PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Po krakosku

Kraków na opak: Gniazdo wichrzycieli

Andrzej Zaręba
Po krakosku Andrzej Zaręba

Ten, kto zostawia ślady, przegrywa.

Nadmiar zabytków, koncentracja wybitnych dzieł sztuki i ikonicznych krajobrazów wprowadza pewien zamęt. Jakże często łapię się na tym, że myli mi się miasto — materialna struktura — ze zbiorowością ludzi (tak jak przecież Ziemia jest ich planetą). Tymczasem miasto to powinni być przede wszystkim ludzie, a nie budowle i krajobrazy.

Oczywiście jedno wynika z drugiego (czyż opuszczone miasto nie należy do ulubionych rekwizytów kina grozy, a zarazem — kto, jeśli nie człowiek, zakłada wszystkie miasta?), ale to jednak człowiek jest zjawiskiem przyrodniczym starszym od miast.

A jednak nawet jeśli przyjąć perspektywę ortodoksyjnie strukturalną — skupioną uważnie na wspaniałościach dwóch wież kościoła Mariackiego, wielkiego Rynku (największego podobno w całej Europie!) albo wyniosłego wzgórza wawelskiego, przeglądającego się w rześkich nurtach Wisły — to i tak na podwalu (nie mylić, proszę, z ulicą) będzie człowiek. Umyślny, wyobrażony, reprezentant wszystkich ludzi, którzy to wszystko wcześniej stworzyli.

Kiedy i dlaczego nad tymi wiślanymi zawijasami jacyś ludzie się pojawili — zostawmy na razie archeologom i etnografom. Ważne, że mozolnie to wszystko wznoszono przez setki lat, po drodze odpierając ataki innych chętnych na to atrakcyjne miejsce albo kładąc tamy wzbierającym wiosną wodom rzeki i jej dopływów.

Gdy to już się wydarzyło, nastąpił mikroantropos i Kraków utrwalił się w znanej, popularnej formie. Miejsce w sumie nieduże, a tak przekształcone w historycznym procesie, że trudno dziś dostrzec coś, co nie byłoby wytworem ludzkiej ręki (nawet miejskie gołębie są zapewne w znacznej części wytworem zbiorowej wyobraźni — podobnie jak lajkonik albo smok w nadrzecznej kryjówce).

Nawet najświętsze miejsca — a jest ich tutaj nadzwyczajnie dużo — nie powstały przecież mocą nadprzyrodzoną. Co najwyżej, jak klasztor na Skałce, napełniał je później — już po odbiorze przez biskupich inspektorów nadzoru budowlanego — bardzo ludzki w swej istocie żar religijny.

Tak też często traktujemy Kraków: jako ostoję religijnie ortodoksyjnych mocy, większych i potężniejszych niż moce władzy królewskiej. Bo to tutaj — jak chce tradycja — ręka, która targnie się na duchowego przewodnika ludu pracującego, rychło uschnie, jak przekonał się książę Bolesław, który zbyt śmiało sobie poczynał, nie doceniając siły wiary religijnej i lokalnych układów. Jednak — mimo wszystko — oni obaj, i biskup, i książę, byli tylko ludźmi.

Wierny tradycji mieszkaniec Krakowa, im dalej w tył cofa wskazówki zegara, tym chętniej wierzy, że dawny świat musiał być wspaniały — i dokładnie taki, jak wyobraża go sobie dzisiejszy obywatel o konserwatywnie zakonserwowanych wyobrażeniach dobrego życia.

Cofamy więc zegar, aby przed snem choć na moment oderwać się od okropieństw serwowanych przez żądne sensacji media, gdzie w atrakcyjnej formie (coraz hojniej wspieranej przez rozmaite koty GPT i inne AI prosto z Kalifornii) ukazywany jest powszechny upadek obyczajów: 52 płcie, lewactwo, brak norm, elementy napływowe nadmiernie obdarzone przez naturę pigmentem, niesłychane zbrodnie i nierówności społeczne wywiedzione z wyzysku kapitalistycznego.

Tamą na te koszmary drobnego mieszczanina z Kurdwanowa czy os. Górali byliby zapewne ci, których już wśród nas nie ma. Oni bowiem byli normalni. Poukładani. Zamężni i żonaci. Naród kochający. Komunizmem nieskażeni. A także — naturalnie — odporni na wszystkie choroby, bo szczepionkom się nie kłaniali, a zęby myli raz w tygodniu solą z Bochni. Czy coś pominąłem?

Ich wieczny spoczynek utrwalony solidnymi pomnikami w alejkach zabytkowych cmentarzy (inne formy pochówku — jak wiadomo — bywają niechcący rozsadnikami lewackich ideologii) ma bezsprzeczny walor dostojeństwa. Nawet stary cmentarz nowohucki, obudowany starzejącymi się z godnością obiektami realnego socjalizmu, zachowuje tę powagę — poprzez wieczną pamiątkę dawnych arystokratów, którzy w okolicy zbierali rękami babć i dziadków przyszłych budowniczych kombinatu plony z pól Mogiły.

Wydaje się więc wszystkim pragnącym normalnej normalności, że wystarczyłoby kupić za dewizy od Amerykanów maszynę do pokonywania barier czasowych — i wszystko wróciłoby do swojskiej „normy”.

Ponieważ nie posiadam dostępu do Doliny Krzemowej ani nawet wujka w arcypolskim Czikago (aka Chicago, IL), musiałem skorzystać z przestarzałych narzędzi teleportacyjnych krajowej produkcji, aby naocznie sprawdzić, czy tamten Kraków — osadzony w społecznej stabilności i tradycyjnych wartościach — byłby miejscem, gdzie dzisiejszy prawdziwy Polak odnalazłby utraconą równowagę duchową.

Miasto żyje uroczystościami kolejnej dekady rządów miłościwie nam panującego cesarza (marzenie to podzielają niektórzy pogrobowcy monarchii — na bratnich Węgrzech pan Orbán, u nas, łącząc rosyjskiego ducha z austriackim lojalizmem, pan Kaczyński), zwanego swojsko na Zwierzyńcu „cysorzem”.

Cysorz był już stary (zachodzi tu zresztą pytanie, czy i kiedy Franz Joseph był w ogóle młody), ale nadal miał całkiem klawe życie w Wiedniu, stolicy monarchii. Ponieważ Franz — protekcjonalnie przez Czechów zwany „Prohazką” — był niemal równy papieżowi w apostolskim dziele porządkowania świata, dbał starannie, we współpracy z hierarchią kościelną, o właściwe relacje społeczne.

W tej części państwa wspólnego (oddzielała nas od tamtej, węgierskiej, rzeczułka Litawa) nie można było się rozwieść, bo małżeństwo między mężczyzną i kobietą to sprawa święta i na wieki wieków amen — bez prawa apelacji. Dożywocie. (Na szczęście chłopi przeciętnie dożywali lat trzydziestu, więc męka nie trwała aż tak długo, jak mogłoby się wydawać).

Nie chodziło zresztą o żaden obyczajowy kaganiec nałożony na popędy — tylko o to, żeby nie zostawiać śladów. Ten, kto zostawia ślady, przegrywa.

Tragiczny los spotkał syna Najjaśniejszego Pana, Rudolfa Habsburga. Po jego smukłej i melancholijnej postaci zostały w mieście tylko koszary jego imienia. Subtelna kara — jak to w wyższych sferach bywa — podobna do zesłania na daleki koniec stołu albo nad granicę rosyjską.

Ale miasto to nie tylko „straszni mieszczanie” śledzący elity. Miasto — w przeciwieństwie do Lwowa — było miastem granicznym. Dziś łatwo o tym zapomnieć, patrząc na stare mury rozsiane bez ładu i składu (utrudniające, rzecz jasna, „swobodny rozwój miasta z jego niepowtarzalnym charakterem”).

To właśnie słynna Twierdza Kraków — dla jednych ciekawy obiekt badań, dla innych pancerna pięść zaborcy. Twierdza oznacza bowiem miasto graniczne. Jeszcze nie tak dawno, kilka mil (austriackich) na północ od Nowego Kleparza, słupy graniczne oddzielały miasto od imperium Mikołaja II Romanowa — władcy z Bożej łaski (choć, jak wiadomo, o to, od którego dokładnie Boga, toczy się zażarta dysputa).

Aby pospacerować po dolinkach pod Ojcowem, trzeba było przekroczyć granicę państwa. I to nie byle jakiego — tylko samej Świętej Rusi, Trzeciego Rzymu, Żandarma Europy.

Na inaugurację panowania Mikołaja II przybyły tłumy poddanych pragnących oddać hołd. Zdarzenie znane jako „panika na Chodynce” w 1896 roku pozostawiło setki trupów — w imię porządku i majestatu władzy. Monarcha kontynuował uroczystości niewzruszony.

Na tym tle skromnie autokratyczne ciągoty Habsburgów wypadają wręcz liberalnie.

I tu właśnie wracamy do Krakowa — gniazda wichrzycieli.

Bo lokalną atmosferę tej nadgranicznej twierdzy doceniali także inni poddani carscy — o bardzo różnych poglądach. Do jednej z krakowskich kamienic wprowadził się schorowany polski szlachcic Feliks Dzierżyński. Aby tu trafić, musiał wykazać się niemałą determinacją — uciekał przecież z syberyjskiej katorgi.

Jak pisała Sylwia Frołow, dla konspiratorów Kraków był miejscem idealnym: władze austriackie zostawiały Polakom sporą przestrzeń wolności.

Wkrótce nadgraniczna twierdza stała się znakomitym hubem przerzutowym ludzi, idei i sprzętu do imperium carskiego. Lewica — choć lansowała modną dziś teorię „zapierdolu” — potrafiła też docenić zalety płatnych urlopów wypoczynkowych, więc Dzierżyński został wysłany na przymusowy odpoczynek.

Najpierw Szwajcaria, potem — znacznie wygodniej — Zakopane.

A kilka lat później na ul. Lubomirskiego 49 pojawi się inny gość ze Wschodu: Włodzimierz Iljicz Uljanow, zwany Leninem. Z żoną, teściową i całym rewolucyjnym anturażem.

Lenin zachwyca się zabytkami, Krupska gotuje obiady, a przyszły wódz rewolucji śmiga na łyżwach po miejskiej ślizgawce.

W listopadzie dołącza jeszcze jeden lokator — Gruzin o rozchwianej czuprynie i wielkich ambicjach: Józef Wissarionowicz Dżugaszwili, ps. Stalin. Krupska wyznacza mu miejsce na kanapie w kuchni. Stalin jednak szybko wybiera nocne eskapady po kawiarniach — ze szczególnym uwzględnieniem postoju na halbkę w Hawełce…

A biedni Amerykanie wciąż myślą, że historia zaczyna się w Washington D.C.