PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Never ending dream

Janusz M. Paluch
Rekomendacje Janusz M. Paluch

Po oklaskach.

Na szczycie fasady Teatru im. Juliusza Słowackiego dostrzeżecie dwie rzeźby wykonane przez Michała Korpala. To Zosia i Tadeusz – bohaterowie epopei narodowej Adama Mickiewicza „Pan Tadeusz”. Na frontonie, pod rzeźbami, przeczytacie: „Kraków Narodowej Sztuce”. To niezwykle wymowne, pełne patosu hasło, stało się kanwą prowokacyjnego tytułu najnowszego spektaklu Agaty Dudy Gracz „Kraków narodowej sztuce czyli tryumf miernoty”. To ostatnia część tryptyku, po „Proszę Państwa Stanisław Wyspiański umiera” (premiera 6 stycznia 2024 roku w Teatrze im. Juliusza Słowackiego) i „Na kolana panie Wyspiański” (premiera 23 marca 2024 roku – Zamek Królewski na Wawelu) poświęconego geniuszowi artystycznemu Stanisława Wyspiańskiego, dramaturga, poety, artysty malarza, grafika, architekta a także projektanta mebli. Żył zaledwie 38 lat… W budynku teatru, z którym tak bardzo Wyspiański się identyfikował, gdzie odbyły się premiery wszystkich jego dramatów, znajdziecie w teatralnym foyer jego popiersie autorstwa Konstantego Laszczki. Postaci z ostatniego spektaklu Agaty Dudy-Gracz o Wyspiańskim poszukuję w biografiach poety, w mojej ulubionej książce Krystyny Zbijewskiej „Orzeł w kurniku” (1980), ale i w tomie Moniki Śliwińskiej „Wyspiański. Dopóki starczy życia” (2017).

Próg teatru zawsze przekraczamy na własną odpowiedzialność. W przypadku spektakli Agaty Dudy-Gracz, stwierdzenie to nabiera niezwykle wyrazistego znaczenia. Autorka zazwyczaj serwuje widzom rozkołysany świat pełen emocji. Tam prawda miesza się z fikcją, spełniają się marzenia, które były być może tylko imaginacjami bohaterów ptrzedstawienia. Czas nie ma większego znaczenia, bo odległe wczoraj to może być dzisiaj. A bohaterów z przeszłości właśnie spotykamy na schodach teatru (jak w filmie „O północy w Paryżu” w reżyserii Woody’ego Allena z 2011 roku). Żongluje stworzonymi przez siebie obrazami, które w jednej chwili unieruchamia, a moment później – jak magiczną różdżką – ożywia, przechodząc do innej czasoprzestrzeni. A wszystko po to, by po chwili znowu zatrzymać w nich czas i stworzyć kolejny obraz. Działa jak „stop klatka”. Nasze życie ułożone jest przecież z obrazów, momentów, które zapamiętujemy na dłużej, niektóre na zawsze. Dlatego lubię jej spektakle, pozwalające z dystansem spojrzeć na siebie, naszą rzeczywistość, która ma przecież korzenie w przeszłości. Nie zawsze komfortowo, ale zawsze znajduję się i dobrze czuję w jej świecie Swymi spektaklami sakralizuje teatr zamieniając go w prawdziwą świątynię, świątynię sztuki. To, co zacznie się dziać po symbolicznym gongu przekracza naszą wyobraźnię. Takie rzeczy zdarzają się tylko w teatrze. Jakże to możliwe, by trafić nagle do krakowskiego salonu państwa Stankiewiczów, gdzie mieszka – pod opieką wujostwa – kilkunastoletni Staś Wyspiański? Zastajemy tam siedzących przy stole mistrza Jana Matejkę (Wojciech Skibiński), który nie ukrywa zachwytu nad rysunkami Stasia, prof. Lucjana Andrzeja Rydla (Grzegorz Łukawski) ojca przyszłego poety i dramaturga, matkę Józefa Mehoffera (Dorota Godzic) i miotającego się po salonie znietrzeźwionego Franciszka Wyspiańskiego – ojca Stasia (Krzysztof Wrona). Pokazany jest jako zarozumiały, odrażający tyran, znęcający się psychicznie nad synem, ale też lekceważącym i obrażającym nobliwe towarzystwo. To on uważa swego syna za miernotę. Obraża młodszego kolegę ze studiów Matejkę, któremu zapewne zazdrości sukcesu, za nic ma Rydla – w końcu profesora – ośmieszając go jako okulistę, wynalazcę pipety, lekceważy panią Mehofferową upominającą się o swego syna Józia u Matejki… Szydzi z ich niepolsko brzmiących nazwisk. Wyrwany ze snu Staś (w tej roli – chłopięcej i dojrzałej – niezwykły Vitalik Havryla,) pojawia się, pokazuje na żądanie ojca swą teczkę z rysunkami tylko po to, by zostać poniżonym przez ojca. Kolejny obraz… Niespodziewanie trafiam do pracowni Jana Matejki, gdzie trwa protest nieopłaconych modeli do słynnego obrazu „Hołd Pruski”. Naszą – widzów  – obecność wykorzystują organizatorzy protestu – Król Zygmunt I (Maciej Jackowski) i Andrzej Tęczyński (Rafał Dziwisz) – mówiący gwarą krakowską. Wspieramy żądania modeli i sami stajemy na planie do obrazu w oczekiwaniu na pojawienie się Mistrza Matejki… Zamiast niego pojawia się – jakże mocne wejście! – rozedrgana pani Teodora Matejkowa (Lidia Bogaczówna – ach!). Pogardliwie traktuje modeli – nas także, grając stojącą na krawędzi załamania nerwowego, narzekającą na męża, szukającą wsparcia u syna Tadzika (kolejne wcielenie Wojciecha Dolatowskiego), mieszczankę. Zbawieniem staje się wizyta Elizy Pareńskiej (Anna Tomaszewska), która w trosce o Mistrza Matejkę, bo on taki „chudzieńki, maleńki, szareńki, z oczami gorączką rozpalonymi”,  wypłaca pieniądze modelom. Nawet niektórym widzom banknocik się trafia… Ech, łatwo przyszło, łatwo pójdzie… Ląduję w kawiarnianej sali, gdzie rej wodzi Stanisław Przybyszewski (Bartosz Roch Nowicki) wraz z norweską żoną Dagny. W tej roli niezwykle wyrazista Dominika Kozłowska, tańcząca i miotająca się po scenie, może trochę za głośna, zbyt wiele mówiąca, wszak i tak jej nie rozumiemy. W towarzystwie jest też słynna Salomea Kruszelnicka (Maja Kleszcz), gwiazda Opery Lwowskiej i zakochany w poniewieranej Dagny poeta Stanisław Korab Brzozowski (Adam Wietrzyński). Jak widmo krąży po kawiarni, w poszukiwaniu miłości, pijana kobieta, którą ignorują, odtrącają, wyganiają wręcz, by do dzieci pozostawionych samopas w domu, wracała. Ta wstrząsająca postać wykreowana jest przez Martynę Krzysztofik. Kobieta Zbyteczna, modelka krakowskich mistrzów pędzla, sama z aspiracjami artystycznymi, w końcu porzucona i samotnie wychowująca dzieci… Aktorka potem przeistacza się w służącą przybyłą do miasta ze wsi, która jako Teodora Teofila Pytko zostaje żoną Wyspiańskiego. Ta niezwykle poruszająca – wydawałoby się marginalna, postać, spełnia jednak w spektaklu ważną i znamienną rolę! W innej przestrzeni uczestniczymy w manifestacji sufrażystek wspierających otwarcie szkoły pielęgniarskiej w Krakowie, a w końcu pojawiamy się – okazuje się nieproszeni – w sali teatru, w której powinna się odbywać trzecia generalna próba przed premierą, a trwają przepychanki z Chochołem (Tomasz Wysocki) i wykonawczynią głównej roli Panny Młodej (Oliwia Durczak). Z widzami rozmawia dyrektor teatru Józef Kotarbiński (Marcin Sianko), skonfundowany, że taka rzesza widzów zawraca mu głowę w dzień przed premierą… Chcąc się nas pozbyć zaprasza na premierę, która „odbędzie się jutro”, czyli 16 marca 1901 roku (a dzisiaj mamy 25 października 2026 roku!)… Wszak jest w trakcie ostatniej próby spektaklu, tyle, że autor gdzieś przepadł, nie ma też reżysera Adolfa Walewskiego (Wojciech Dolatowski), który jako Warszawianin nie cieszy się poważaniem u aktorów… Ach te warszawsko-krakowskie animozje! I tylko Chochoł pełen pretensji pojawia się z awanturą, że za snopa go przebrano… Co tu się dzieje! Gdzie jesteśmy! To wszystko jak sen, maligna! Śpiewali kiedyś Jacek Kaczmarski i Przemysław Gintrowski: „Więc śnijmy, dopóki jest czas, / Śnijmy ten sen razem, do cna, / Bo my jesteśmy snem, co snuć się pragnie, / Póki nad nami czuwa mądra noc…”. Nieprawdopodobieństwa ścigają się ze sobą!

W drugiej części spektakl przybiera tradycyjną, stacjonarną formę. Władanie nad sceną przejmują jednak upiory. Od czasu do czasu ożywają truchła, skarżą się i płaczą, narzekają… Wznoszą hasła pełne bufonady i zakropionego socjalizmem patriotyzmu. Nawet dyrektor Tadeusz Pawlikowski mówi o tym, jak  ciężko mu teatrem zarządzać, gdy są wymagania władz a nie ma pieniędzy (interesująca rola – na pewno nie przypadkowa – Krzysztofa Głuchowskiego nomen omen obecnego dyrektora teatru). Reżyserka w formie plastycznych obrazów pokazuje nam przekrój Krakowa, na którego tle dzieją się nieprawdopodobne wydarzenia. Zaloty Stasia do pierwszej wielkiej miłości Zosi Pareńskiej, ślub, wesele i narodziny dziecka. Tego wesela nigdy przecież nie było! Na scenie wciąż obecna Teodora, która przygotowała posłanie dla państwa młodych, sprząta zalaną krwią scenę po samobójczej śmierci Hanki – pomocnicy w teatrze (świetna w tej roli Agnieszka Kościelniak). Po rezygnacji aktorki aspirowała do roli Panny Młodej, którą ostatecznie, trzy dni przed premierą, dostała przecież Wanda Siemaszkowa… Hanka od początku towarzyszy nam jako teatralna Cicerone pomagając przechodzić z obrazu w obraz… Jesteśmy też świadkami śmierci Stanisława Korab-Brzozowskiego, z kręgu szatana Przybyszewskiego, nieprzytomnie, chyba bez wzajemności, zakochanego w Dagny. Połyka truciznę i umiera w mękach… Taki obraz Krakowa, tego z niby początków XX wieku, otrzymujemy. Ale jakże on znajomy! Jakby nic się nie zmieniło oprócz ludzi, bo poetów i malarzy, wielkich i tych zawiedzionych, z ambicjami w naszym mieście nie brakuje. Jak i pełnych obietnic i frazesów politykierów, krytykantów znających się na wszystkim najlepiej, na każdym kroku i przy byle okazji. Wtedy Stańczycy, demokraci i liberałowie oraz rewolucjoniści wszelkiej maści łajali się wzajem, dzisiaj skaczą sobie do gardeł ujadając i skamląc współcześni i żałośni – ci z prawa i lewa… Obraz zawiści, zajadłości, wyższości… Wyższości tej zaprezentowanej przez Matejkową, ale i sprytu godnego samej Anieli Dulskiej – tej od Zapolskiej! Ta Krakowska, mieszczańska, wyższość, wysysana z mlekiem matki, w genach przekazywana kolejnym pokoleniom tkwi – może skrywana teraz, bo to obciach – do dziś… Pamiętam jakże wyraziście, gdy pierwszy raz z rodzicami odwiedziłem nobliwą krakowską rodzinę z tradycjami, pani domu serwując herbatę z cytryną nie omieszkała zapytać: „A u was na prowincji cytryny bywają?”. To był rok 1975… Poszliśmy potem z jej mężem na Kopiec Kościuszki! A na koniec spektaklu, jak na „Wesele” przystało, chocholi taniec, który wciągnął swą bezwolnością i opanował bezwiednie wszystkich. Jeszcze kilka taktów, a na scenę zaczęliby wchodzić, z niczego nie zdający sobie sprawy, zahipnotyzowani widzowie…  I pewnie, gdyby nie czujność realizatora dźwięku i światła, tkwilibyśmy w tym polonezowym bezświadomym hipnotycznym – chciałoby się rzec never ending dream – niekończącym się śnie, marszu do bladego świtu może. Mnie – już po powrocie do domu ostatnim tramwajem, który kołami wystukiwał rytm tego szalonego poloneza – wyrwała z tego beznadziejnego stanu fraza z cytowanego wcześniej wiersza Kaczmarskiego – „Ale przyjdzie świt – zimny i blady, / I rozwieje tę bajkę na wiatr, / Znowu wrócą codzienne układy, / I ten sam, dobrze znany nam świat.”.

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie: „Kraków narodowej sztuce, czyli tryumf miernoty”, tekst, reżyseria, scenografia, kostiumy, ruch – Agata Duda-Gracz, światło – Katarzyna Łuszczyk, kompozycja muzyki, muzyka na żywo – Maja Kleszcz i Wojciech Krzak, choreografia tańca – Wojciech Dolatowski, asystenci reżysera – Magdalena Kuma, Lena Krzak, Joy Rzepecka, Jan Gruca, Dominik Bloch, asystentka reżysera i produkcji – Joanna Rob, inspicjent – Marcin Stalmach, producentka – Izabella Oleś. Obsada: Lidia Bogaczówna, Oliwia Durczak, Dorota Godzic, Maja Kleszcz (gościnnie), Agnieszka Kościelniak, Dominika Kozłowska, Martyna Krzysztofik, Natalia Strzelecka, Anna Tomaszewska, Wojciech Dolatowski, Rafał Dziwisz, Krzysztof Głuchowski, Vitalik Havryla, Maciej Jackowski, Wojciech Krzak (gościnnie), Grzegorz Łukawski, Tomasz Międzik, Bartosz Roch Nowicki (gościnnie), Marcin Sianko, Wojciech Skibiński, Adam Wietrzyński / Szymon Ozymko (gościnnie) (dublura), Krzysztof Wrona (gościnnie), Tomasz Wysocki. Premiera: 23 października 2026 roku.