Subiektywnie
Plama na jubileuszu
Smocze jajo
Pieniądze wynaleźli Fenicjanie. A najlepiej na tym wynalazku poznali się Amerykanie. Warto o tym przypomnieć przy okazji świętowania 250-lecia kraju rozpiętego między brzegami dwóch oceanów. Bo to Amerykanie okazali się arcymistrzami skutecznego wydawania swoich pieniędzy. Ich przemyślane inwestycje wspomogły nawet powalić komunizm.
Dane mi było doświadczyć tego na własnej skórze. W czasach PRL-u, w latach 70. tamtego wieku, Stany Zjednoczone zapraszały do siebie inżynierów, lekarzy, naukowców, publicystów i opłacały tego rodzaju klientom pobyt za oceanem. Ludzie z kraju demokracji ludowej mieli zobaczyć, jak wygląda demokracja nie ludowa, ale zwyczajna. Urzędnikowi z konsulatu przedstawiało się listę życzeń, podawało się, co i gdzie chce się zobaczyć. Kiedy stanąłem przed tą szansą, zdecydowałem, że gospodarze zawiozą mnie do miejsc, gdzie toczy się akcja moich ulubionych książek, gdzie przebywali moi ulubieni autorzy.

Missisipi w narzeczu miejscowych Indian znaczy, że to ojciec wszystkich wód. Stanąłem na brzegu tej patriarchalnej rzeki w miejscowości Hannibal, w stanie Missouri. Tu w roku 1835 urodził się Samuel Clemens znany światu jako Mark Twain. Miejscowość liczyła wtedy 100 mieszkańców, pisarz przechwalał się potem, że powiększył jej populację o cały jeden procent. Swoje dzieciństwo opisał w Przygodach Tomka Sawyera. Wyjadał ze słoików konfitury, opróżniał kredens z kostek cukru, łapał żaby w przybrzeżnych zakolach, pływał łódką po Missisipi. Tu wtedy kończyła się Ameryka, dalej świat był już niczyj.
Przybyłem do Glen Ellen, miejscowości za wzgórzami uniesionymi na północ od San Francisco. Tu Jack London znalazł swój kawałek świata. Całkiem niemały. Jego gospodarstwo liczyło prawie sześćset hektarów. Hodował krowy i stada angorskich kóz, trzymał rasowe klacze i ogiery. Obsiewał pola owsem, żytem i koniczyną, sadził buraki, marchew, fasolę. I pisał. Nie pozwalał sobie na więcej niż pięć godzin snu. O wczesnym świcie wypijał filiżankę kawy, jeszcze w pościeli poprawiał rękopisy z poprzedniego dnia, przeglądał odbitki korektorskie. A punktualnie o ósmej siedział już za biurkiem i wypełniał swój najważniejszy obowiązek. Codziennie produkował tysiąc słów, ani więcej, ani mniej. Był bożyszczem Ameryki. Jego bohaterowie wędrowali przez śnieżne pustynie, zmagali się ze sztormami, przedzierali przez nieprzebyte puszcze, okładali pięściami na ringach. Pomiędzy Atlantykiem i Pacyfikiem noszono takie jak on kapelusze, kurtki, koszule, uwodzono kobiety, przedstawiając się jego nazwiskiem.
Monterey to położony na południe od San Francisco półwysep. To także marka najsławniejszych i najbardziej kiedyś poszukiwanych sardynek. Zachwycała się nimi cała Ameryka. W tym miejscu oceanu gęsto było od wielopiętrowych ławic tych rybek. Do połowu używano nie tylko sieci, pompowano towar także za pomocą zatopionych w wodzie rurociągów. Każdej doby wydobywano po kilka tysięcy ton pływającego mięsa. Przetwórnie pracowały dniem i nocą. Fabryki konserw tworzyły długą ulicę, teraz to Ulica Nabrzeżna Johna Steinbecka. Chodziłem po tej ulicy, gdzie autor z tutejszych dziwek uczynił anielice, a zapamiętanych alfonsów i szulerów przemienił w męczenników i świątobliwych.
W Nowym Orleanie tramwaje na poszczególnych trasach opatrzone były nie cyframi, nie literami, ale nazwą końcowej stacji. Oglądałem stojący na pomnikowym cokole tramwaj z napisem „Desire”. To ten wagonik przejeżdżał kiedyś pod oknem Tennessee Williamsa, trafił do jego dramatu Tramwaj zwany pożądaniem i rozsławił miasto.
Całą parotygodniową wędrówkę zakończył wypoczynkowy pobyt w Las Vegas. Stamtąd, na własny już rachunek, zafundowałem sobie przelot samolotem nad Grand Canyonem. Kosztowało mnie to ponad 100 dolarów. Zaraz na drugi dzień zwrócono mi te pieniądze. Gospodarze uznali, że jest to merytoryczne poszerzenie mojego poznawczego programu. Rozochocony takim obrotem sprawy postanowiłem dalej twórczo rozwijać mój program pobytu i nadal poszerzać wiedzę o Stanach Zjednoczonych. Kolejnej nocy oddałem się więc rozkosznym szaleństwom, jakie na najwyższym poziomie serwuje ta stolica światowej balangi. Były więc niepospolite balety, egzotyczne rytmy, a używane do striptizów panienki były czarne, białe, żółte i mieszane. Wszystko to za grubo ponad dwieście dolarów. Do dziś mi tej forsy Amerykanie nie oddali. Skandal!
Dzielę się tym z całą resztą świata, bo to paskudna plama na dostojnym jubileuszu. Supermocarstwo, które zamierza kolonizować Księżyc i chce zarządzać całym naszym globem, zalega z jakże wstydliwym długiem. I kala podniosłe obchody swojego 250-lecia.
