Rekomendacje
JAZZMAN. JAZZFAN. JAZZINSTYTUCJA
Kończy się kolejny Summer Jazz Festival Kraków. W tym roku jubileuszowy.
Byli wielcy artyści, małe kluby, wielkie sale, koncerty plenerowe, jazz tradycyjny, awangarda, młodzi, starzy, sławni i tacy, którzy być może dopiero za kilka lat staną się sławni.
Ale nie byłoby tego wszystkiego bez niego.
Witold Wnuk.
Twórca i dyrektor festiwalu. Człowiek, który od lat powtarza z uporem, że Kraków jest stolicą polskiego jazzu — a może nawet jednym z jazzowych centrów Europy.
Przed laty opowiadał o tym Mateuszowi Borkowskiemu w wywiadzie. Dziś, kiedy festiwal ma za sobą kolejną edycję, warto wrócić do tamtej rozmowy. Nie jako do archiwalnego wywiadu, lecz do opowieści człowieka, który wymyślił sobie pewien jazzowy Kraków.
I postanowił go zbudować.
1.
Fenomen festiwalu Wnuk tłumaczył najprostszym z możliwych przykładów.
Ten sam zespół może występować w tym samym miejscu przed festiwalem, ale kiedy zaczyna się festiwal, publiczność chce usłyszeć go jeszcze raz. Kupuje bilety, przychodzi, rezerwuje sobie wieczór.
Bo — jak mówi Wnuk — „to święty termin dla wszystkich miłośników jazzu”.
I rzeczywiście: przedsięwzięcie, które zaczynało jako Letni Festiwal Jazzowy w Piwnicy pod Baranami, z czasem rozrosło się do rozmiarów, których chyba sam jego twórca początkowo nie przewidywał.
Wnuk lubi porównywać liczby. Standardowy festiwal jazzowy to, jak mówił, pięć czy dziesięć koncertów. Krakowski potrafił ich pomieścić ponad dwieście podczas jednej edycji.
Ale ważniejsze od samej liczby było coś innego: festiwal przestał być wydarzeniem odbywającym się w jednym miejscu.
Rozlał się po Krakowie.
Była oczywiście Piwnica pod Baranami, były Harris Piano Jazz Bar, Piec Art, Pracownia pod Baranami, Alchemia i kolejne zaprzyjaźnione kluby. Były Solo Piano Weekend, Niedziela Nowoorleańska i Noc Jazzu. Był jazz tradycyjny, była muzyka improwizowana, były koncerty młodych. A kiedy potrzebna była większa scena, festiwal przenosił się do Mangghi, Kina Kijów czy ICE Kraków.
Trochę tak, jakby Wnuk uznał, że skoro jedna sala jest za mała, trzeba po prostu zrobić z całego miasta salę koncertową.

2.
Od początku zależało mu także na czymś jeszcze: żeby festiwal nie należał do jednego środowiska, pokolenia czy odmiany jazzu.
„Starałem się zaprosić do Krakowa wszystkich polskich artystów, całe środowisko jazzowe” — wspominał.
I rzeczywiście lista nazwisk zaczęła przypominać indeks historii polskiego jazzu.
Jan „Ptaszyn” Wróblewski, Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak, Włodek Pawlik, Tomasz Stańko, Urszula Dudziak, Adam Makowicz. Obok nestorów pojawiali się coraz młodsi, jak Piotr Orzechowski.
Wnuk zauważył przy tym rzecz ważną: nie wszyscy przyjeżdżali wyłącznie dla pieniędzy. Niektórzy artyści, przyzwyczajeni do wysokich honorariów, traktowali krakowski festiwal jako miejsce szczególne.
I czasem nawet największym wracała trema.
Zapamiętał choćby Ewę Bem przed jej pierwszym występem w Piwnicy pod Baranami.
„Trzęsła się jak galareta, bo był to jej debiut w Piwnicy”.
Może właśnie takie chwile najlepiej pokazują znaczenie miejsca. Artysta, który występował na setkach scen, wchodzi po schodach do krakowskiej piwnicy — i nagle znowu czuje się jak debiutant.
3.
Potem przyszedł świat.
Za moment przełomowy Wnuk uważał rok 2008 i Saxophone Summit. Wystąpili wtedy między innymi Branford Marsalis, Lee Konitz i Greg Osby. Rok później do Krakowa przyjechali Maria Schneider, Joe Lovano, NDR Bigband, João Bosco i Nils Landgren.
A później lista zaczęła wyglądać niemal nieprzyzwoicie.
Bobby McFerrin. Chick Corea. Herbie Hancock. Pat Metheny. John Scofield. Arturo Sandoval. Robert Glasper. Al Jarreau. Billy Cobham. Mike Stern. Stanley Clarke. Jean-Luc Ponty. Randy Brecker.
Jak sprowadza się do Krakowa ludzi, których kalendarze koncertowe układają wielkie światowe agencje?
Wnuk odpowiadał bez specjalnej mistyki.
Kontakty, negocjacje, znajomość rynku, czasami łączenie występów w Krakowie i katowickim NOSPR-ze. Amerykańscy jazzmani od dawna żyją w znacznej mierze z europejskich tras, a Polska stała się dla nich ważnym punktem na mapie.
„Artyści liczą się z Polską. To dla nich wyjątkowy kraj, w którym jest wielu odbiorców jazzu, zwłaszcza na południu Polski, w Krakowie, Katowicach i Wrocławiu”.
A kiedy zwykłe negocjacje nie wystarczają?
Wtedy zaczyna się Wnuk. „Czasami muszę stosować nawet pokerowe chwyty”.
A jakie? Tego już, na szczęście, dokładnie nie wyjaśniał.
4.
W jego opowieści o festiwalu powraca jednak przekonanie, że żadne kontakty, pieniądze ani pokerowe zagrywki nie wystarczyłyby, gdyby nie Kraków.
I Piwnica pod Baranami.
„Nic nie udałoby się, gdyby nie miejsce: zarówno Piwnica pod Baranami z duchem Piotra Skrzyneckiego, jak i sam Kraków”.
Bo Wnuk nigdy właściwie nie budował tylko festiwalu.
Budował sieć.
Kluby, muzycy, organizatorzy, publiczność, przyjaciele, konkurenci. Ludzie, którzy czasami walczą o tych samych słuchaczy, tych samych artystów i te same terminy, a jednocześnie wspólnie tworzą środowisko.
W Krakowie jazz można usłyszeć nie tylko podczas festiwalu. Są kluby, w których gra się regularnie, są kolejne sceny organizujące koncerty raz czy kilka razy w tygodniu. Są festiwale, konkursy, szkoły muzyczne i setki muzyków związanych z miastem.
Wnuk widział w tym coś, co z pozoru powinno przeszkadzać: chaos.
Tyle że krakowski chaos, jego zdaniem, działa.
„Z chaosu i wzajemnej, przyjaznej konkurencji wychodzą twórcze rzeczy”.
To zdanie mówi chyba o Krakowie więcej niż niejeden oficjalny dokument o strategii rozwoju kultury.
5.
Wnuk od lat zresztą nie ma specjalnych wątpliwości, gdzie znajduje się polska stolica jazzu.
„Trąbię o tym bez przerwy”.
Kraków — przypomina — był jedną z kolebek polskiego jazzu, obok Sopotu i Warszawy. Ale jemu samo wspominanie świetnej przeszłości nigdy nie wystarczało.
„Przez te lata istnienia festiwalu pracowałem nad ideą stworzenia z Krakowa jednego z centrów jazzowych świata”.
Brzmi nieskromnie?
Zapewne.
Tyle że po latach, kiedy przez krakowskie sceny przewinęła się znaczna część światowej i właściwie cała polska jazzowa czołówka, trudniej już z tego zdania żartować.
Najciekawsze jest jednak to, jak Wnuk tłumaczy energię miasta. Nie pieniędzmi. Nie salami koncertowymi. Nie liczbą turystów.
„Tutejsza energia to kumulacja przekornego krakowskiego konserwatyzmu i wolnego ducha twórczego”.
Konserwatyzm i bunt. Tradycja i improwizacja. Piwnica pod Baranami i wielka sala ICE. Stary standard i młody człowiek, który właśnie próbuje zagrać go zupełnie inaczej.
Czyli właściwie — jazz.
6.
Kończy się kolejny Summer Jazz Festival Kraków.
Za chwilę zostaną zdjęcia, recenzje, wspomnienia, rachunki do zapłacenia i pytanie, kogo sprowadzić następnym razem.
Witek Wnuk zapewne już o tym myśli. Bo przed laty powiedział jeszcze jedno zdanie: „O przyszłość festiwalu jestem całkowicie spokojny”.
I może na tym właśnie polega jego fenomen.
Nie tylko na tym, że przez lata sprowadzał do Krakowa wielkich muzyków.
Raczej na tym, że wciąż zachowuje się tak, jakby największy koncert miał się odbyć dopiero jutro.
Witek Wnuk: człowiek, który zrobił z Krakowa stolicę jazzu
*
Witold Wnuk, fot. H. Keiser, za zgodą Summer Jazz Festival Kraków.
Tekst powstał z wykorzystaniem wypowiedzi Witolda Wnuka z wywiadu Mateusza Borkowskiego dla Krakowa i Świata w 2019 roku.