PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Słowo

Góry, góry…

Krzysztof Burnetko
Witold Bereś
Słowo Krzysztof Burnetko
Witold Bereś

Fragment książki „Maciek Kozłowski – przemytnik wolności” Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki.

MK był od osiemnastego roku życia członkiem Klubu Wysokogórskiego. Jako wspinacz ma większe niż inni obywatele PRL szanse na uzyskanie zgody władz na wyjazdy za granicę (funkcjonuje tak zwany paszport sportowca). Policja polityczna musiała oczywiście śledzić działalność Klubu: to grupa hermetyczna, a jej członkowie przez to, że wyjeżdżają za granicę, co było wtedy rzadkością, muszą być pod obserwacją. Lecz środowisko to jest nie tylko elitarne, ale i szczelne – wspinaczka wymaga zaufania do partnera.

Alpinizm to był sposób na podróżowanie po świecie, ale tak naprawdę ważniejsze były góry.

Taternicy nie uważali się wtedy za żadną elitę. Dziś powiedziano by o nich raczej: bańka. Bo to była właśnie bańka – w Polsce wspinało się wtedy może trzysta osób, pięćset w porywach. Wszyscy się znali. Osiągnięcia miały znaczenie tylko w tym kręgu. Poza nim – nikt o nich nie wiedział, nikt o nich nie pisał. Dziś alpinizm jest targowiskiem próżności, wtedy panowała cisza. To był okres pionierski: Kazalnica i inne najtrudniejsze ściany – właśnie wtedy padały. Ale trudno było mówić o elicie, skoro elita wymaga audytorium, a oni go po prostu nie mieli.

Sprzęt był prymitywny. Haki kuli kowale. Później ktoś przywiózł z Alp haki ze stopów lekkich – mieć choć jeden było wielkim wydarzeniem. Liny początkowo były sizalowe. Dopiero kiedy Jurek Potocki dostał od ciotki z Belgii pierwszą linę nylonową, poczuli dumę jak nigdy… Czesi zaczęli produkować nylonowe „koty”, kupowało się je na Słowacji. A kiedy ruszył w Alpy, sprzęt trzeba już było zdobywać tam – za ciężkie pieniądze. I wtedy w ruch szły bursztyny: sprzedawało się je na Zachodzie, a za nie kupowało haki.

Maciek Kozłowski:

‒ Gdy zacząłem się wspinać na początku lat 60., wszedłem w bardzo szczególne środowisko. Taternictwo uprawiało wówczas może kilkaset osób.  Niemal wszyscy to byli ludzie wykształceni lub studenci. Wszyscy świetnie się znali. W tym środowisku nawiązywano przyjaźnie, zawierano małżeństwa.

*

Maciek Kozłowski:

‒ Zorganizowanie wyprawy himalajskiej czy hindukuskiej, to ogromne przedsięwzięcie organizacyjne. Nawet dziś.

W tamtych czasach zaś wręcz szczególnie karkołomne. Toteż, gdy zostałem wytypowany jako uczestnik wyprawy, wszystko inne, łącznie z napisaniem i obroną pracy magisterskiej, zeszło na drugi plan. Względy finansowe i organizacyjne sprawiły, że logistyka wyprawy była dość szalona. Część uczestników dotarła do Afganistanu samolotem, druga część wraz ze sprzętem i zaopatrzeniem miała dotrzeć, jadąc przez pół Europy i pół Azji podarowaną przez fabrykę w Starachowicach ciężarówką. Ja znalazłem się w grupie samochodowej. Ciężarówka się psuła, podróż trwała dłużej, niż to było zamierzone. Grupa, która leciała samolotem na własną rękę, dotarła w góry i rozpoczęła aklimatyzację. My dołączyliśmy kilkanaście dni później.

Gdy po kilku kolejnych dniach pełnych zawirowań, takich jak bunt tragarzy, dotarliśmy wreszcie na lodowiec, na którym założyliśmy główną bazę, rozpoczął się zupełnie nowy i wspaniały etap wyprawy. Aklimatyzacja polegała na zdobywaniu nienazwanych, dziewiczych szczytów — najpierw pięcio-, potem sześciotysięczników. Jest czymś niezwykłym poruszanie się w terenie, gdzie byliśmy pierwszymi ludźmi stawiającymi tam kroki. Ale to był tylko trening.

Zasadniczą częścią wyprawy miało być wejście na Noszak, a następnie przetrawersowanie granią i osiągnięcie ostatnich dwóch, niezdobytych dotychczas siedmiotysięczników Hindukuszu. Pierwszego, który nosił nazwę Darban Zom, i drugiego, wciąż nienazwanego, o wysokości 7291 metrów.

*

Pierwsza część wyprawy się powiodła. Na szczyt Noszaka weszła szóstka alpinistów, wyrównując polski rekord wysokości. Nie udało się to uczestniczącej w wyprawie parze francuskiej. Henri Agresti i jego żona Isabelle na wysokości 7400 metrów musieli zawrócić. Dla Francuzów jest to jednak ogromny sukces, a Isabelle okrzyknięta zostaje la femme vivante la plus haute du monde. Także polskie alpinistki – Danuta Baranowska i Ewa Śledziewska – nie zdobywają mierzącego 6600 metrów szczytu Asp-e-Safed i muszą zawrócić z wysokości około 6450 metrów, ale i ten wyczyn stał się polskim kobiecym rekordem wysokości.

Gdy krakowska wyprawa działała już w Hindukuszu, o górach tych wiedziano bez porównania więcej niż dwa lata wcześniej, kiedy ją przygotowywano. Okazało się, że przejście granią z Noszaka na dwa kolejne siedmiotysięczniki nie jest możliwe, zdecydowano się zatem na plan B ‒ przetrawersowanie pod Noszakiem i wejście na Darban Zom od strony północnej oraz ewentualnie dalszy trawers na kolejny, niezdobyty siedmiotysięcznik.

W bazie wysuniętej nastroje nie są najlepsze. Widać, że nadciąga załamanie pogody. Zaczynają martwić się o pozostałą w górach trójkę. Szturmowa trójka po dwóch dniach osiąga przełęcz łączącą Noszak ze szczytem Darban Zom. Niestety, psuje się pogoda, zaczyna padać śnieg. Jeden dzień chcą przeczekać, licząc, że pogoda może się poprawić. Nic z tego ‒ jest coraz gorzej. Słychać odgłosy lawin.

Sytuacja staje się groźna. Decydują się na odwrót. Trawersują śnieżno-lodowym zboczem, tuż nad barierą seraków. I wówczas porywa ich lawina.

Heinrich i Bourgeois nie zostają przysypani, są jednak poważnie kontuzjowani, w dodatku Belg traci czekan.

W narastającej zamieci próbują odszukać Jurka Potockiego. Sondują lawinisko, lecz gdy schodzą nieco niżej, widzą, że stok obrywa się wielkim lodowym uskokiem.

Rozbijają namiot. Ponieważ zostali porwani przez lawinę, są kilkaset metrów poniżej obozu III. Wprawdzie dwa tysiące metrów niżej jest baza wysunięta, ale owe dwa tysiące metrów to stroma skalno-lodowa ściana — tak trudna do pokonania, że nie odważyli się nią wspinać ani pierwsi, ani kolejni zdobywcy Noszaka.

Są bez jedzenia, bo plecak z prowiantem porwała lawina. Andrzej Heinrich krwawi — ma przebitą nogę i, jak się później okaże, pękniętą kostkę.

Mimo to rankiem ruszają w kierunku obozu trzeciego. Po kilkuset metrach marszu, a właściwie czołgania się w gęstym śniegu, zdają sobie sprawę, że w ten sposób do obozu nie dotrą.

I wówczas Belg podejmuje decyzję: zejdzie lodową ścianą wprost do bazy wysuniętej i sprowadzi pomoc dla rannego Andrzeja Heinricha.

Dzielą się ostatnimi zapasami — Jean dostaje trzy kostki cukru i garść płatków owsianych, Andrzej zostaje z dwiema.

Andrzej Heinrich, jeden z najbardziej doświadczonych alpinistów wyprawy, też zdawał sobie z tego sprawę. Gdy więc tylko pogoda się poprawiła, podjął decyzję ‒ rusza ku obozowi III.

Napisze później:

„Podchodzę w górę, walcząc o każdy krok, z wiatrem i głębokim śniegiem. Już nie pamiętam, ile razy z najcięższym wysiłkiem zmuszam się, by nie zostać na śnieżnym stoku. Ciągle wracają wątpliwości: po co to wszystko? Jurek nie żyje, Jean nie żyje, czy w ogóle jest obóz III?”.

Maciek Kozłowski:

‒ Nie wiem, czy kiedykolwiek przeżyłem tak szczęśliwą chwilę. W jednym z namiotów, których śnieżna zawieja nie zdołała przewrócić, zobaczyłem wychudzonego, ale uśmiechniętego Andrzeja.

Na zdjęciu: Maciej Kozłowski na szczycie Noszaka.