PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Wehikuł czasu

Gdy gasła gwiazda Habsburgów…

Mateusz Drożdż
Wehikuł czasu Mateusz Drożdż

„18 lutego [niech] przemówi kraj cały; niech ustanie wszelka praca w mieście i na wsi, niech ludność polska objawi swą wolę”

Przez długie dziesięciolecia Polacy w Galicji uważali, że Austriacy są nie tylko liberalnymi, ale i w sumie nie najgorszymi zaborcami. Dali autonomię, nie mieli nic przeciwko rozwijaniu języka i kultury polskiej, pozwolili działać organizacjom paramilitarnym i prowadzić działania polityczne. Wielu polskich działaczy politycznych i społecznych liczyło, że może uda się utworzyć austro-węgiersko-polskie państwo. Pod egidą Wiednia polscy legioniści z polskimi orłami na czapkach i sztandarach wyruszyli wspólnie z wojskami austro-węgierskimi na wojnę między zaborcami. Cesarz Franciszek Józef I wraz z cesarzem Wilhelmem ogłosił w 1916 r. akt 5 listopada, który zapowiadał odbudowę niepodległego państwa polskiego. To przyszłe państwo polskie miało być związane z Niemcami i Austro-Węgrami, jego granice nie były określone (głównie miało obejmować ziemie zaboru rosyjskiego), ale mówiono, że może do niego być dołączona Galicja, a zaborcy powołali zalążki polskiej administracji i wojska. Co prawda nie wszystko szło idealnie, bo pół roku później legioniści w większości odmówili złożenia przysięgi na wierność zaborcom i zostali internowani.

I nagle wszystkie te proaustriackie idee padły, a wydarzenia z ulic Krakowa w lutym 1918 r. były zapowiedzią nie tylko upadku samej idei polsko-austriackiego sojuszu, ale także upadku cesarstwa Habsburgów. Krakowski historyk Jan Dąbrowski zapisał: „Dzień, w którym w Krakowie zdzierano orły austriackie i w którym psy biegały z austriackimi orderami na szyi, był dla wszystkich ludów monarchii wskazówką nie tylko tego faktu, że od Austrii odwrócił się tak lojalny wobec niej element jak Polacy, ale że mógł to zrobić bez przeszkód”. Być może to właśnie w Krakowie pękły podwaliny tronu cesarskiego.

Zaczęło się od „zdrady brzeskiej”

Polska złość na Austriaków, a przy okazji i Niemców, wybuchła na wieść o zawarciu w sobotę 9 lutego 1918 r. w Brześciu nad Bugiem traktatu pokojowego z Ukraińcami. Od soboty 22 grudnia 1917 r. trwały tam rozmowy pomiędzy delegacjami państw centralnych – Niemiec, Austro-Węgier, Turcji i Bułgarii oraz stroną bolszewicką. Omawiano warunki zakończenia walk na froncie wschodnim, bo pokój był potrzebny wszystkim. Niemcy chcieli oddziały z frontu wschodniego przerzucić do Francji i podjąć ofensywę, która zakończy wojnę na Zachodzie. Spieszyli się, już przed kilkoma miesiącami do wojny włączyły się Stany Zjednoczone, chcieli zdążyć, nim Amerykanie przerzucą do Europy swoje dywizje, co przeważyłoby szalę zwycięstwa na korzyść aliantów. Bolszewicy potrzebowali pokoju, aby wygrać wojnę domową i przejąć stery rządów w Rosji.

Sytuacją był przerażony minister spraw zagranicznych Austro-Węgier Ottokar Czernin von und zu Chudenitz. Nie tylko dlatego, że w piątek 7 grudnia 1917 r. Amerykanie wypowiedzieli wojnę Austriakom. Był przekonany, że tylko szybkie zawarcie pokoju na wschodzie da szansę na odsunięcie kraju od przepaści, nad którą stanęły Austro-Węgry. W przeciwieństwie do Niemców, którzy twardo rozmawiali z bolszewikami, Austriacy szukali szybkiego rozwiązania problemu i możliwości zawarcia pokoju. Być może ten pośpiech, a może niechęć do Polaków, o jaką był obwiniany ten zniemczony Czech, spowodowały, że minister Czernin sprawę polską potraktował gorzej niż po macoszemu. W dodatku mocno nieprofesjonalnie – ze szkodą dla swojego kraju. Opisujący kilkanaście lat później historię I wojny światowej Jan Dąbrowski określił działania Czernina słowami, które nie przynoszą chwały dyplomacie: „Swoją lekkomyślnością wprawił w zdumienie wszystkich, a sprawę polską zwrócił przeciwko Austro-Węgrom”.

Nic dziwnego, przecież z monarchią habsburską środowiska polskie wiązały duże nadzieje, liczyły na przyłączenie Galicji do przyszłego państwa obiecanego w akcie 5 listopada i postulowały obwołanie cesarza Karola I królem polskim. Przymierzano się nawet ogłosić tę propozycję w lutym 1918 r., planowano zwołać wielkie zgromadzenia ludowe, aby fakt ten rozpropagować szeroko.

Pierwszym austriackim błędem było zatem niezaproszenie Polaków do Brześcia. Od razu pojawiła się krytyka. W Krakowie klerykalny „Głos Narodu” z 30 grudnia 1917 r. pisał: „Nie ma niestety w Brześciu reprezentanta państwa polskiego – tego państwa, które zostało przecież aktem listopadowym [akt z 5 listopada 1916 r.] uznane za niepodległe, a którego państwowość ma już swe widzialne organa: regencję i rząd [Radę Regencyjną i rząd z premierem Janem Kucharzewskim]”. Możliwość porozumienia się zaborców burzyła spokój polskim elitom i podsycała ich podejrzliwość, bo zdawały sobie sprawę, że pokój może nastąpić kosztem Polski. „Gdy brata się Niemiec z Moskalem, zawsze Polakowi dreszcz chodzi po plecach” – pisała w swoim dzienniku księżna Maria Lubomirska, małżonka członka trzyosobowej Rady Regencyjnej księcia Zdzisława Lubomirskiego. Nie myliła się.

Udziału w rozmowach, którego odmówiono Polakom, nie poskąpiono za to Ukraińcom, co było obraźliwe dla polskich środowisk w Galicji, zwłaszcza lojalnych wobec Wiednia. Ku ich zaskoczeniu we wtorek 1 stycznia 1918 r. pojawiła się w miejscu obrad delegacja nowo powstałej Ukraińskiej Republiki Ludowej. Przypuszczalnie w sprawie tej palce maczali Niemcy, którzy chcieli dać Austriakom kogoś, z kim mogli oni podpisać tak upragniony przez ich ministra traktat pokojowy, a przy okazji zaszachować opierających się bolszewików. Rosjanie grali na czas, ich delegacja kluczyła, zwodziła i generalnie chciała uratować od utraty części terytorium – z jednej strony mówiąc o samostanowieniu narodów, a z drugiej żądając powrotu do stanu granic z 1914 r. Gwardia Czerwona (poprzedniczka Armii Czerwonej) toczyła ostre i zwycięskie walki o uzyskanie wpływów na Ukrainie, co też wpływało na pośpiech Ukraińców. Członek delegacji sowieckiej Lew Trocki wprost kpił z delegacji ukraińskiej, że „jedynym obszarem, którym jej przedstawiciele mogą rozporządzać, są ich pokoje w Brześciu”. Faktycznie, 8 lutego czerwone oddziały zajęły Kijów. Ukraińcy pilnie potrzebowali więc pokoju z bolszewikami i wsparcia Niemców oraz Austriaków.

W monarchii nad Dunajem brakowało żywności, a im bardziej pogarszała się sytuacja zaopatrzeniowa i rosły ceny podstawowych produktów, tym łatwiej było o strajki i demonstracje. Na przykład w Krakowie w kolejnych latach wojny wprowadzono najpierw kartki na chleb i mąkę, a potem, ponieważ i to nie pomogło, zaczęto obniżać racje tych produktów przysługujących obywatelom. Stale pogarszała się jakość pieczonego chleba, bo brakowało mąki, rosły ceny pozostałej żywności, np. ziemniaków, które często nie docierały do miasta, i artykułów pierwszej potrzeby, np. odzieży. Pojawił się czarny rynek i spekulanci. Na początku 1918 r. już nie tylko bieda, ale i coraz częściej głód zaglądały w oczy krakowianom. Bywały sytuacje, że magistrat kupował po czarnorynkowych cenach pewne ilości mąki, aby potem rozprzedać je taniej wśród ludności. Mimo tych działań od grudnia 1917 r. coraz częściej różne grupy krakowian zaczęły urządzać demonstracje głodowe i antywojenne. Podobne problemy występowały w innych częściach monarchii.

Austriacy liczyli, że sprzymierzona z nimi Ukraina przekaże nadwyżki swojej żywności, co unormuje sytuację na rynku i poprawi samopoczucie niezadowolonych poddanych cesarza. Zagrożeni bolszewikami Ukraińcy byli bardziej ugodowi, ale też stawiali warunki. Już wcześniej galicyjscy Rusini zaczęli myśleć o niepodległości. Wspólnie z pobratymcami z Kijowa zaczęli postulować podział Galicji, w jego ramach mieli otrzymać Lwów i Przemyśl, a dodatkowo żądali Chełmszczyzny i Wołynia. Wywołało to silne zaniepokojenie Polaków. „Zaczęły przeciekać różnymi drogami niezwykle niepokojące wiadomości z Brześcia Litewskiego. Okazało się wkrótce, że Niemcy dążą tam wyraźnie do nowego rozkawałkowania ziem polskich. (…) Czuli już wszyscy, że w Brześciu Litewskim mocarstwa centralne przygotowują nam jakąś niezwykle dotkliwą niespodziankę” – pisał Wincenty Witos. Pod koniec stycznia podczas wiecu obywatelskiego w Krakowie galicyjskie porozumienie partii politycznych podjęło uchwałę, w której m.in. zaprotestowało przeciwko „decydowaniu o nas bez nas”.

Ale w sobotę 9 lutego 1918 r. mocarstwa centralne podpisały traktat pokojowy z Ukrainą. W zamian za zakończenie walk, zawarcie pokoju oraz obietnicę dostaw miliona ton zboża sygnatariusze uznali istnienie państwa ukraińskiego oraz jego granice. Dla Polaków było ważne to, że włączono do niego Chełmszczyznę z Zamościem i Biłgorajem oraz część Podlasia, a także zgodzono się na postulat podziału Galicji między Polaków i Ukraińców. Przyszła Polska miała stracić ziemie uważane za etnicznie i historycznie związane z Królestwem Polskim! Wśród Polaków zawrzało. „Dziwną koleją losów to państwo ukraińskie bez kultury i bez przeszłości, nieuformowane, granicami nieobjęte wyłania się z rosyjskiego morza i uzyskuje niepodległość” – pisała na gorąco oburzona Maria Lubomirska.

Fakt, że w Wiedniu pokoju z Ukrainą nie przyjęto jednomyślnie, nie miał znaczenia. Choć premier węgierski był przeciwny, a szef sztabu uważał, że nie będzie on miał wartości, to cesarz Karol I go zaakceptował, a premier austriacki Ernst Seidler von Feuchtenegg obiecywał łatwy podział Galicji. Decyzje więc zapadły. Szykowała się polska kontrakcja.

„Uczucie niesprawiedliwości roznosi – bunt wewnętrzny rozpłomienia nienawiść. Poza ohydą samego faktu, z jakąż perfidią [minister] Czernin z nami postępował, wieleż nam okazał obłudy i lekceważenia – wszak Zdziś [Lubomirski] nosi w kieszeni list, w którym prezes rady ministrów Austrii obiecuje Radzie Regencyjnej (…), że o nas bez nas stanowić nie będzie” – pisała rozgoryczona Maria Lubomirska.

Oburzali się nie tylko członkowie elit, ale i zwykli mieszkańcy: „Przedstawienia w teatrach (…) odwołano. Odwołano również widowiska w teatrzykach, kabaretach i kinematografach. Zapowiedziane na »ostatni wtorek« przed Popielcem (…) zabawy też odwołano. Wskutek odwołania rozrywek wieczornych, po mieście krążyły tłumy publiczności (…) w niektórych księgarniach na wystawach umieszczono (…) mapy ziem polskich z zakreśloną kolorowym ołówkiem częścią przyłączoną do republiki ukraińskiej. Przed mapami tymi gromadziły się tłumy” – donosił o sytuacji w stolicy „Kurier Warszawski”. Na ziemiach przeznaczonych do oddania Ukraińcom planowano mniej i bardziej manifestacyjne działania, aby podkreślić polskość tych terenów.

Koniec z fałszywymi protektorami!

Przez kraj przetoczyła się fala protestów. Przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Niezawisłości Narodowej i Zjednoczenia Stronnictw Demokratycznych wystosowali uchwałę:

„Państwa centralne dają nam przedsmak tego, jak w ich pojęciu ma być realizowana wolna i niepodległa Polska. Z pośpiechem rzezimieszków, rozszarpujących w ciemnościach swój łup, zgodziły się strony rokujące o pokój, by koszty wojny płaciła przede wszystkim Polska. Niedoszły »król polski i wielki książę litewski«, cesarz austro-węgierski, słowa miłości i najgorętszego praw naszych uznania zakończył wydarciem nam olbrzymiego kęsa ziem bezsprzecznie polskich na rzecz nowego sojusznika. Sprzedano nas za kilka tysięcy wagonów żywności”.

Ostre stanowisko zajęła Rada Regencyjna, która potępiła traktat, piętnując w swoim oświadczeniu „powtórzenie bezprawia carskiego” i mówiąc o „nowym rozbiorze”. Rząd Jana Kucharzewskiego oraz generał gubernator lubelski gen. Stanisław Szeptycki podali się do dymisji, Koło Polskie w parlamencie wiedeńskim zapowiedziało przejście do opozycji, protestowali przedstawiciele polscy w sejmie Rzeszy. Więzy przyjaźni, łączącej przynajmniej niektórych, lecz przecież wciąż wcale licznych Polaków z Austrią, zaczęły się rwać, co od razu dostrzegli politycy i część dziennikarzy. Niektórzy już w tych dniach wysnuli słuszny wniosek mówiący o początku końca samej naddunajskiej monarchii.

Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i konserwatywny poseł w parlamencie wiedeńskim Władysław Leopold Jaworski w swoim dzienniku zapisał:

„Dla nas pokój z Ukrainą jest klęską i ciosem z powodu utraty Chełmszczyzny i moralnego upokorzenia. Ale zwiększy się zło przez irredentę, która powstanie w Galicji, przez konflikt z Ukraińcami w Galicji Wschodniej, przez upadek koncepcji austriacko-polskiej, przez początek, który dano nowym rozbiorom Polski. Jest to jednak i początek rozkładu Austrii”.

Wtórował mu wileński dziennikarz Stanisław Cywiński:

„To jest ostateczne bankructwo polityki opartej o Niemcy, no i Austrię, bo i to państwo zdemaskowane [zostało] wreszcie”.

Faktycznie, fałsz w stosunku do Polski i Polaków zauważyli właściwie wszyscy, którzy pokładali jakieś nadzieje na współpracę z państwami centralnymi. Urzędnik administracji austriackiej z Lublina Jerzy Jampolski załamywał ręce:

„Za jednym zamachem wszelkie nici, jakie zostały zadzierzgnięte między ludnością a władzami austriackimi, zostały zerwane; szalony gniew i wściekłość ogarnęły najspokojniejszych”.

Austriackie orły w błocie, austriackie medale na psich obrożach

Nie skończyło się na uczuciach – rozpoczęto działania. W Krakowie stronnictwa polityczne wezwały do strajku:

„Polacy! (…) w poniedziałek 18 lutego [niech] przemówi kraj cały; niech ustanie wszelka praca w mieście i na wsi, niech ludność polska objawi swą wolę. Masowe wiece i poważne demonstracje wyrażą niezłomną wolę narodu uzyskania zjednoczonej, niepodległej i nieuszczuplonej ojczyzny”.

I faktycznie, jak donosił korespondent „Kuriera Poznańskiego”:

„Mroźny, słoneczny ranek wstał nad Krakowem. Miasto od samego rana miało odświętny wygląd: zamknięto wszystkie sklepy, zupełna cisza – ani tramwajów, ani dorożek. Odświętnie ubrani obywatele, spieszący w skupieniu wszystkimi ulicami ze wszystkich stron miasta ku Rynkowi, gdzie miała się odbyć manifestacja. O godzinie dziewiątej rano rozległ się nad miastem przeraźliwy gwizd maszyn i lokomotyw na znak rozpoczęcia bezrobocia. Manifestacja się zaczęła. Stanęły wszystkie fabryki i zakłady przemysłowe, opustoszały wszelkie lokale”.

W podobnym tonie donosił reporter „Kuriera Warszawskiego”:

„Morze głów ludzkich 80-tysięcznej masy uczestników narodowej manifestacji zalało po obu stronach Sukiennic olbrzymie połacie prastarego krakowskiego Rynku. (…) Po godzinie 11.00 z wieży Mariackiej ozwały się rzewne tony Boże, coś Polskę i Roty Konopnickiej. Melodię w lot podchwycił tłum (…) Mężczyźni obnażyli swe głowy, kobiety płakały”.

Poseł socjalistyczny w parlamencie austriackim Ignacy Daszyński, naoczny świadek wydarzeń w Krakowie, podsumował akcję:

„Strajk generalny (…) nakazany w Galicji udał się znakomicie i zespolił cały naród. W poniedziałek zamknięte były nawet szkoły i urzędy. Najznakomiciej spisali się kolejarze. Przez cały dzień stała kolej – pociągi zatrzymywały się na stacjach prowincjonalnych i chociaż Prusacy grozili nieraz maszynistom rewolwerami, kolejarze nie ustąpili! (…) Chłopaki przywiązywali psom do ogonów ordery austriackie i portrety cesarza Karola, a orły austriackie strącali do rynsztoków. Masa polska ocknęła się i wystąpiła przeciw Austrii”.

Do spacyfikowania burzliwych demonstracji antyniemieckich i antyaustriackich przysłano z Wiednia specjalne oddziały asystencyjne. Składały się one z żołnierzy z Tyrolu, którzy uchodzili za najwierniejszych monarchii. Smutny okres niepokojów w życiu miasta dopełniła śmierć prezydenta Juliusza Lea, który zmarł po długotrwałej chorobie 21 lutego 1918 r. Nastroje uspokoiły się, ale żar antyaustriackiego buntu zaczął się tlić.

Ogień podłożyli sami Austriacy, choć z niemiecką pomocą.

„Nic bardziej nie charakteryzuje ówczesnych politycznych i wojskowych kierowników polityki Berlina i Wiednia, jak to, że w tym korzystnym dla siebie momencie potrafili przegrać [swe] atuty i ostrze sprawy polskiej zwrócić przeciwko sobie” – podsumowywał tak fatalne rozegranie sprawy polskiej przez państwa centralne Jan Dąbrowski.

Ciekawe pytanie jest, dlaczego Niemcy nie powstrzymali Austriaków. Całą sprawę ocenił bardzo trzeźwo ich wojskowy przedstawiciel przy austriackiej kwaterze głównej:

„Nie mogę przypuścić, aby hrabia Czernin zdawał sobie sprawę ze skutków, jakie same przez się wynikły dla polityki wschodniej Austrii z jego ukraińskiego pokoju (…). Gdy wracał do Wiednia przez Lublin, wszystkie dworce musiały być silnie obsadzone strażą. Wszędzie doszło do ostrych manifestacji. Kto chociaż mniej więcej obeznany był z rolą, jaką odgrywali w ostatnich dziesiątkach lat Polacy w Austrii, ten może sobie nietrudno wyobrazić wewnętrzno-polityczne skutki sztuki państwowej Czernina”.

Być może Niemcy uznali, że po pobiciu Rosji Polacy nie będą im już więcej potrzebni.

Polacy pokazywali tymczasem swe niezadowolenie. W parlamencie wiedeńskim socjalistyczny poseł Ignacy Daszyński nie zostawiał złudzeń:

„Jeżeli minister [spraw zagranicznych Ottokar Czernin] chciał naród doprowadzić do wzburzenia, jeżeli prawa nasze świadomie – jak zapewniał – podeptał nogami, odpowiedzią naszą będzie wyciągnąć stąd dwie nauki: że nie wolno w przyszłości sprawy narodów łączyć z interesami dynastii i że 9 lutego 1918 r. zgasła gwiazda Habsburgów na polskim firmamencie”.

Arzegrana polska karta

Bolszewików do podpisania swojego traktatu nie przekonał przykład ukraiński, lecz niemiecka ofensywa, która w lutym przesunęła linię frontu niebezpiecznie blisko stołecznego Piotrogrodu. Pokazało to ostatecznie bolszewikom, że pokój z Berlinem to ich być albo nie być. 3 marca delegacja rosyjska podpisała pokój oddający zajęte przez państwa centralne terytoria oraz spory kawałek Ukrainy. Rosja ostatecznie opuściła więc szeregi państw alianckich i do końca wojny współpracowała z Niemcami.

Niemcom pokój na wschodzie dawał możliwość zluzowania 44 dywizji i przerzucenia ich na zachód, aby rozstrzygnąć losy wojny, zanim zrobią to alianci wzmocnieni oddziałami amerykańskimi. Nie powiodło się. Nowy naczelny dowódca wojsk alianckich marszałek Ferdinand Foch zarządził twardy opór i mimo dużych strat powstrzymał ostatnią niemiecką próbę zdobycia Paryża.

Traktat brzeski pogrzebał jednak kartę polską dla Berlina i Wiednia. Nie tylko dlatego, że pozbawił złudzeń cywilów, a żołnierzy II Brygady Legionów pchnął do buntu i przejścia w nocy z 13 na 14 lutego na drugą stronę frontu pod Rarańczą. Również z powodów politycznych, bo decyzję z Brześcia można porównać z 13. punktem warunków pokoju ogłoszonych przez prezydenta Woodrowa Wilsona w amerykańskim Kongresie 8 stycznia 1918 r. A Wilson wymieniał w nim wprost konieczność odbudowy niepodległej Polski z dostępem do morza. Wkrótce do deklaracji amerykańskich mogli przyłączyć się przywódcy pozostałych państw alianckich, którzy uznali, że podpisanie pokoju przez Rosjan i opuszczenie przez nich obozu państw alianckich rozwiązuje mocarstwom zachodnim ręce w sprawie polskiej.

Ilustracja: Przybycie delegacji rosyjskiej] : [Inc.:] Traktat niemiecko-rosyjski w Brześciu 3 III 1918, polona

*Korzystałem m.in. z książek Polski wir I wojny w opracowaniu Agnieszki Dębskiej oraz Wielka Wojna 1914–1918 Jana Dąbrowskiego.

Tekst ukazał się w numerze 2/2018, a najnowsze numery naszego magazynu znajdziesz TUTAJ.