PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Dziennikarz doskonały

Redakcja
Rekomendacje Redakcja

Odnaleziony egzemplarz Dziennikarza doskonałego, z osobistą dedykacją Witolda Beresia, można otrzymać dzięki programowi „Kraków–Warszawa. Wspólna sprawa”.

Biały kruk dziennikarstwa pióra (?) Beresia i Skoczylasa Jerzego, a z rysunkami Andrzeja Zaręby. Tytuł zaginął, ale dziś wydawca go odnalazł w swych piwnicach i postanowił przekazać na cele nieszczytne.

Odnaleziony egzemplarz Dziennikarza doskonałego, z osobistą dedykacją Witolda Beresia, można otrzymać dzięki programowi „Kraków–Warszawa. Wspólna sprawa”.

Nieznana książka sprzed lat trzydziestu to trochę jak jesiotr drugiej świeżości, ale może być pouczająca bardziej niż się komuś wydaje. Oto opisana próba wprowadzenia prawa prasowego po raz 2193 – podówczas stał za nią PSL,

A oto jak ujrzeli to dwaj zdegenerowani pismacy. Do pomieszczenia pracy (na stole kaszanka, dwa kieliszki i atrament) wchodzi inspekcja robotniczo-chłopska.

„Profesor Michalski (Dirty Harry w tym zgranym duecie):

– Dyplomy studiów dziennikarskich! Nał!

Bereś (wie, że żarty się skończyły, więc bez żenady sypie przyjaciela):

– To Skoczylas nalegał, abyśmy uzurpowali sobie prawo do wypowiadania się w imieniu.

Skoczylas:

– Nieprawda. To Bereś mnie tu zwabił pod pretekstem sprawdzania rocznika atramentu.

Podkański:

– Nie czas żałować róż, gdy idą żniwa. A przecież można było bez wyższych studiów. Tylko pięcioletni staż i egzamin eksternistyczny (artykuł 12, paragraf 2)

Bereś i Skoczylas żałują po niewczasie”.

Itd.… itp.…

Są książki, które ukazują się drukiem, trafiają do księgarń, zostają przeczytane, omówione, nagrodzone, a następnie odchodzą na zasłużoną półkę. Są także takie, które znikają. Zapadają się pod ziemię. Giną w mrocznych piwnicach, przysypane kurzem dziejów, zapomniane przez bibliografów i strzeżone przez smoka — zapewne wawelskiego, choć w tej sprawie, jak w każdej poważnej sprawie medialnej, istnieją także inne wersje.

Jest to książka osobliwa. Jej autorzy to — jak sami uczciwie uprzedzają — „obrzydliwi zarozumialcy”, którzy czerpią wyraźną przyjemność z wytykania innym prawdziwych lub urojonych błędów. Mało tego: mają czelność pouczać dziennikarzy, jak pisać, mówić i nie robić z języka polskiego pola minowego. Dzisiaj za podobną działalność powstałby zapewne podcast, trzy webinary, kanał na YouTubie oraz kurs internetowy za tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć złotych. W 1999 roku wystarczyła książeczka za dwadzieścia sześć złotych.

Autorzy zaglądają do gazet, radia i telewizji końca lat dziewięćdziesiątych i pytają: kto z dziennikarzy popełnił jakie warsztatowe głupstwo? Jak pisać poprawnie? Czego unikać, aby mówić precyzyjnie? Zaczepiani są wszyscy, ponieważ demokracja zobowiązuje, a złośliwość — jeszcze bardziej.

Na kartach tej księgi spotykamy najwybitniejszych mędrców epoki.

Oto Cyceron, w którego rolę wciela się Marek Markiewicz. Mówi tak mądrze, że nawet ksiądz proboszcz nie wszystko rozumie. Człowiek prosty powiedziałby: „Ludzie po staremu święcą jajka na Wielkanoc”. Markiewicz oznajmia natomiast: „Ale zwyczaje jednak trwają w naszej rzeczywistości”. Człowiek prosty rzekłby: „Pijany wsiadł na motor”. Markiewicz wyjaśnia: „Co skutkować może w dalszym ciągu…”.

Słuchając tego, autorzy poczuli wewnętrzny przymus, aby udać się do spowiedzi, wyznać wszystkie grzechy i dokonać żywota jak Tołstoj. Ksiądz jednak bił głową o konfesjonał i tylko machał stułą, że dzisiaj nie da rady.

Pojawia się również Hildegarda z Bingen, czyli Krzysztof Zanussi, który dowodzi, że nieprawdą jest, jakoby o dobrego felietonistę było piekielnie trudno. Nie ma przecież fuchy łatwiejszej niż felieton. Można go pisać w pociągu, w przeciągu, a w sprzyjających okolicznościach także na drągu. Jest nawet Polska w czwartym wymiarze.

I wielu innych, czasami niesłusznie zapomnianych.

Przed 1989 rokiem autorzy czytali podobno wyłącznie „Kraj Rad” i „Przyjaciółkę”, ponieważ inne pisma wymagały zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego. Później przyszła wolność, tygodniki, telewizje komercyjne i niepodważalne przekonanie, że świat jest rogalem trzymanym przez jednorożca stojącego na skorupie żółwia pływającego w wielkiej wannie.

Brzmi absurdalnie? Owszem. Ale po dwudziestu siedmiu latach znacznie mniej niż w chwili napisania.

I tu właśnie „Dziennikarz doskonały” przestaje być wyłącznie zbiorem dawnych żartów. Książka pokazuje świat mediów sprzed Facebooka, Twittera, TikToka, sztucznej inteligencji i całodobowego obowiązku posiadania opinii. Świat, w którym głupstwo wypowiedziane w telewizji żyło przez jeden wieczór, a nazajutrz służyło już do zawijania śledzi. Dzisiaj to samo głupstwo zostaje w sieci na wieczność, zdobywa milion odsłon, dostaje reklamodawcę i zakłada własny ruch polityczny.

Dlatego książka Beresia i Skoczylasa okazuje się medialną księgą mądrości drugiej świeżości. Niektóre nazwiska pokryła patyna, inne nadal występują w naturze, a jeszcze inne odmłodniały bardziej niż Krzysztof Ibisz. Mechanizmy pozostały jednak te same: nadęcie udaje powagę, bełkot — fachowość, a nieumiejętność napisania prostego zdania bywa przepustką do kariery.

Jak zauważył profesor Jerzy Bralczyk: „Lektura Beresia ze Skoczylasem dostarcza nam radochy nieco cierpkiej, ale gruntownie usprawiedliwionej”. Trudno o lepszą recenzję. No, może poza stwierdzeniem, że jest to arcydzieło porównywalne jedynie z debatą w Końskich. Tak, ten świat nie może zaginąć. Przede wszystkim dlatego, że — ku naszemu przerażeniu — wcale nie zaginął.

A jak go sobie odświeżyć?

Wystarczy w którąś z niedziel o 19 odpalić You Tube podczas programu „Kraków-Warszawa – wspólna sprawa”, wpłacić co łaska (ale na pstrym koniu) na wolne media Fundacji Arbitror, a następnie wysłać na adres celinski@arbitror.pl wiadomość ze swoim adresem korespondencyjnym.

Fundacja Arbitror
Numer rachunku: 04 1870 1045 2078 1068 4966 0001
Tytuł wpłaty: Darowizna na cele statutowe — Reset Obywatelski

Książek jest niewiele. Smok długo ich pilnował, lecz nawet on nie przewidział, że ktoś w końcu zejdzie do piwnicy.

Ilustracje: A. Zaręba