PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Słowo

Myśliwski dla wytrwałych

Katarzyna Wójcik
Słowo Katarzyna Wójcik

Refleksje po odejściu.

Nie ma się co oszukiwać, że największa sława dla pisarza nadchodzi po jego pogrzebie. Tak było z Kapuścińskim, Pilchem, a teraz czas na Myśliwskiego. A w kategoriach trudności odbioru ten ostatni niewątpliwie zajmuje najwyższe miejsce.

Kiedy w 2007 roku Wiesław Myśliwski otrzymał Literacką Nagrodę Nike za Traktat o łuskaniu fasoli (nawiasem mówiąc, to jedyny, oprócz Olgi Tokarczuk, podwójny laureat Nike – w 1997 roku, podczas pierwszej edycji nagrody, dostał ją za Widnokrąg), poleciałam natychmiast do biblioteki. Ta powieść mnie wówczas całkowicie przerosła, nie przeczytałam jej nawet do końca. Byłam wtedy studentką II roku warszawskiej polonistyki, przyzwyczajoną raczej do klasycznych powieści w stylu Prusa, a nie do długich monologów zbudowanych z wielopiętrowych wspomnień i rozważań nad ludzkim losem.

Do Traktatu o łuskaniu fasoli wróciłam, kiedy Myśliwski wydał kolejną książkę – Ostatnie rozdanie w 2013 roku. Pamiętam spotkanie autorskie, zorganizowane w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Prowadzili je Justyna Sobolewska i Michał Nogaś. Pierwszy szok już przy wejściu, bo tłumy były nieprzebrane – siedziałam na schodkach widowni z braku wolnych miejsc. Drugi szok to samo spotkanie, bo autor do łatwych rozmówców nie należał. Ironiczny, cyniczny, niekiedy złośliwy i odpowiadający półsłówkami – ogólnie rzecz biorąc, zmiażdżył wtedy krytyków, co szalenie mi zaimponowało. Tych kilka lat pomiędzy próbą przeczytania Traktatu o łuskaniu fasoli a faktycznym przeczytaniem go (a po drodze jeszcze przebyte studia teologiczne) otworzyły mi głowę na myślenie o prozie Myśliwskiego. A konkretnie otworzyło na metaforę Myśliwskiego, osadzoną mocno w Biblii, która przecież sama w sobie jest jedną wielką metaforą, choć zdecydowana większość traktuje ją jak tekst historyczny.

Tę metaforę Myśliwski potwierdza niemal na każdej stronie swoich powieści, a także w ich tytułach. Tytułowe Ucho igielne z jego ostatniej powieści to oczywiście wąski przesmyk w sandomierskiej bramie – dawna furta w murach obronnych miasta, z okolic którego pochodził pisarz, a także odniesienie do słów z ewangelii według Mateusza: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego”. Sandomierska brama rzeczywiście kształtem przypomina ucho igielne, natomiast biblijne Ucho Igielne to brama w murach Jerozolimy, przez którą wielbłądy musiały przechodzić pochylone i bez bagażu – niemożliwa dosłowność tej frazy staje się możliwa dzięki użyciu przenośni. We wspomnianej powieści Myśliwskiego też dochodzi do „możliwego-niemożliwego” – bohater-narrator bowiem spotyka siebie samego we wcieleniach innych bohaterów, spogląda na siebie dawniej i siebie w przyszłości. Tak jak w pamięci ludzkiej zacierają się etapy samopoznania – ja z kiedyś jestem dla siebie kimś innym, niż ja teraz – tak w prozie tego jednego z najwybitniejszych współczesnych polskich autorów zaciera się granica między czytelnikiem a pisarzem, między narracją a moją własną myślą, między monologiem a dialogiem. „Nie tylko muzyką, także życiem rządzi rytm. Gdy człowiek traci w sobie rytm, traci i nadzieję. Cóż jest płacz, cóż rozpacz, jeśli nie brakiem rytmu. Cóż pamięć, jeśli nie rytmem” [Traktat o łuskaniu fasoli]

Myśliwski wymaga od czytelnika dojrzałości. To literatura, do której trzeba dorosnąć; wymagająca skupienia i mądrości, opartej na własnych spostrzeżeniach i refleksjach w duchu egzystencjalizmu, a równocześnie otwarcia na metaforę, przenośnię i niedosłowność. Autor nie traktował czytelnika jako odbiorcy, któremu trzeba coś wyjaśniać. Czytelnik był dla niego partnerem w dyskusji nad dramatem egzystencjalnym człowieka, dlatego wszystkie jego powieści utrzymane są w 1 osobie – są wyznaniami, a nie narracją, w którą trzeba się włączyć i podążać wyznaczonym przez autora szlakiem. Myśliwski kłaniał się literaturze, uznawał jej wyższość nad pisarzem, który nie jest przecież wszechwiedzący – i do tej niewiedzy zapraszał czytelnika.

Ilustracja: fot. J. Zych