Słowo
Parasolki Szymborskiej
Gdyby Wisława Szymborska żyła, 2 lipca skończyłaby 103 lat.
Nie mamy pewności, czy wybrałaby się do parku swojego imienia, który z tej okazji powstał przy ul. Karmelickiej, ale my możemy to zrobić, by na ławeczce wśród kwiatów zadumać się nad jej wierszami. O tym, jak powstały niektóre z nich,
a także o podróżach poetki i jej spotkaniach z Czesławem Miłoszem opowiada nam Michał Rusinek, pierwszy sekretarz noblistki.
Magda Huzarska-Szumiec: Ile parasolek zgubiła w swoim życiu Wisława Szymborska?
Michał Rusinek: Nie wiem, pewnie niemało. Ale miała całkiem sporą ich kolekcję, bo nie tylko ona gubiła parasolki. Ludzie często przez roztargnienie zostawiali je u niej w domu. Tak jak Sławomir Mrożek, który zapomniał swojego wielkiego, czarnego parasola, tego znanego z rysunków. Zostałem poproszony, żeby oddać go pisarzowi. Umówiłem się z nim, zapukałem do drzwi, a on je otworzył tylko na szerokość łańcucha. Podałem mu ten parasol i usłyszałem: „Nie będę pana dłużej zatrzymywał”. Po czym zamknął drzwi.
Pytam o parasolki, bo w otwartym właśnie parku im. Wisławy Szymborskiej przy ulicy Karmelickiej będą one częścią wystroju.
Architekci parku nawiązali do skłonności pani Szymborskiej, jaką miała do gubienia tego przedmiotu. Poza tym w założeniach jest to park literacki, więc chcieli wprowadzić do niego różne motywy z jej poezji. A parasol w utworach pani Wisławy nieraz występował. Dlatego podczas spacerów będziemy spotykać parasolki z zamieszczonymi na nich cytatami z jej wierszy. Zresztą znajdą się one też w innych miejscach. Będzie można sobie chodzić i ich szukać.
A czy panu zdarzyło ochraniać noblistkę przed deszczem?
Tak, choć takie zajęcie należy do pracowników Służby Ochrony Państwa, z czego skwapliwie korzystają niektórzy politycy. Ale mnie się też zdarzało chronić panią Szymborską przed zmoknięciem.
Mogli pana wziąć za bodyguarda.
To zdarzało się sporadycznie, choć panią Szymborską czasami trzeba było rzeczywiście osłaniać przed tłumem. Tak było podczas jednego z pierwszych Spotkań Poetów Wschodu i Zachodu. Nie było nam łatwo wyjść z Sukiennic i dojść do taksówki, która czekała na rogu Rynku. Mieliśmy dwóch ogolonych na łyso ochroniarzy, którzy rozganiali ludzi. Kiedy doprowadzili nas szczęśliwie do samochodu, sami wyciągnęli tomiki z poezją i poprosili o podpisy dla swoich konkubin.
Ale przypominam sobie jeszcze jedną historię, kiedy rzeczywiście zostałem ochroniarzem. Pani Szymborska była zaproszona w Warszawie do teatru na imprezę „Społecznik roku”. Siedziała obok Jolanty Kwaśniewskiej, która wtedy była pierwszą damą. Podeszli do mnie ludzie z BOR-u i chcieli mnie wyprosić. Powiedziałem im jednak, że jestem z ochrony pani Szymborskiej. Odpuścili. Swój swego nie ruszy.
CZYTAJ DALEJ TĘ AUTORKĘ:
A jak został pan sekretarzem poetki?
Przez protekcję. Na studiach razem z kolegami i koleżankami założyliśmy Towarzystwo Admiratorów prof. Teresy Walas. Żeby zostać do niego wprowadzonym, należało napisać limeryk na cześć Teresy Walas. Pani Wisława Szymborska napisała już wcześniej dwa, przez co została uznana od razu za członkinię honorową. Jednak należało ją najpierw zaprosić na zebranie. I to zadanie przypadło właśnie mnie. Nogi mi się trzęsły ze strachu, a ona nie miała jeszcze tego okropnego sekretarza, którego można by poprosić o wsparcie. Zadzwoniłem jednak. Pani Wisława okazała się bardzo miła i dała się zaprosić. A pół roku później gruchnęła wieść o Noblu. No i zaczęły się gwałtowne poszukiwania kogoś, kto by się nadawał na sekretarza. Pani profesor Teresa Walas mnie właśnie zaprotegowała.
To pewnie przeszedł pan od razu chrzest bojowy i pojechał na uroczystość wręczenia Nagrody Nobla.
Początkowo wcale nie miałem tam jechać. Zaproszeni byli tylko przyjaciele, znajomi, których ona wskazała. Ale Polskie Linie Lotnicze LOT się pomyliły i zarezerwowały jeden bilet więcej. Przy mnie się nawet zastanawiała, kogo doprosić do towarzystwa. W pewnym momencie popatrzyła na mnie i powiedziała: „A, niech pan jedzie”. Wcześniej trzeba było się jednak zarejestrować na te noblowskie wydarzenia. W języku szwedzkim nie ma słowa „załatwić”, co dużo mówi o tym narodzie, bo u nas to przecież podstawowy czasownik. Dlatego nie dało się „załatwić” dla mnie wejściówek na uroczystości. Wpisano mnie na listę rezerwową i szczęśliwie udało mi się wejść na wszystkie uroczystości. Dlatego w czasie przyjęcia noblowskiego nie siedziałem przy tak zwanym polskim stole, tylko przy stole chemików, co też było ciekawe.
Był pan przygotowany do tego wyjazdu? Miał pan w szafie smoking albo frak?
Miałem frak dyrygenta wypożyczony z Filharmonii Krakowskiej. Stosowne buty pożyczyłem od kogoś z rodziny. Cała rodzina pomagała mi załatwić odpowiedni strój, bo inaczej by mnie nie wpuszczono. Zresztą ostatnio też był mi potrzebny frak, ponieważ wybierałem się na wręczenie Nobla Oldze Tokarczuk. Tym razem poszedłem do wypożyczalni, która pożycza dzieciom przebrania na bale kostiumowe, jakieś pszczółki Maje czy Spidermany. Zabrał mnie tam znajomy, który właśnie oddawał strój Mai. Mieli jeden frak, który na mnie pasował, ale nie miałem go jak oddać w terminie. Pan stojący za ladą, który wcześniej przysłuchiwał się naszej rozmowie z kolegą, w końcu machnął ręką i powiedział: „Wie pan, jak pan już jedzie na te Oscary, to niech pan odda dzień później”.
A czym jako sekretarz noblistki zajmował się pan w Sztokholmie?
Musiałem współpracować ze stroną szwedzką w kwestiach organizacyjnych. Towarzyszyłem też pani Szymborskiej tam, gdzie było to konieczne, ratowałem ją z opresji, dając wsparcie psychiczne. Jednak najważniejsze były sprawy organizacyjne. Zastanawiam się do dzisiaj, jak mogłem to robić, nie mając telefonu komórkowego.
Bo w Krakowie funkcję sekretarza pełnił pan, odbierając telefon stacjonarny noblistki.
On dzwonił nieomal bez przerwy. Wszyscy chcieli jej gratulować nagrody, gdzieś zapraszać. W końcu przeciąłem kabel. Kupiłem też sekretarkę automatyczną, gdyby ktoś chciał zostawić wiadomość. Pewnego dnia pani Szymborska doszła do wniosku, że to nagranie na sekretarkę „Tu numer taki a taki, proszę zostawić wiadomość” jest dość nudne. Postanowiła więc unowocześnić je w taki sposób: „Tu numer taki a taki. Proszę zostawić wiadomość albo skontaktować się z lekarzem lub z farmaceutą”. Jednak po tygodniu zadzwoniła do mnie i powiedziała, że musimy to zmienić, bo dzwonią do niej przyjaciółki, które myślą, że się coś stało i trzeba wezwać lekarza. Więc wróciliśmy do pierwotnego nagrania.
Czym się pan jako sekretarz zajmował, oczywiście oprócz telefonu?
Przychodziłem do niej dwa, trzy razy w tygodniu. Mieliśmy taką umowę, że dzień wcześniej dzwoniła, by mnie uprzedzić, iż będę potrzebny. Nie robiła tego wcześniej niż przed 10 rano, gdyż uważała, że to nie wypada. Pracowaliśmy przeważnie przed południem. Trwało to zwykle dwie godziny, po których tradycyjnie zawoziłem ją do miasta. Najczęściej przynosiłem korespondencję, która przychodziła w trzy miejsca: do jej mieszkania, mailem na mój komputer i do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Pani Szymborska przeglądała listy, rozmawialiśmy o nich. Na część listów sam odpisywałem, bo miałem na to jej zgodę, a sprawy wydawnicze przekazywałem od razu do prawnika Marka Bukowskiego, który teraz zasiada w zarządzie Fundacji.
Wspólnie omawialiśmy rzeczy, które wymagały decyzji pani Wisławy, szczególnie dotyczące jej wyjazdów. Godziła się na nie zaledwie dwa razy do roku. Przychodziło też wiele próśb od dziennikarzy, ale ona udzielała wywiadów niechętnie. Jeżeli ktoś z Polski prosił ją o to, odpowiadała, że wywiadu udzieliła w 1976 roku i od tego czasu nie ma nic nowego do powiedzenia. Jeżeli miała gdzieś wyjechać za granicę i konieczna była rozmowa z tamtejszym dziennikarzem, zapraszała go do siebie tydzień przed podróżą, a rozmowa ukazywała się w momencie jej przyjazdu. Było to sprytne rozwiązanie, bo podczas pobytu za granicą pani Szymborska nie musiała dodatkowo pracować.
Po raz kolejny słyszę „pani Szymborska”. Czy wy byliście cały czas na pan – pani?
Tak było. Przyjaźniliśmy się, ale zachowywaliśmy formułę pewnej administracyjności. Za to pani Szymborska na ty była z moją żoną i dziećmi.
Pana córka Natalia stała się nawet bohaterką jednego z jej wierszy.
Wkład Natalki w literaturę polską jest zdecydowanie większy niż mój.
No to jak było z tym wierszem?
Było tak, że o 10 rano zadzwonił telefon. Mówimy o czasach przedkomórkowych, więc musiał to być telefon stacjonarny. Z tego powodu wstałem od stołu, przy którym siedziałem z dzieckiem. Karmiłem je jakąś zupką czy innym ohydztwem ze słoika. Wtedy jeszcze moja żona uważała, że w każdej sytuacji należy być eleganckim, więc na stole leżał piękny biały obrus, robiony na szydełku. W jego okrągłe dziurki fantastycznie wkładało się małe paluszki. Kiedy stałem przy tym telefonie, usłyszałem tylko, jak ów obrus z całą jego zawartością spada na ziemię. Wrzasnąłem więc do słuchawki. Liczyłem na coś w rodzaju współczucia, a usłyszałem: „A wie pan co, to całkiem dobry pomysł na wiersz”. I rzeczywiście kilka miesięcy później dostałem do przepisania utwór, który szczerze mnie rozbawił.
Zresztą ta historia ma kilka puent. Pierwsza jest oczywiście taka, że pojawił się wiersz Mała dziewczynka ściąga obrus. Druga, że został on wysłany do „Zeszytów Literackich” i ich szefowa Barbara Toruńczyk napisała do mnie list, który brzmiał mniej więcej tak: „Szanowny Panie, jeśli Pańskie dzieci jeszcze kiedyś coś zniszczą, a pani Wisława Szymborska napisze o tym wiersz i da nam do publikacji, pokrywamy wszystkie straty”. A trzecia puenta narodziła się, kiedy wybuchł spór pomiędzy Miłoszem, któremu bardzo się podobał ten utwór, a panią Szymborską. Miłosz dostrzegł w nim problem filozoficzny. Mówił coś o Szestowie i Dostojewskim. A pani Szymborska odparła na to: „Nie, to nie Szestow, to Natalka”.
A ostatnią puentą było to, że kiedy na świat przyszedł nasz syn, zeszliśmy na ziemię i przestaliśmy używać szydełkowych obrusów. Przeszliśmy na ceraty.
A pan też został bohaterem któregoś z wierszy poetki?
Ja tylko zasłużyłem na limeryk oraz epitafium: „Tu oddał życie Michał Rusinek, był to najlepszy jego uczynek”. Jak pani widzi, na wiele nie zasłużyłem, ale mam co wyryć sobie na grobie. Ale epitafium to podobno jedyny gatunek literacki z przyszłością.
A co noblistka myślała o pana twórczości?
Czasami pytała, czym się zajmuję, co ostatnio wydałem. Pamiętam, że kiedyś miałem dobry rok, ukazało się sporo moich książek. Zacząłem je wymieniać, a ona mi przerwała: „Wie pan co, to niesamowite, bo do tej pory tak dużo pisali tylko grafomani”. Ale mówiąc teraz całkiem poważnie, sekundowała mi, kiedy tłumaczyłem amerykańskiego purnonsensistę Edwarda Goreya. Przyniosłem jej jeszcze nieopublikowane przekłady i ona mi znalazła w nich takie miejsce, które nie pasowało jej znaczeniowo, choć nie znała angielskiego. I to rzeczywiście był mój błąd. Była bardzo wnikliwą czytelniczką.
A interesowała się pana pracą naukową?
Tak. Kiedy broniłem doktorat, pani Wisława pojawiła się w sali, wzbudzając poruszenie wśród komisji. Po obronie wyznała, że jest naprawdę ze mnie dumna, że mi się to tak ładnie udało, mimo że zawracała mi głowę i wysyłała na pocztę z listami. Ale jak się ukazał mój doktorat, to „Gazeta Wyborcza”, pewnie ze względu na to, że byłem już sekretarzem noblistki, poprosiła mnie o wywiad. Nie było to proste, bo dziedzina, którą się zajmuję, jest dosyć hermetyczna. Kiedy się ukazała ta rozmowa, pani Wisława oświadczyła: „Czytałam. Nudne. Już nawet wolę, jak pan mówi o mnie”.
Chwilami życie bywa znośne
No to porozmawiajmy o poetce i o jej podróżach, bo przecież mamy wakacje i każdy marzy, żeby gdzieś wyjechać. Ona chętnie opuszczała Kraków?
Nie, uważała, że osoby urodzone pod znakiem Raka nie powinny podróżować. Twierdziła, że jak już się gdzieś wyjeżdża, to najważniejsze jest, by mieć w bagażu bilet powrotny. Miała dwa miejsca, do których dwa razy w roku się wybierała. W połowie lipca jechała do Lubomierza, gdzie znajomy odstępował jej dom. Mieszkała w nim z przyjaciółką Barbarą Czałczyńską, też pisarką. Panie stołowały się u jakiejś lokalnej gospodyni o nazwisku Niedojad.
Natomiast w połowie września wyjeżdżała do Zakopanego, gdzie wakacje miały już trochę inny charakter. Tam pracowała, przywoziła stamtąd wiersze albo pomysły na wiersze. Mieszkała w Domu Pracy Twórczej „Astoria” i opowiadała, że sypiała w łóżku, na którym umarł Tuwim. To właśnie w „Astorii” zastał ją Nobel. Dlatego później nie chciała już wracać do tego pensjonatu, żeby nie dostać kolejnego. Od tego czasu wybierała willę „Halama”, dom pracy twórczej ZAiKS-u. Jak kiedyś zadałem jej pytanie, od kiedy jeździ do Zakopanego, to odpowiedziała, że zaczęła chyba w kambrze albo innym okresie paleozoiku.
Odwiedzałem ją czasami. Pamiętam, że ostatni raz przyjechałem z państwem Krynickimi. Z panem Ryszardem byliśmy zdziwieni, że po raz pierwszy w życiu mówiła coś o swoich wierszach, o tym, nad czym właśnie pracuje, co chce jeszcze napisać. Ta rozmowa pozwoliła nam później odtworzyć tematy wierszy, których nie zdążyła napisać, kiedy przygotowywaliśmy do druku pośmiertnie wydany tom Wystarczy.
To był ostatni wyjazd poetki. A jak wyglądały jej wcześniejsze podróże, choćby te z mężczyznami jej życia – Adamem Włodkiem, Kornelem Filipowiczem?
Podejrzewam, że z Adamem Włodkiem w ogóle nie podróżowała, bo on głównie siedział w książkach. Natomiast Kornel Filipowicz potrzebował kontaktu z naturą. Wszyscy mówią, że to musiała być wielka miłość, skoro pani Wisława, która była mieszczuchą, dawała się zabierać na te biwaki. Ryb z nim wprawdzie nie łowiła, ale stała na brzegu i trzymała podbierak. Na zdjęciach wygląda zabawnie w tej chusteczce na głowie, chroniącej fryzurę.
A wyjazdy zagraniczne?
Gdy była młoda, nie miała możliwości nigdzie dalej wyjeżdżać. Kiedy weszło prawo pozwalające na jeden dzień przekroczyć granicę z Czechosłowacją, to się tam wybierała, gdy była w Zakopanem. Podczas wyjazdów miała potrzebę kupowania prezencików. Z braku pieniędzy kupowała jakieś drobnostki lub śmiesznostki, jak zupa Knorra albo sztuczna mucha. W ten sposób narodził się pomysł loteryjek. Los decydował, komu przypadną te wyjątkowe upominki.
Przywoziła je także z Włoch. Tam chyba najczęściej wyjeżdżała?
Tak, była tam niezwykle popularna. Już w 2003 roku Casa delle Letterature w Rzymie zaprosiła panią Wisławę na wieczór autorski. Miał się on odbyć w budynku owej instytucji, ale szybko się zorientowano, że zainteresowanie jest tak duże, iż trzeba było przenieść spotkanie do pobliskiego teatru. Obawiano się, że jest zbyt duży, ale okazał się zbyt mały: część zainteresowanych odeszła z kwitkiem. To był pierwszy sygnał niezwykłej popularności Szymborskiej we Włoszech.
Po tym spektakularnym tryumfie zaproszono ją na kolację i zamówiono bardzo drogie wino. Wydało jej się jednak zbyt snobistyczne. Powiedziała, że wolałaby piwo. A tak naprawdę najczęściej zamawiała colę.
Kuchnia włoska jej smakowała?
Tak, a nawet powiedziałbym, że jej służyła. Kiedy byliśmy na Sycylii, pytała właścicielkę hotelu, w którym mieszkaliśmy, co będzie na kolację. Ta codziennie odpowiadała: „Zależy, co morze przyniesie”. Kiedy w Europie wprowadzono zakaz palenia w restauracjach, dość uciążliwy dla kogoś, kto dużo pali, we Włoszech można było załatwić (w tym języku także funkcjonuje wspomniany czasownik), żeby mogła jednak zapalić po kolacji. Właściciel zapytał po prostu pozostałych gości, czy im to nie będzie przeszkadzało. W razie kontroli mógł też wytłumaczyć, że to impreza zamknięta.
W czasie tych włoskich podróży opiekował się nią ówczesny dyrektor Instytutu Polskiego Jarosław Mikołajewski – poeta, tłumacz, publicysta. Bardzo go lubiła i ceniła. I miała do niego zaufanie, dzięki czemu chętniej jeździła do Włoch za jego kadencji. Moim zdaniem ona jeździła raczej do ludzi niż do miejsc.
Czyli pewnie za zwiedzaniem zabytków nie przepadała?
Czasownik „zwiedzać” rzeczywiście nie należał do jej ulubionych. Widać to było szczególnie, gdy wchodziła do galerii z malarstwem. Oglądała trzy pierwsze dzieła i mówiła: „Już mi chlupie w głowie, wychodzimy”. I miała rację, bo przecież nie jesteśmy w stanie dokładnie obejrzeć i zapamiętać kilkuset obrazów na raz.
Kiedy Kasia Kolenda-Zaleska, która kręciła o niej film, zadała pytanie, gdzie chciałaby jeszcze pojechać, pani Wisława odpowiedziała, że do Amsterdamu. Była tam kiedyś z Kornelem Filipowiczem i widziała Mleczarkę Vermeera, o której napisała piękny wiersz. Udało się to tak zorganizować, że znalazła się przy tym obrazie sama. Był to naprawdę wzruszający moment. Ale pani Wisława, jak to ona, momentalnie przełamała nastrój, stwierdzając: „No to teraz szybko bierzemy nożyczki, wycinamy z ram i w nogi”.
Czy podróże miały wpływ na jej twórczość?
To nie było tak, że wracała z jakiegoś miejsca i pisała o tym wiersz. Ale na pewno to, co zobaczyła w trakcie podróży, było dla niej ważne i przekładało się, choć nie bezpośrednio, na to, co pisała. Jest taki wiersz Otwornice, który powstał po powrocie z Irlandii, gdzie obserwowała klify Moheru stworzone przez odkładające się tam organizmy.
Zresztą na wycieczkę do Irlandii namówiliśmy ją ze względu na zamiłowanie do limeryków i fotografowania się przy tabliczkach z nazwami miejscowości. Jest tam miejscowość o nazwie Limerick i chciała zrobić sobie zdjęcie przy tabliczce z tą nazwą. Pech chciał, że tam nie było takiej tabliczki. Objechaliśmy miasto ze wszystkich stron! To było spore rozczarowanie.
Za to gdy byliśmy w Izraelu, pani Szymborska powiedziała, że chętnie sfotografowałaby się z tablicą „Sodoma” lub „Gomora”. Jak wiadomo, miasta te jakiś czas temu zostały zniszczone, więc takich tablic nie znaleźliśmy.
Musiały jej jednak te wyjazdy sprawiać przyjemność, bo podczas jednego z nich ukuła frazę: „Chwilami życie bywa znośne”.
To było w Trieście, kiedy siedziała przy stoliku z Jarosławem Mikołajewskim i Silvanem de Fantim, tłumaczem i polonistą, nad jakimś pysznym deserem. Tak zresztą brzmi tytuł filmu Kasi Kolendy-Zaleskiej.
Był kiedyś taki piękny czas w Krakowie, kiedy można było spotkać na Rynku Szymborską i Miłosza.
Zapamiętałem ich najlepiej ze Spotkań Poetów Wschodu i Zachodu, które wymyślił Jerzy Illg. Podpisywali razem książki w kawiarni Noworolskiego. Była tam taka kolejka czytelników, że pokazano ją w CNN, z komentarzem, że w Polsce ludzie już nie stoją po mięso, tylko po poezję.
Czy dwójka noblistów się przyjaźniła?
Pani Szymborska raczej nie używała tego słowa, chyba że dotyczyło starych przyjaciół sprzed lat. Myślę, że bardzo ceniła Miłosza, choć on nie do końca i nie pod każdym względem traktował ją poważnie. On czytał wszystko, co się ukazało na rynku wydawniczym, szczególnie młodą prozę i poezję, chciał z nią o tym rozmawiać. Ale ona odpowiadała, że tego nie zna, a i tamtego nie czytała. Zapytał więc kiedyś: „Wisławo, czy ty w ogóle coś czytasz?”. Oczywiście dużo czytała, tylko jej wybory czytelnicze były zupełnie inne. Raczej nie były to nowości.
Kiedy się poznali?
Zaraz po wojnie odbywały się w Starym Teatrze spotkania z pisarzami, na których ona pojawiła się jako czytelniczka, a on prezentował jakieś swoje wiersze. Napisała o tym felieton zatytułowany Onieśmielenie. Wynikało z niego, że uważała go za jednego z najwybitniejszych poetów.
Mieli kontakt ze sobą, gdy Miłosz mieszkał za granicą?
Tak, prowadzili korespondencję. Pierwsze listy, jakie do niej pisał, to były listy do redaktorki „Życia Literackiego”. Byli wtedy na pan – pani. Ale przed Noblem byli już na ty.
Zapraszała go do siebie, kiedy był w Krakowie?
Tak, przychodził do niej na kolacje. Było to zrytualizowane. Wiedziała, że Miłosz wyjeżdża do ciepłych krajów, kiedy u nas robi się chłodniej, a wraca, gdy robi się ciepło. Zawsze urządzała mu kolację powitalną i podawała na nią samodzielnie wykonane zrazy z polędwicy, kaszę i zmrożoną wódeczkę.
Trudno mi jednak wyobrazić sobie Miłosza, biorącego udział w jej loteryjkach.
Uczestniczył w nich i to bardzo chętnie. Pamiętam, jak zaprosiła go na loteryjkę, gdy opublikował właśnie Traktat teologiczny. Wylosował wtedy kropidło, co było wielce znamienne.
Znamienny jest też jej wierszyk: „Tu Czesław Miłosz – chmurna twarz / Klęknij i odmów «Ojcze nasz»”.
To jest wierszyk z serii „Portrety pisarzy krakowskich”. Tak go przedstawiła, bo się chyba go trochę bała. Gdy zmarszczył te swoje brwi, zrobił groźną minę, to wzbudzał respekt. Pamiętam taką emblematyczną dla nich dwojga sytuację, kiedy towarzyszyłem im w podróży na pogrzeb Zbigniewa Herberta. Zatrzymaliśmy się na kawę gdzieś między Kielcami i Radomiem. Ona się rozejrzała i mówi: „Popatrz, Czesławie, jak piękne są sosny. Drzewa z takimi korzeniami mogą rosnąć nawet w piachu”. On na nią spojrzał srogo i odparł: „Sosna to nie jest drzewo. Drzewo to jest dąb albo buk”.
Emblematyczne jest też to, że na Festiwalu Miłosza, który odbędzie się w Krakowie między 5 a 9 lipca, wręcza pan Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej.
Przekonało mnie do tego Krakowskie Biuro Festiwalowe, gdyż wcześniej przyznanie nagrody odbywało się jesienią. Organizowanie gali Nagrody im. Wisławy Szymborskiej w czasie Festiwalu Miłosza ma sens nie tylko symboliczny: przyjeżdżają wtedy do Krakowa miłośnicy poezji.
Czy to Szymborska wymyśliła tę nagrodę?
Nie, to było inaczej. Statut Fundacji Wisławy Szymborskiej przewidywał, że możemy przyznawać Nagrodę im. Adama Włodka oraz ewentualnie inne nagrody, które sami wymyślimy. Z wrodzonej skromności nie chciała wymuszać na nas, żebyśmy przyznawali nagrodę jej imienia. Jednak obowiązkiem Fundacji jest upamiętnianie Wisławy Szymborskiej, więc korzystając z furtki, jaką daje słowo „inne”, stworzyliśmy tę nagrodę, która jest naszym flagowym przedsięwzięciem i jedną z najważniejszych nagród poetyckich w Polsce.
Nagrodę Adama Włodka też przyznajemy. Włodek był nie tylko mężem poetki, ale też w jakiś sposób akuszerem jej debiutu, tak jak debiutów wielu innych poetów i poetek, którymi opiekował się w Kole Młodych.
W przeciwieństwie do niej. Ona chyba nie była skłonna specjalnie rozpościerać parasola nad młodymi.
Ona mówiła nie o „parasolu”, ale o „lokomotywie”, która ciągnie za sobą innych. I nie chciała nią być. Rzeczywiście, po Noblu człowiek zostaje autorytetem, który może rozstrzygać, kogo wtrącić w niebyt albo wznieść na literacki parnas. Ona tego nie chciała robić z przyczyn osobowościowych, ale też dlatego, że musiałaby czytać mnóstwo maszynopisów, więc nie miałaby czasu na własne pisanie. Tak więc Fundacja robi to, czego ona nie mogła lub nie chciała robić za życia.
Myśli pan, że gdyby żyła, wpadłaby do parku swojego imienia, by odszukać swoje parasole?
Na pewno nie byłby to park jej imienia, bo by się na to nie zgodziła. Ale jestem przekonany, że gdyby powstał park jakiejś innej poetki, szczególnie z nią zaprzyjaźnionej, to by w nim bywała.
I pewnie zostawiłaby w nim jakiś parasol.
Michał Rusinek jest literaturoznawcą, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezesem Fundacji Wisławy Szymborskiej. Autorem wielu książek, w tym ostatnio wydanego tomu Szalik. O Wisławie Szymborskiej dla dzieci.
Ilustracja: Autorstwa Adrian Grycuk – Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=83069286
Tekst ukazał się w numerze 6-7/2023, a najnowsze i archiwalne numeru naszego magazynu kupisz tutaj: