Subiektywnie
Ob. PRESS Magazyn, lat 30 (felieton osobisty)
Wraz ze starzeniem się materiału, rośnie jego wrażliwość na czynniki zewnętrzne: pogodę, stan portfela, no i naciski historii. Tylko tym bolesnym, biologicznym prawem mogę sobie wytłumaczyć łezkę, którą uroniłem. OK – uroniłem razy trzysta.
Oto Press, niegdyś zwany magazynem branżowym, bo niby zajmował się rynkiem mediów, reklamy oraz PR (co było idiotyzmem wtedy, a i dziś ma się do faktów jak Kaczyński, tłumaczący, że on nie jest od polityki, tylko od savoire-vivre’u), kończy trzydzieści lat. Ogłoszono więc konkurs na wybór najlepszej okładki. I jeszcze dowalono szczypatielnyje hasło: „300 okładek. 30 lat mediów. Twój głos”.
I jak tu nie ślomtać?
„Press” był w moim domu od pierwszego numeru, czyli od 15 lutego 1996 roku, a jego szefem był od początku niejaki Skworz Andrzej, który ów numer mi wcisnął z typową dla siebie przemocą, za którą od razu go polubiłem. Niestety, na okładce zniechęcał niejaki red. Baczyński, który zresztą od początku na niej nie chciał być i – jeśli ktoś spojrzy na nią dzisiaj – będzie to zrozumiałe. Ale później bywało ho-ho, a może i lepiej. Był na okładce nasz świat: Jerzy Turowicz, a to ks. Tischner. I nie nasz: a to Wołek Tomasz, a to Wiernikowska Maria, a to Hołownia Szymon (nie, to to chyba ktoś inny, bo wygląda zdecydowanie inteligentniej).

Jednak bez wątpienia – a nawet nie bez kozery – najlepszą okładką nazwałbym tę o rok późniejszą z lutego 1997. Że Jacek Fedorowicz? To jasne, jeden z mistrzów, nie tylko moich. Ale, ale – na łamach Press pojawiła się wtedy mało wydarzona spółka Bereś i Skoczylas oraz jej pierwszy felieton z cyklu ambitnie zatytułowanego „Jak zostać dziennikarzem doskonałym, kiedy przyszli goście, a lodówka pusta”.
Pomysł był prosty jak Rondo Mogilskie: polowaliśmy na to, kto z dziennikarzy jakie popełnił głupstwo. Czego unikać, by mówić precyzyjnie? Jakie widać związki między polityką a uprawianym dziennikarstwem? Zaczepiani byli wszyscy. Po drodze był też Karol Małcużyński, Krzysztof Ibisz, Tomasz Raczek i wielu, wielu innych.
Pomyślicie, że najpierw felieton naświetlający zjawisko, a potem wnikliwa analiza?
No nie wiem…
Kiedy np. zaczęto mówić o nowym prawie prasowym (a były to dawne, dawne czasy najdzikszego liberalizmu), nasz tekst zaczęliśmy tak:
„Siedzimy sobie i piszemy comiesięczny cykliczny felieton do poczytnego miesięcznika „Press”. Mamy przy sobie wszystkie atrybuty (kałamarz i te rzeczy). Pod koniec pierwszego kałamarza rozlega się pukanie. Myślimy, że to Wena Twórcza, więc Bereś otwiera ochoczo, a Skoczylas dzwoni po drugi kałamarz. Nagle kop w drzwi i do środka wpadają marines Inspekcji Profesorsko – Chłopskiej Rady Prasowej. Framugę standardowego M-4 wypełniły dwie potężne sylwetki, a czerwone światełka z celowników laserowych lądują na gębach quasi-dziennikarzy. Na szczęście komandosi znowu zapomnieli kominiarek, co ułatwia dyskurs. Widać już i zakompleksioną facjatę profesora Bogdana Michalskiego, i ogorzałą gębę posła Zdzisława Podkańskiego.

Podkański (słodko, jakby rozmawiał z ludową artystką od piaskowych dywanów):
– Siedzimy sobie i piszemy felietonik, tak?
– Jak tam felietonik, wódkę pijemy, bo tak jakoś smutno nam się na duszy zrobiło. (Już wiedzą, że wpadli, bo nie spełniają nawet ćwierci wymogów Ustawy Prawo Prasowe autorstwa Michalskiego i PSL. Właśnie dostali e-mailem cynk z najbliższej fałszywej redakcji, że nowe prawo ma „chronić tytuły zawodowe dziennikarza, redaktora, doradcy i eksperta prasowego, aby ograniczyć podszywanie się różnych osób, nieraz oszustów, w celach dalekich od realizacji wolności prasy”. Dystynktywnie chodziło o nich, bowiem nikt w okolicy nie był dalej niż oni od realizacji).
Niestety, kałamarz przegrał z ostrożnością”. (…)
… Itd., itp.
A potem kuśtyczek wiedzy treściwej („Gramatyka na wesoło”). Np.: Marcin Baran („Gazeta Wyborcza” 26.1.99, s. 15): „I dobrze się stało, bowiem twórcą tak trudnym i wspaniałym jak Celan powinien zajmować się ktoś drobiazgowo skrupulatny i kryształowo kompetentny. (…) Niemniej jednak prezentowany przez…”
Spójnik „bowiem” nie powinien stać na początku przyłączanego zdania. Niemniej jednak to masło maślane (wystarczy jedno z tych słów). Trudno też być skrupulatnym po łebkach. Co do jednego autor ma rację: Celanem powinien się zajmować ktoś kompetentny.
*
W tej sytuacji świat postanowiliśmy sukces podnieść na półkę wyżej i zebraliśmy owe teksty w książeczkę. A że świat dziennikarski patrzył na nas życzliwie, więc sami musieliśmy sobie napisać posłowie:
„Dostaliśmy zlecenie napisania posłowia do książki. Jako ludzie sumienni najpierw ją przeczytaliśmy. Ogarnęła nas zgroza. Autorzy to obrzydliwi zarozumialcy. I nie lubią ludzi, bo wyraźną przyjemność sprawia im pastwienie się nad prawdziwymi lub urojonymi błędami w tekstach ich kolegów po fachu.
Jako ludzie bardzo sumienni, przeczytaliśmy książkę ponownie i wtedy rzucił się nam w oczy drobny, poprzednio przeoczony, szczegół: autorami tej książki jesteśmy my sami. Dlaczego więc, skoro jesteśmy tacy mili i skromni, napisaliśmy tak przemądrzałą książkę? Bo wiemy, że jest co najmniej pół kopy dziennikarzy, którzy w każdej chwili mogliby napisać książkę nie tylko lepszą od naszej, ale i taką, w której obficie cytowaliby nasze byki. Woleliśmy być pierwsi.

Czas na podziękowania. Książka ta nie powstałaby nigdy, gdyby nie Andrzej Skworz, redaktor naczelny miesięcznika „Press”. Pierwotne wersje naszych tekstów ukazywały się najpierw właśnie tam. Andrzej stworzył nam sposobność nabycia wprawy w pisaniu felietonów i nie pozwolił, abyśmy się zasklepili w rutynie wieloletniego pisania do tego samego pisma. Teraz, pisząc felietony do „Gazety Wyborczej”, za każdym razem ciepło go wspominamy”.
Tak, bo od Pressu kilka fajnych rzeczy w moim życiu się zaczęło.
Dziś przypominać jak bardzo się lubi Skworza, ile mu się zawdzięcza, ile ważnego wniósł jego magazyn nie tylko do polskich mediów, ale po prostu do polskiej debaty publicznej, chwalić Pressowych dziennikarzy, podkreślać ich bezstronność i staranność warsztatową – oj, to wielkie ryzyko. Jak wiadomo od niedawna: „Skworz jest dziki, Skworz jest zły / Skworz ma bardzo ostre kły” – czy jakoś tak.
Ja tam jednak w bajeczki nie wierzę, a z redaktorów naczelnych, którzy na tym padole byli aniołami poznałem tylko Jerzego Turowicza. Pozostali wszyscy musieli mieć twarde buty i twardszą skórę.
Dlatego serdecznie ściskam Andrzeja, jego cały zespół aktualny i tych, którzy wnieśli swój brykiet do wielkiego sukcesu trzydziestolecia, no i trzymam kciuki za was niezależnie od tego, kto i jak na was będzie jeszcze skakał.