PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Po krakosku

Forrest Gump na Kleparzu

Witold Bereś
Po krakosku Witold Bereś

Ponoć Forrest Gump spotkał na Kleparzu p. Gibałę i zanotował: “Mama always said democracy without common sense is like a box of chocolates bought on sale. Looks mighty pretty on the outside. But when you open it up, somebody already ate all the good ones.”

Ponoć Forrest Gump spotkał na Kleparzu p. Gibałę i zanotował: “Mama always said democracy without common sense is like a box of chocolates bought on sale. Looks mighty pretty on the outside. But when you open it up, somebody already ate all the good ones.”

Co przetłumacz-że se Czytelniku na krakoski, bo mnie się nie chce.

Że świnia jestem i niesprawiedliwiec wobec Gibały? Że on przecież za swoje działa jak działa?

Oj tam, oj tam. Tak, nie lubię p. Gibały. Mało tego – mam tę przewagę, że go nie znam. Tyle, że głupota robiona za swoje nadal jest głupotą, zwłaszcza jeśli dotyczy przyszłości mojego kraju. Tak – cholernie blisko mi liberałów. Że to nie ideał? Ideał to się wybiera stając przed ołtarzem na ślubnym kobiercu, a i to ponoć często się nie udaje. Więc nie stanę po stronie prawicowych populistów, którzy nakręcają referendalną modę, byle tylko odciągnąć nas od Europy. Niestety: wykorzystują do tego pożytecznych idiotów, którym nagle szajba odbiła i krzyczą, że najważniejsza jest demokracja.

Te łzy są dziś najbardziej wzruszające. Nawet zatwardziali przeciwnicy liberalnej demokracji nagle odkryli jej świętość. Jeszcze niedawno demokracja była dla nich salonowa, kosmopolityczna i podejrzana. Dziś chodzą wokół referendum niczym ministranci wokół monstrancji i oburzają się: „Jak można nie iść?!”

Otóż można.

Referendum bywa pięknym narzędziem. Ale bywa też młotkiem do rozwalania wyborczego stołu: nie po to wymyślono demokrację przedstawicielską, żeby co pół roku urządzać obywatelom kolejne dogrywki w atmosferze obrażonego wesela. A skoro prawo przewiduje próg frekwencji, to znaczy, że ustawodawca był mądrzejszy od spin-doktorów i rozumiał, że nie każde wzmożenie jest wolą narodu. Czasem jest tylko nagłośnionym fochem.

Spokojnie: można iść na referendum, można głosować przeciw, można za. Ale mądrzej uznać, że nie każda polityczna awantura zasługuje na powagę obywatelskiego święta. Więc ja, umiejętnie korzystając z demokracji, do referendum nie idę. I mam maleńki apel, nie, nie do prawicy narodowo-socjalistycznej, ale do wahających się liberałów: – Naprawdę jest o czym gadać? Trzeba ratować Kraków, bo pod jego murami Tatarzy?

Zaraz usłyszę: „I to pisze Bereś, zwolennik demokracji? Ubrał się w ornat i na bojkot dzwoni?”. Sprawa jest prostsza: Bereś to może i świnia, ale od lat — czasem w todze, czasem w komży, czasem, przyznajmy uczciwie, w pachnącym diabelską siarką futerku felietonisty — broni jednego: prawa do rozsądku. Bo demokracja bez rozsądku przypomina elegancką bombonierkę, w której po otwarciu znajdujemy wyłącznie złotka po czekoladkach.

Niby dostaliście luksus, ale żeby potem, kurna, nie było, że nie tego chcieliście.

Rys. Beata Malinowska-Petelenz