Miasto
Mefisto, czyli szansa.Goethe. Steiner. Jasiński
60lecie Teatru STU!
Krzysztofie, za tobą osiem dekad życia i sześćdziesiąt lat w teatrze. Jak radzić sobie ze zwątpieniem, ze zmaganiem ze złem – w sobie, w świecie, w sztuce? Co pozwala zachować wiarę w dobro, gdy pojawia się pokusa rezygnacji? Czy idea przemiany poprzez sztukę może być drogowskazem? – któregoś lata pytał Krzysztofa Jasińskiego autor tego tekstu.
Jasiński: Odpowiedzią na to wszystko jest teatr. Nie ma nic ważniejszego w teatrze od tego, żeby człowiek był lepszy. To jest gwóźdź paradygmatu goetheańskiego. To dokładnie wszystko to, co powiedziałeś. Owszem, nigdy na afiszu w taki bezpośredni, nachalny sposób, ale pod spodem zawsze, od samego początku, mi to przyświecało. Cała przygoda z Wyspiańskim, najważniejsza w moim życiu, tego dotyczy i po to robimy teatr – żeby ten imperatyw zmieniania świata realizował się w naszych widzach. Widz, który zrozumiał nasz teatr choćby w małym stopniu, przyjdzie drugi raz, trzeci, czwarty i powoli będzie w to wnikał. To dotyczy widzów. A najlepiej, kiedy dotyczy to samej rodziny Teatru STU, bo ci, którzy są w teatrze przez wszystkie te lata, to doskonale rozumieją. To posłannictwo, które ich buduje, a jednocześnie oni się w tym realizują. Więc można powiedzieć, że spełniają swoje życie.
Rozmawiamy w magicznym Gromie w trakcie jednej z niezliczonych sesji organizowanych tu wokół Wyspiańskiego, wielkich romantyków, Goethego czy po prostu – historii Teatru STU.
- „Wszystko, co Goethe dał światu w swojej twórczości, w swych rozważaniach i w swym życiu – było dla mnie przejawem pełnego i czystego człowieczeństwa. W nowszych czasach nigdzie nie spotkałem takiej wewnętrznej pewności, tak harmonijnej wartości i takiego zmysłu rzeczywistości w stosunku do świata jak u Goethego. (…) Jednakże zbyt dobrze znałem niezależną od świata zmysłów, określoną w sobie i samoistną duchowość, abym miał przyznać rację zewnętrznemu światu zmysłowo dostrzegalnych zjawisk. Trzeba było jednak przerzucić most między światem zmysłów a światem ducha. (…) Mówi się często, że Goethe miał zbyt mało zmysłu naukowego. Im większym był poetą, tym gorszym miał być filozofem i dlatego niepodobna próbować opierać na nim jakiegokolwiek naukowego stanowiska. Jest to zupełne niezrozumienie natury Goethego. Goethe istotnie nie był filozofem w zwykłym znaczeniu tego słowa. Ale nie możemy zapominać, że prawdziwa harmonia jego osobowości doprowadziła Schillera do powiedzenia: „Jedynie poeta jest prawdziwym człowiekiem”.
Tytuł? Zarys teorii poznania w światopoglądzie Goethego (1884; reedycja 1924; przekład z drugiego wydania dr. Stanisława Walewskiego).
Autor? Rudolf Steiner.
Kimże był?
Trudno jednoznacznie określić tego austriackiego filozofa.
Był jednym z tych niezwykłych ludzi, których dawniej nazywano „polihistorami” – umysłami ogarniającymi wiele dziedzin naraz, i to na poziomie porównywalnym z Leonardem da Vinci, Arystotelesem, Awicenną czy – we współczesności – Bertrandem Russellem czy Albertem Schweitzerem. Postać wyjątkowa, renesansowa w najgłębszym sensie: łączył naukę, filozofię, sztukę i duchowość, traktując je jako różne języki jednej większej całości. I choć tworzył na początku XX wieku, jego biografia wygląda jak wariacja na temat dawnych gigantów kultury światowej – jednostek, które nie tyle podążały za epoką, ile próbowały ją kształtować.
- „Błądzi człowiek, póki dąży!”
(to i kolejne tłumaczenia – za przekładem Fausta autorstwa Emila Zegadłowicza)
Steiner był jednym z tych intelektualnych włóczęgów, którzy zaczynają w bibliotece, a kończą na scenie świata, próbując jednocześnie przepisać sens ludzkiego doświadczenia. Najpierw – chłopak z austriackiej prowincji, zapatrzony w matematykę, fizykę, w klasyczną niemiecką filozofię, chciał własnymi rękami rozkręcić i ponownie złożyć mechanizm rzeczywistości. Potem – młody wiedeńczyk, uczeń techniki i zarazem komentator kantowskiej Krytyki czystego rozumu, który nagle odkrywa, że samo myślenie o konstrukcji świata nie wystarczy, jeśli nie dotknie się ukrytych sił, które go napędzają.
Zaczynał więc jako racjonalista – ścisły, dokładny, twardy. Ale już w latach 90. XIX wieku, będąc redaktorem pism Goethego, zaczął widzieć świat jako dramat procesów, a nie zbiór obiektów. Z nauk przyrodniczych przeszedł do filozofii ducha, lecz nie z łatwą mistyczną miękkością, tylko z uporem inżyniera nastawionego na precyzję doświadczenia.
W 1894 roku publikuje Filozofię wolności – książkę, w której wygląda jeszcze jak klasyczny idealista, ale w istocie tworzy własną, hybrydową metodę: ani scholastyczną, ani okultystyczną, tylko „empiryczną dla ducha”. To moment jego pierwszego „przeskoku”: nauka nie ma tylko mierzyć świat, ma go rozumieć, a rozumienie wymaga odwagi zanurzenia się w wyższe poziomy świadomości.
Na początku XX wieku Steiner wykonuje drugi zwrot. Wstępuje w orbitę teozofów, ale szybko ją przekracza – bo nie interesuje go salonowe wywoływanie duchów ani orientalne, ezoteryczne mody. Interesuje go metoda.
Swoją drogą, popkulturowe pojmowanie ezoteryki jako salonowego okultyzmu, wirujących stolików, spirytystycznych seansów i mediumicznych popisów to droga, która bodaj najmocniej zaszkodziła wizerunkowi antropozofii – nauki o człowieku zaproponowanej przez Steinera (…)
TO TYLKO FRAGMENT TEKSTU, CAŁY ZNAJDZIESZ W NUMERZE 1-2/2026, KUP OD RAZU:
Ilustracja: A. Tync, wikipedia