PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Po krakosku

Performans, czyli ciągła zmiana

Katarzyna Wójcik
Po krakosku Katarzyna Wójcik

Jedynym poświęceniem był czas spędzony na oglądaniu, jak przez godzinę artystka wędruje po scenie tam i z powrotem, chlapiąc krwią na prawo i lewo.

Podobno to zupełny przypadek, że 5. Międzyuczelniany Przegląd Performansu Aktomar (8–10 stycznia 2026) w krakowskim Teatrze KTO rozpoczął się performansem Oliviera de Sagazana Transfiguration. Nie wierzę jednak w przypadki.

Chudy facet o wyglądzie urzędnika z ZUS-u, ubrany w garnitur, wychodzi na scenę. Klęka przed publicznością, po czym zaczyna nakładać sobie kolejno na twarz, głowę i całe ciało lepką maź o konsystencji gliny lub błota. Tak zaczyna się trwająca godzinę fascynująca transfiguracja, podczas której artysta przeobraża się w jedno- i wielookie potwory, dwugłowe stworzenia, świnię-polityka, a nawet nagą kobietę. Performans lekki i zabawny, ale w kontekście samej przemiany budujący wielopiętrowe znaczenia. Bo człowiek to wszak istota podlegająca ciągłym zmianom, choć może niekoniecznie aż tak drastycznym jak bohaterowie Metamorfoz Owidiusza czy performansu Oliviera de Sagazana.

Franko B. i autorka artykułu, fot. Artur Grabowski

Ciągłą zmianą jest też sam performans, czyli pograniczna forma sztuki, na styku teatru, sztuk wizualnych, a nawet sztuki cyrkowej, z założenia będąca akcją jednorazową, w której podstawowym narzędziem jest ciało performera. Wielu z nich to zresztą chodzące performanse, jak zaproszony w tym roku jeden z mistrzów, mieszkający na co dzień w Londynie włoski artysta Franko B. Jego wytatuowane ciało to body art w czystej postaci, a akcje z wykorzystaniem własnej krwi, z których jest znany, mieszczą się w kategorii „drastyczne”. Zaprezentowany przez niego podczas Aktomaru performans A long and short history of violence told by me nie był drastyczny w znaczeniu fizycznym, ale w wizualnym i ideologicznym – tak. Można by pomyśleć, że wraz ze zmianą czasów i postępem cywilizacji zmieniło się ludzkie myślenie o świecie. Obok praw człowieka pojawiły się coraz ostrzej respektowane prawa zwierząt, a kwestie związane z tolerancją i równością płciową, wyznaniową i kulturową są na porządku dziennym. Nie zmieniło się jednak podejście człowieka do przemocy, dążenie do toczenia wojen i zabijania. Ten wizualny esej o nienawiści, ubrany przez Franko B. w formę kościelnych wypominek za dusze ofiar wojen i konfliktów zbrojnych we współczesnych czasach, to przypomnienie, że czynienie zła jest zawsze decyzją, a człowiek, choćby bardzo chciał, wcale nie uczy się na błędach minionych pokoleń.

Aktomar to jedyny (!) taki festiwal w Polsce. Choć trzonem tego wydarzenia są tzw. pokazy mistrzowskie, czyli performanse prezentowane przez światowej sławy artystów polskich i zagranicznych, to zasadniczą jego treść tworzą studenci wydziałów związanych z performansem z całego kraju. Dla większości z nich to być może jedyna okazja w życiu, żeby zaprezentować się na scenie przed publicznością teatralną, a dla wszystkich na pewno lekcja pokory (bo, nie oszukujmy się, performanse są lepsze i gorsze) oraz możliwość podpatrzenia techniki u innych.

Aktomar to nie konkurs, studenci prezentujący swoje akcje nie są oceniani, komentowani czy nagradzani (szkoda, bo rywalizacja podgrzałaby atmosferę). Nie da się jednak uciec od pewnych spostrzeżeń i przemyśleń dotyczących technik i pomysłowości – bo 80% sukcesu performansu to dobry pomysł, a reszta to odpowiednie wykonanie. Wydaje się, że podstawowym problemem, z jakim borykają się młodzi artyści (pewnie nawet o tym nie wiedząc) to zbyt hermetyczne podejście do tematu lub zbyt płytkie potraktowanie go. Na pytanie, dlaczego nie podobały mi się performanse, które mi się nie podobały, odpowiedź jest prosta: bo nie wiem, o co w nich chodziło. Trudno zachwycić się sztuką, która nic nie pokazuje i z której nic nie wynika, a tak niestety wyglądała część zaprezentowanych przez studentów performansów – zrobione jakby w pośpiechu, bez zastanowienia się nad tym, jak odbierze to widz. Trudno jednak mieć pretensje do studentów, skoro niektóre spośród „mistrzowskich” pokazów też nie były udane, jak performans Norweżki Masji Nor Nødtvedt, która chciała chyba zszokować wszystkich przebraniem się za zombie i użyciem prawdziwej krwi na scenie, ale treści w tym nie było żadnej, mimo że w opisie performansu widnieje jak wół: „Akt ten staje się namacalną refleksją nad ludzką wrażliwością w systemach technologicznej manipulacji, transhumanistycznego pożądania i rytualnego poświęcenia”. Jedynym poświęceniem był czas spędzony na oglądaniu, jak przez godzinę artystka wędruje po scenie tam i z powrotem, chlapiąc krwią na prawo i lewo. Może dlatego swój występ zakończyła znikając po prostu za drzwiami i nie czekając na jakiekolwiek owacje (bo i tak by ich nie było).

Ale w festiwalowym cyklu występów nieudane można zrekompensować sobie udanym. I tak absolwent krakowskiej ASP Piotr Urbaniec i jego kolega kompozytor-trębacz Mark Nieuwenhuis udowodnili, że wzięcie na warsztat nawet tak nieoczywistej rzeczy jak hejnał krakowski i poświęcenie dwudziestu minut na wariacje tego dwuipółminutowego utworu może być i zabawne, i metaforyczne, i naprawdę fajne. Nie da się ukryć, że wśród pokazów studenckich zdecydowanie najlepiej zaprezentowali się studenci z Krakowa – i wcale nie dlatego, że powoduje mną sentyment lokalny. W ich akcjach scenicznych widać było solidne przygotowanie i ciekawe pomysły, m.in. w „wojennym” performansie Piotra Sędkowskiego z krakowskiej ASP, a także imponujące umiejętności pracy z tekstem, czego dowiedli studenci tej samej uczelni Michał Kowalczys w mówionym performansie Ćwiczenia do listów na wiatr oraz Kiril Aleksandrov w bardzo zręcznie skonstruowanym rapie-manifeście.

Jeśli w przyszłym roku odbędzie się kolejna edycja Aktomaru, to na pewno też na niego pójdę. Festiwale mają to do siebie, że tworzą festiwalową atmosferę, którą chłonie się jak narkotyk. Duża w tym zasługa prowadzących, których nazwiska z niewiadomych powodów nie widnieją w opisie festiwalu – jeśli to czytają, to szacun za świetną konferansjerkę. Studenckie festiwale (zwłaszcza w Krakowie) to wartość sama w sobie, nawet jeśli nie zawsze wszystko jest udane.

Ilustracja główna: dzięki uprzejmości Teatru KTO