Subiektywnie
Droga na Ventotene
Najnowszy tekst naszego Nowego Autora – Jarosława Mikołajewskiego!
Na lotnisku dochodzi do mnie w końcu, po co tam lecę. Rozumiem, że niczego tu nie trzeba rozumieć. Po prostu lubię. Lubię żegnać żonę, która idzie spać przed północą. Potem, kiedy zostanę już sam, upewniać się, czy dobrze nastawiłem budzik na trzecią czy trzecią trzydzieści, najlepiej dwukrotnie. Tym razem na drugą i drugą piętnaście. Lubię być bezradny wobec rzeczy, które wychodzą ze zbyt małej walizeczki. Chować do pustego plecaka komputer, który miałem nadzieję, że zmieści się z ubraniami. Nadzieja – wielkie słowo. W kontekście bagażu wypowiadam je prawie ze smutkiem i poczuciem utraty. Z przekonaniem, że powinno dotyczyć czegoś wielkiego: nieba, ziemi, powietrza, głodu, ognia, wojny, życia, śmierci. Po chwili nabieram przekonania, że każda podróż, nawet do mamy za Wisłę, nawet do Kalisza na spotkanie autorskie, mieści w sobie to wszystko. W spotkaniach, spojrzeniach, refleksach świateł, kształtów, niedomyślnych cieni.

Nie lubię, co zdarza mi się chyba po raz pierwszy, pośliznąć się na schodach, zobaczyć na piszczelu głębokie wgniecenie, które prawie nie boli. Raczej wiem, że jest bolesne, niż odczuwam ten ból. Przez polineuropatię boli mnie nie szczegół, lecz całość. Po dłuższej chwili ból odczuwam również w naciągniętych palcach, śródstopiu. Panoszy się odrętwienie. Chodzę na deszczułkach.
Już nie wiem, lubię czy nie lubię zamawiać taksówkę, wychodzić po odprawieniu rytuałów pożegnania, sprawdzeniu kurków od gazu, odłączeniu ekspresu od prądu. Bardzo się boję, że na śpiącą żonę sprowadzę pożar albo wybuch. Lubiłbym rozmowę z taksówkarzem, ale na ogół źle trafiam. Złaknieni rozmowy nocni kierowcy pytają o rzeczy, na które sami już znają odpowiedź. O, zaraz spyta, czy wolę jechać Poleczki czy trasą szybkiego ruchu. Pyta.
Lubię szybkie przejście przez bramki, zdejmowanie szelek, obnażanie starczości i nieporadności, które z nimi się wiążą, ponowne ich zapinanie, piszczenie bramki, przeszukiwanie kieszeni, w której znajduję zapomniane monety. Lubię być gamoniem, lubię chwilę triumfu, kiedy już wiem, że portfel jest na swoim miejscu, w portfelu pieniądze i dowód.
I potem – siedzenie przed bramką wśród starych i młodych, o sękatych stopach w grubych skarpetach wyjętych z wielogodzinnych butów. I głosy. Ochrypłe od papierosów, od kaszlu, mutacji, poranności i niewyspania. Wśród których trafi się czasem dzwoneczek. Dyszkancik. Zapowiedź jutrzenki.
Tylko wciąż nie wiem ani po co, ani dlaczego właśnie tam. Na Ventotene. Przez Rzym, bo Chang i Jędrek mówią, że tak jest najłatwiej. „Kiedy będziesz na Fiumicino, rozglądaj się za wskazówkami »pociąg Leonardo«. Kupujesz w kasie bilety na dworzec Termini i od razu do Formii. Wysiadasz na stacji Formia Gaeta, kwadrans spacerem do portu, kupujesz bilet i półtorej godziny później jesteś na Ventotene”.
Lubię więc nie zastanawiać się, po co ani dlaczego. Po prostu lecieć, żeby wejść w podróż, która i tak się odbywa obok mojej woli. Sprawa wolnego wyboru jest dla mnie zawsze otwarta, a przecież sam chciałem i postanowiłem. Kupiłem bilet, spytałem Jędrka o numer telefonu pana wiceburmistrza, który wynajmuje pokoje, zadzwoniłem, zarezerwowałem. Nie wiem, kto mnie prowadził, ale lubię też to, że nie wiem i się nie zastanawiam.
Rozważania o metafizyce podejmowania decyzji mam już dawno za sobą. Zstępowanie w głąb czy na zaplecze postanowień co do tych wszystkich biletów, prób dotknięcia punktu, gdzie zbiegają się wszystkie dające się pomyśleć okoliczności, które musiały zaistnieć, żebym siedział teraz na lotnisku i pozwalał przepływać przez siebie myślom i nastrojom, gdzie o czwartej rano więcej jest zatartych mroczków i niezdefiniowanych przejaśnień niż twardych brył rzeczywistości.
A przecież to z nią, z rzeczywistością się mierzę. I nawet poczucie nierzeczywistości jest rzeczywistością, tym mózgowym zlepem, który obraca we mnie słonecznym kołem.
