto o grajku warszawskim. Popłakałam się… Wtedy pierwszy raz poczułam wzruszenie, które daje dobry wiersz… Kończy się słowami: „Grajku poranny, komu ty tak grasz, / Tam są schody bez domu i piętra bez żywych. / Tobie gram, najpiękniejsze z urojonych miast i najsmutniejsze z prawdziwych”. I już nie udało mi się mu o tym opowiedzieć, pewnie byłoby mu miło, ale… za dużo tych mężów miałam (śmiech).
Jak zostać prawdziwym poetą?
Recepty nie ma. Musi być wewnętrzna konieczność, że się musi zapisać pomysł. Trzeba być też wrażliwym na świat. Bez wrażliwości trudno być poetą… Potrzebna jest też czułość. Żeby ten otaczający nas świat, tę koszmarność zaakceptować. Do świata trzeba mieć cholernie dużo czułości i wyrozumiałości, jak do nieznośnego dziecka. Trzeba mieć też wokół siebie grupę zaprzyjaźnionych osób… Wszyscy, niezależnie od wieku, którzy zaczynają pisać, powinni być w jakiejś grupie. Czytać, słuchać uwag… To dobrze robi na pisanie. Jako prowadząca warsztaty zawsze byłam do bólu szczera. Nie kadziłam. Krytyczne uwagi mówiłam delikatnie, żeby nie obrazić, nie ranić i nie zrazić.
Jest Pani znana nie tylko dzięki swym książkom poetyckim, ale Pani teksty są śpiewane. Czy piosenki to też poezja?
Nie, to tylko teksty piosenek. Mam łatwość ich pisania, bo uczęszczałam do szkoły muzycznej. Jestem więc także tekściarą! (śmiech)
Kto Panią namówił do pisania tekstów piosenek?
Do tego nie trzeba mnie było zachęcać. Jeszcze w szkole brałam ulubioną melodię i wymyślałam słowa. Robiłam rybkę – tak się nazywa linia melodyczna utworu – i piosenka powstawała dość szybko… Swego czasu prof. Jacek Baluch zachwycił się hitem Waweli Nie szkoda róż. Jako filolog rozebrał ten tekst i stwierdził, że jest niesłychanie trudny do wykonania wokalnego. Jednak pisał to w przekonaniu, że autorką słów jest Ewa Lipska! Mnie to trochę dotknęło… Powiedziałam mu, że to moja pierwsza piosenka, jaką napisałam dla Waweli. Z Wawelami poznała mnie właśnie Ewa Lipska.
Jest Pani otoczona osobami niezwykłymi. Kto dzisiaj jest dla Pani tą literacką podporą?
Moją największą przyjaźnią – nie tylko literacką – jest młodsza o pokolenie Marta Mazurkiewicz-Stefańczykowa. W moim mieszkaniu zaistniała w wieku dziewiętnastu lat. Nie była związana z żadną grupą literacką. Z wielkim trudem dała się „włożyć” do Koła Młodych SPP. Marta jest ze mną na co dzień. Wszystko załatwia i o wszystkim pamięta. W końcu mam 90 lat! Gdyby nie ona, do głowy by mi nie przyszło wysyłać wiersze do wydawców, zabiegać o nagrody… Stąd tomik Zadzwoniła do mnie miłość, Medal Gloria Artis…
Kocha Pani Kraków, ale kiedyś uciekła Pani do Łodzi…
Ja kocham Łódź! Do Łodzi uciekłam po potwornej awanturze z ojcem. Miałam 20 lat. Do dziś nie potrafię zrozumieć, dlaczego znając ojca, jego wybuchowość, tradycyjne spojrzenie na wszystkie kobiety i stosowanie do siebie samego innych reguł, zaplątałam się tak idiotycznie. Oczywiście były to sprawy męsko-damskie… Ojciec wrzeszczał na mnie, nie przebierając w słowach. Byłam w szoku! Nie usłyszałam dzwonka do drzwi. Nie słyszałam, że ktoś wszedł do pokoju. Nagle zabrzmiał głos mojego chłopaka: „Nigdy takich słów ode mnie nie usłyszysz, wyjeżdżamy!”. Skąd on się tam znalazł w takim momencie? Coś kazało mu wsiąść do pociągu i przyjechać do Krakowa z Łodzi, gdzie studiował w szkole filmowej… Wyjechaliśmy do Łodzi. Został moim mężem… A kiedy – po pewnym czasie – nie dało się już z nim wytrzymać, uciekłam z powrotem do Krakowa, do rodziców… Pomyślałam, że tylko ojciec, który bezgranicznie mnie kocha, może mnie zrozumieć i pomóc… Tylko on, który całe życie romansował do późnej starości i wyplątywał się w sposób idealny z różnych zawiłości męsko-damskich, mógł mi pomóc. Zmarł w wieku 73 lat, wtedy wydawało mi się, że jest potwornie stary…
Z zainteresowaniem przeczytałem Pani książkę Zapamiętane…
Moją pasją w ostatnich latach są wspomnienia o ludziach, których spotkałam w życiu. Dzięki ojcu w rodzinnym domu poznałam literackie sławy.
A i w Łodzi obracałam się wśród niesamowitych postaci. Przychodzili do nas Nowosielscy, którzy w Łodzi byli krakowskimi wygnańcami, bo w latach pięćdziesiątych tamtego wieku Jurek miał wielkie kłopoty w Krakowie. Z Romkiem Polańskim widzieliśmy się prawie codziennie. Gdy kupił sobie skuter, przyjechał i powiedział: „Chodź, Elżbieta, przejedziemy się! Edek, pozwolisz?”. Edek nie miał nic przeciw, a mnie nie trzeba było namawiać! I objechaliśmy całą Łódź! Piękna słoneczna pogoda, ja w szpilkach, siedząc bokiem na kanapie skutera, w rozwianej spódnicy! On w niebieskim, cieniutkim ubraniu. Zatrzymywały się auta, patrzyli, bo jeszcze nie było skuterów. To była lambretta przywieziona z Paryża. Przepadałam za Romkiem, bo miał niesłychane pomysły! Odwiedzał nas Janusz Majewski, którego kojarzyłam z Krakowa, gdzie skończył architekturę. A oprócz tego moją znajomą była największa miłość Janusza – Tamara Rudnik. Przepiękna! Była Żydówką. Miała ogromne jasne oczy, w jej urodzie nie było nic semickiego. Nic dziwnego, że Janusz zakochał się w niej bezgranicznie! Odwiedzał ją w domu sierot żydowskich na Kazimierzu, gdzie się wychowywała. To był też dom, w którym mieszkał mój Edek. Oboje w czasie wojny przeszli koszmar. Tamara miała piękną twarz, ale na czubku nosa można było dostrzec bliznę. Dobrzy ludzie wywozili ją z getta gdzieś na wschodzie w worku z ziemniakami. Niemiec, który ten transport ziemniaków sprawdzał, dźgał te worki nasadzonym na karabin bagnetem. Ranił Tamarę, która nawet nie pisnęła. Niestety, wzgardziła Januszem. Wyjechała do Afryki Południowej, wyszła za mąż za właściciela kopalni diamentów. Janusz miał cudowną żonę, Zosię Nasierowską, z którą się też przyjaźniłam. Ja i Basia Kwiatkowska byłyśmy jednymi z pierwszych modelek, które Zosia obfotografowała. Z każdej kobiety potrafiła zrobić piękność. Ale fotografia wtedy była zupełnie inna… Świat był całkiem inny.
Tekst ukazał się w numerze 11-12 2025.