
Cezary Łazarewicz. Śmierć i obecność Staszka Pyjasa
Cezary Łazarewicz, autor książki Przy Szewskiej. Sprawa Stanisława Pyjasa:
Nie spadł ze schodów, tylko zszedł na sam dół i upadł na posadzkę. A że był
pijany, to nie był w stanie rękami zamortyzować uderzenia o ziemię, więc
rozbił sobie część twarzy. Krwotok spowodował zachłyśnięcie się krwią
i uduszenie. Przez 46 lat, które minęły od czasu jego śmierci, nikt tego nie
zakwestionował.
Magda Huzarska-Szumiec: Co ci się śniło, gdy położyłeś się spać w wynajętym przez booking apartamencie przy ulicy Szewskiej 7?
Cezary Łazarewicz: Bałem się, że mi się coś rzeczywiście przyśni, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Miałem jednak poczucie, że jestem w miejscu naznaczonym historią, która dotknęła tę kamienicę. W końcu chodziłem tymi samymi korytarzami, po których chodził Stanisław Pyjas. Choć tam wszystko teraz wygląda inaczej. Nawet piętra są przebudowane. Ten apartament mieści się w okolicach mieszkania Barbary Paneczko, dziewczyny, którą Pyjas znał i pod drzwiami której w dniu jego śmierci znaleziono należący do niego plecak. Wynajmując ten apartament, wiedziałem, że nic już tam nie jest takie samo jak kiedyś, że nic nie mogę tam znaleźć, jednak chciałem pobyć w tym miejscu.
Masz rację, kamienica przy Szewskiej 7 nie przypomina już tego zdewastowanego budynku, w którym 7 maja 1977 roku znaleziono zwłoki działającego w opozycji studenta V roku polonistyki UJ.
Sama ulica Szewska jest też już zupełnie inna i to nie tylko z powodu tego, że zmienił się jej wystrój, pojawił się McDonald’s czy puby. Ona kiedyś była znana, ponieważ w mieszczącym się przy niej budynku numer 16 w 1913 roku Lenin wygłosił odczyt dla słuchaczy Uniwersytetu Robotniczego. Dziś już nikt o tym nie pamięta, gdyż od 1977 roku kojarzy się ona ze śmiercią Pyjasa. Przynajmniej ludziom z mojego pokolenia. Dlatego dałem mojej książce tytuł Na Szewskiej. Choć nie mam pewności, czy będzie on od początku oczywisty dla młodszych czytelników.
Myślisz, że nazwisko Pyjasa wciąż wzbudza emocje?
Wśród tych, którzy je znają, na pewno. Świadczy o tym fakt, że całkiem niedawno, bo cztery lata temu, pod Żaczkiem – akademikiem, w którym mieszkał Pyjas, stanął jego pomnik. To znak, że postać studenta związanego z antykomunistyczną opozycją przez lata obrosła mitem. Żeby czegoś sensownego się dowiedzieć o bohaterze mojej książki, musiałem przebić się przez ten mit.
Jak zaczynałeś ją pisać, miałeś poczucie, że możesz zburzyć ten mit?
Nie, w ogóle nie brałem tego pod uwagę, bo tego mitu, który jest mitem założycielskim wolnej Polski, nic nie zniszczy. Chciałem się tylko dowiedzieć, jak było naprawdę. Ciekawiło mnie mnóstwo rzeczy: skąd Pyjas wziął się na Szewskiej, co robił wcześniej, jak się dostał na studia, na jaki temat pisał pracę magisterską, z kim się kolegował, jak go zapamiętali przyjaciele, jak to się stało, że cała Polska dowiedziała się, że został zamordowany, i jak zaangażował się w to Komitet Obrony Robotników? Interesowało mnie, co mówiono o tym w Radiu Wolna Europa i co na ten temat pisali zachodni dziennikarze. Szukając odpowiedzi na takie drobne pytania, w ogóle nie myślałem o micie. Postanowiłem zwyczajnie opowiedzieć historię, która mnie zainteresowała.
Ale tę historię tak naprawdę wszyscy znali albo im się wydawało, że znają.
Jestem specjalistą od opowiadania historii, które wszyscy znają. Z Grzegorzem Przemykiem też tak było. Jednak udało mi się napisać o nim książkę Żeby nie było śladów, która coś wniosła do dyskusji o śmiertelnym pobiciu maturzysty przez milicjantów. Ale w wypadku Pyjasa było coś jeszcze. Intrygowało mnie, jak to możliwe, że śledztwo w sprawie jego śmierci trwało ponad 40 lat i niczego pewnego nie udało się przez ten czas ustalić.
I ty postanowiłeś to zrobić?
Do sięgnięcia po tę historię namówiła mnie Lilianna Sonik, która działała wtedy w studenckiej opozycji i znała Staszka. Powiedziała, że może ja w końcu dojdę do prawdy. Nie chciałem się tego podjąć, bo wiedziałem, że czekają mnie lata roboty, przeglądania dokumentów… Siedzenia w archiwach… Ale później Dorota Nieznalska przygotowywała wystawę o Pyjasie i przymusiła mnie, żebym napisał do towarzyszącego jej katalogu tekst. Porozmawiałem z kilkoma osobami, a skoro już to zrobiłem, to zaczęły mi się w głowie pojawiać kolejne pytania – na przykład takie, co z tym wszystkim miał wspólnego profesor Zdzisław Marek, z którego osobą spotkałem się już, zajmując się historią Grzegorza Przemyka.
Jaka była rola profesora, który w czasach komunizmu zajmował się ekspertyzami sądowymi – najpierw w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa, a potem Grzegorza Przemyka?
W przypadku Przemyka do końca utrzymywał, że został on pobity na komisariacie. Twierdził, że zeznania Cezarego Filozofa, kolegi Grzegorza i świadka jego pobicia, są spójne z ranami, jakie na ciele chłopaka odkryto podczas sekcji zwłok. Profesor Marek nigdy nie wycofał się ze swojej opinii w tej sprawie, mimo nacisków SB. Swoje zeznania potwierdził także w sądzie. Mogło to zaskoczyć opozycję, która uznawała go za człowieka kompletnie niewiarygodnego, osobę, której nie powinno się w żaden sposób ufać. A brało się to między innymi stąd, że sześć lat wcześniej podpisał ekspertyzę sądową dotyczącą śmierci Pyjasa. Uznano wówczas, że zacierał ślady pobicia ich przyjaciela. Czyli z jednej strony Zdzisław Marek jawił się jako medyk niezłomny, a z drugiej – współpracownik SB.
Przyznasz, że taka zagadka dla reportera jest intrygująca. Kiedy zacząłem przekopywać się przez dokumenty, okazało się, że on w ogóle nie brał udziału w sekcji zwłok Pyjasa. Nadzorował ją prof. Kazimierz Jaegermann, a przeprowadzili dwaj jego adiunkci. Tak się złożyło, że profesora Marka, który pełnił funkcję kierownika Katedry Zakładu Medycyny Sądowej, nie było w dniu śmierci Pyjasa w Krakowie. Nie mógł być podczas sekcji, bo kazano ją przyspieszyć. Kiedy w wydziale śledczym MSW dowiedziano się, że chodzi o inwigilowanego przez SB studenta, sprawa została uznana za priorytetową.
Co wykazała ta sekcja?
Ostateczny wniosek był taki, że na ciele studenta nie znaleziono śladów pobicia. Uznano, że Pyjas nie spadł ze schodów, tylko zszedł na sam dół i upadł na posadzkę. A że był pijany, to nie był w stanie rękami zamortyzować uderzenia o ziemię, więc rozbił sobie część twarzy. Krwotok spowodował zachłyśnięcie się krwią i uduszenie. Przez 46 lat, które minęły od czasu jego śmierci, nikt tego ostatniego wniosku nie zakwestionował.
Ale przez lata kwestionowano coś innego. Twierdzono, że ktoś mu pomógł upaść, zrzucając go ze schodów. Z kolei wersję, że Pyjas został pobity, podtrzymuje do dziś jego przyjaciel Bronisław Wildstein. Skąd takie przypuszczenie?
Żeby to zrozumieć, trzeba odtworzyć fakty. 7 maja o godzinie 7 rano z najwyższego piętra kamienicy przy ulicy Szewskiej 7 zszedł mieszkający tam Stanisław Pagacz. Mężczyzna zobaczył leżącego pod ścianą chłopaka i zaczął go budzić. Sprawdził tętno, ale niczego nie wyczuł.
Stanisław Pagacz pobiegł do budki telefonicznej pod Sukiennicami i zadzwonił na milicję, informując, że w bramie klatki schodowej leży człowiek niedający oznak życia. Dyżurny wpisał to do książki zdarzeń i wysłał na miejsce patrol. Przyjechali milicjanci, obrócili ciało na plecy i wyjęli z kieszeni jakieś drobiazgi, w tym kartę czytelniczą z biblioteki, dzięki której poznali nazwisko nieżyjącego mężczyzny. Następnie wezwali kryminalnych, którzy podjęli wszystkie kroki, jakie się w tej sytuacji podejmuje. Zaczęto przesłuchiwać mieszkańców, robić zdjęcia klatki schodowej.
Wtedy wkroczył do akcji komendant wojewódzki, który zdawał sobie sprawę z tego, że w wypadku śmierci studenta musi zawiadomić SB. Na dodatek od lokalnego szefa służb dowiedział się, że chodzi o studenta inwigilowanego i podejrzanego o działalność antykomunistyczną. Poszły więc do stolicy szyfrogramy.
Milicjanci i funkcjonariusze SB poczuli wtedy grozę sytuacji, a sprawa trafiła do MSW. W zorganizowanej pospiesznie odprawie wziął udział sam minister, który kazał wysłać do Krakowa polecenie znalezienia dodatkowych dowodów w sprawie śmierci studenta, zebrania wszystkich relacji możliwych świadków – i to zarówno mieszkańców kamienicy, jak i przyjaciół chłopaka. Milicjanci mieli naprawdę dużo pracy. Postawiono na nogi całą komendę, bo władza doskonale wiedziała, że tylko rozwiązanie zagadki śmierci Pyjasa ściągnie z niej odpowiedzialność. Oni zdawali sobie sprawę z tego, że nikt im nie wierzy, że społecznie są zupełnie niewiarygodni.
Co z tego, że w „Trybunie ludu” czy „Polityce” ukazały się artykuły o sprawie Pyjasa podlane ideologicznym sosem, a prowadzący śledztwo prokurator zapewniał, że to był wypadek. Jacek Kuroń skomentował to stwierdzeniem, że to był wypadek przy pracy SB. Wiadomo, że dla normalnych ludzi
ważniejsze było oświadczenie KOR-u, w którym śmierć studenta nazwano wprost morderstwem politycznym.
W dniu znalezienia ciała Staszka, o godzinie 17, do prosektorium poszedł jego przyjaciel Bronisław Wildstein. Co tam zastał?
Najpierw pojawił się w komendzie milicji przy placu Szczepańskim i zapytał dyżurnego, gdzie jest ciało Stanisława Pyjasa. Ten mu odpowiedział, że w Zakładzie Medycyny Sądowej. Poszedł tam i podał się za brata chłopaka, dzięki czemu wpuścili go do prosektorium. Rodzinie można było pokazać zwłoki, więc wyjęli je z chłodni i mógł je obejrzeć.
I zobaczył zmasakrowaną twarz przyjaciela. Uznał, że został on pobity.
Według niego twarz była zmasakrowana. Ale gdy się ogląda zdjęcia Pyjasa zrobione po przywiezieniu do Zakładu Medycyny Sądowej i porówna je ze zdjęciami osób pobitych, które mi pokazywano, to dostrzega się różnicę. Przeczytałem też wykonane przez specjalistów opisy pod jednymi i pod drugimi zdjęciami. Nie jestem medykiem, ale w przypadku Pyjasa nie wyglądało to aż tak źle. Rzeczywiście, jego twarz mogła się wydać Wildsteinowi zmasakrowana, bo badanie pośmiertne, które wtedy wykonano, było bardzo inwazyjne. W opisie sekcji dokładnie to przedstawiono. Eksperci doszli jednak do wniosku, że nie ma na niej śladów pobicia. A Wildstein oglądał ciało przyjaciela zaraz po sekcji zwłok.
Czy wtedy zacząłeś mieć wątpliwości co do przyczyn śmierci bohatera twojej książki?
Może jeszcze wtedy nie do końca. Kiedy spotykasz się z medykami sądowymi, szybko się orientujesz, że w ich pracy nic nie jest czarne ani białe. Oni nigdy nie mówią, że mają sto procent pewności co do swojej opinii.
To, co cię doprowadziło do wniosku, że Pyjas nie został pobity?
To nie mój wniosek, a prokuratora IPN i biegłych, po przestudiowaniu materiałów, które powstały podczas kolejnych śledztw – i to nie tyle tych z 1991, co z 2010 roku. Opinia biegłych z 1991 roku została wydana na podstawie dokumentów, które powstały zaraz po śmierci Pyjasa. Nie posunęło to w żaden sposób sprawy do przodu.
W 2008 roku śledztwo zostało wznowione przez IPN i nowy prokurator podjął decyzję, żeby przeprowadzić ekshumację zwłok. Rzeczywiście, nie można już było niczego innego zrobić, bo skąd niby miano by wziąć nowe dowody? Tylko ekshumacja mogła przynieść jakieś nieznane jeszcze fakty. To, co podczas niej odkryto, okazało się przełomowe dla śledztwa.
A co odkryto?
Złamanie główki kości udowej, która łamie się w momencie upadku. Odkryto też złamanie miednicy, co się raczej nie zdarza, kiedy bije się człowieka. W tym momencie eksperci już tylko mogli badać, z którego piętra Pyjas mógł spaść, by doznać takich obrażeń.
W krakowskim Instytucie Ekspertyz Sądowych zastosowano wówczas nowatorską metodę biomechanicznej analizy upadku z wysokości. Dokonał tego w 2013 roku między innymi prof. Wojciech Wach. I to właśnie rozmowa z profesorem Wachem sprawiła, że nabierałem przekonania, iż przyjaciele Staszka nie do końca w sprawie jego pobicia mają rację.
A co powiedział ci profesor Wach?
Opowiedział mi o eksperymentach przeprowadzonych w wirtualnej przestrzeni komputerowej. Na podstawie milicyjnych zdjęć odbudował on nieistniejącą już klatkę schodową przy Szewskiej 7, przeprowadzając w niej setki symulacji spadania ciała. Na tej podstawie eksperci ustalili, że Stanisław Pyjas musiał spaść ze schodów.
Te badania ukazały się w brytyjskim periodyku Forensic Science International, najbardziej poważanym magazynie zajmującym się naukami sądowymi. Dzięki temu stały się bardzo głośne. Cały świat dzwonił do krakowskiego Instytutu, chcąc dowiedzieć się, jak wykorzystać te pionierskie badania.
Co ciekawe, efekty pracy profesora Wacha nie zostały w Polsce docenione, ponieważ burzyły budowany pracowicie przez lata mit śmierci Stanisława Pyjasa pobitego przez SB. Zapanowała wokół nich cisza. Przyjaciele Staszka nie ukrywali rozczarowania z powodu odkrycia czegoś, czego nikt się nie spodziewał.
W ten sposób mamy obecnie z jednej strony słowo Bronisława Wildsteina, który nie wierzy w tę opinię, a z drugiej dorobek naukowy krajowego eksperta do spraw medycyny sądowej i kilku innych doświadczonych medyków. W tym momencie wnioski wysunięte ze śledztwa w sprawie śmierci Pyjasa przestały być kwestią wiary, a stały się kwestią nauki. Prokurator Łukasz Gramza napisał świetne uzasadnienie, w którym stanął po stronie nauki i z którym osobiście się zgadzam.
To znaczy, że zagadka została rozwiązana?
W pewnym sensie tak. Wiemy, że Pyjas nie został pobity, wiemy, że spadł z co najmniej drugiego piętra, choć nie jesteśmy w stanie ustalić, czy spadł samoczynnie, czy ktoś go pchnął. Wiemy jeszcze, że w tym dniu nie był inwigilowany. Możemy więc tylko dywagować na temat tego, czy jeśli go ktoś pchnął, to był to ktoś z SB, czy ktoś przez służby do tego namówiony, albo ktoś zupełnie inny. Ale tak naprawdę nie było i nie ma dowodów na to, że 7 maja 1977 roku przy ulicy Szewskiej doszło do morderstwa.
Pewne jest to, że po śmierci Stanisława Pyjasa doszło w Krakowie do zamieszek. Ludzie wyszli na ulice, odbył się tak zwany czarny marsz, podczas którego młodzież szła z czarnymi flagami. Pod Wawelem odczytano komunikat o utworzeniu Studenckiego Komitetu Solidarności. Czy władza mogła się spodziewać takiej reakcji?
Ta śmierć była dla rządzących wielkim zaskoczeniem, tym większym, że nie wiedzieli, co się tak naprawdę stało. Ludzie, których przysłali do Krakowa i którzy mieli to sprawdzić, w zasadzie niczego nie ustalili. Byli jak dzieci we mgle, nie mieli pojęcia, co z tym wszystkim zrobić. Na dodatek nie spodziewali się takiego buntu, tak dużych manifestacji. Przez myśl im nie przeszło, że koledzy Pyjasa wyjdą na ulicę i założą SKS, budując go na micie śmierci chłopaka. Choć powinni być na to przygotowani, gdyż wiedzieli przecież o petycji studentów UJ domagających się zbadania wszelkich przypadków łamania praworządności w Radomiu i Ursusie. Pod tą petycją zebrano wówczas 517 podpisów, w tym około 100 zebrał sam Pyjas.
Czy Leszek Maleszka także zbierał te podpisy?
Tak, Leszek był bardzo zaangażowany. Wtedy SB miało w środowisku studenckim dwóch najważniejszych agentów. Jednym był Andrzej Balcerek, a drugim Leszek Maleszka. Do śmierci Pyjasa byli oni liderami donosów, nikt się z nimi pod tym względem nie mógł równać. Maleszka był bardzo cenny dla służb nie tylko z powodu swojej wyjątkowej inteligencji, ale także z powodu genialnej pamięci. Ze spotkania krakowskiej grupy opozycjonistów z KOR-owcami, jakie odbyło się w Gorcach 1 maja 1977 roku, Maleszka przywiózł genialny materiał. To było kilka stron spisanych z pamięci. Podawał tam nazwiska uczestników spotkania, opisywał, co się tam działo i jakie mają plany na przyszłość. Był nawet w stanie odtworzyć konstrukcję sitosączka, czyli najprostszej drukarki.
Udało ci się z nim spotkać?
Maleszka nie chce dziś opowiadać o swojej przeszłości nawet osobom, z którymi był blisko. Jego wypowiedzi, które są w książce, wziąłem z zeznań w prokuraturze, a także z opublikowanego przez niego w „Gazecie Wyborczej” tekstu Byłem Ketmanem, w którym przyznaje się do współpracy z SB. Korzystałem również z filmu Trzech kumpli Ewy Stankiewicz i Anny Ferens, który opowiada o Pyjasie, Maleszce i Wildsteinie. Dotarłem do materiałów surówkowych tego dokumentu, w których było sporo nieznanych szerzej wypowiedzi Leszka.
Do jakich wniosków doszedłeś, słuchając Maleszki? Czy jest to naprawdę człowiek zupełnie pozbawiony empatii?
Nie chciałbym go w żaden sposób oceniać, to nie moje zadanie. Ja w książce przedstawiłem tylko fakty.
Pisziesz między innymi o tym, że pochodził z przemocowego domu.
Tak. Uciekł z niego, gdy miał 15 lat, i nigdy nie wrócił. Nie mam pojęcia, jak to na niego wpłynęło i czy dlatego został złamany. Nie wiem też tak naprawdę, dlaczego sam nie przyznał się do współpracy z SB, choć musiał zdawać sobie sprawę z tego, że prędzej czy później to wypłynie. Twierdził, że nie miał takich możliwości, nie wiedział, jak to zrobić. Wolał czekać, aż bomba wybuchnie.
To była głośna eksplozja. Jak zareagowali na to jego przyjaciele z kręgów opozycyjnych?
Skontaktowali się z nim i dali mu czas na odkłamanie przeszłości. W końcu sami opublikowali w „Rzeczpospolitej” oświadczenie. Dla tych ludzi był to szok. Trudno się było im z tym pogodzić – to był przecież ich przyjaciel, który ujawniał intymne szczegóły z ich życia, opowiadał o ich najsłabszych punktach, w które można uderzyć. I SB to robiło. Liliana Sonik powiedziała mi, że po tym, gdy poznała szczegóły, nie mogła spać przez kilka nocy. Bronisław Wildstein nigdy się nie pogodził z tym, co zrobił jego kumpel, i wykreślił go ze swojego życia. Tylko Bogusław Sonik spotyka się z nim od czasu do czasu. To rzadkie spotkania czy telefony, ale są. Myślę, że wynikają z chrześcijańskiego poświęcenia. Cała reszta byłego SKS-u nie chce mu podać ręki.
Ciekawe, jak zachowałby się w stosunku do niego Pyjas, gdyby żył?
Maleszka, Wildstein i Pyjas to byli najbliżsi przyjaciele, ludzie, którzy trzymali się razem. Łączyły ich naprawdę bliskie związki. Maleszka jeździł do Gilowic, do rodzinnego domu Pyjasa. Gdyby Pyjas dowiedział się o tym, że Maleszka na niego donosi, na pewno podkopałoby to fundamenty ich przyjaźni. Szczególnie że Pyjas był bardzo wrażliwym chłopakiem.
Pracując nad książką, musiałeś go dobrze poznać.
Twardy góral. Widzę go wciąż jako takiego chłopca, który przez cztery lata o 6.30 rano wsiada do autobusu w Gilowicach i jedzie do liceum w Żywcu. Był tam jednym z najlepszych uczniów, laureatem olimpiady, który mógł dostać się na każde studia bez egzaminów. On jednak nie poszedł na łatwiznę, wybrał polonistykę w Krakowie i zdawał egzaminy wstępne tak jak wszyscy inni. Dla mnie to jest niesamowite, że człowiek z małej wsi wkracza na Uniwersytet Jagielloński i staje się jednym z najlepszych studentów. Dostaje stypendium rektorskie i bierze się za drugi niełatwy kierunek, czyli filozofię.
I na dodatek ma ambicje literackie.
W mojej książce cytuję początek jego powieści. Zaczynała się ona od świetnej sceny – bohater jest na dworcu we Wrocławiu i widzi, że każdy znajdujący się tam zegar wskazuje inną godzinę. Nie wiadomo, czy ta powieść kiedykolwiek powstała, wiadomo, że opowiadał o niej Leszkowi Maleszce.
Myślisz, że gdyby dziś żył, byłby pisarzem?
Nie wiem, bo wśród jego wierszy, fragmentów pamiętników, są też rzeczy słabsze literacko. Pewnie zostałby na uczelni, oczywiście gdyby mu pozwolono, bo jego poglądy raczej mogły być w tym przeszkodą. Tak sobie myślę, że może dziś byłby krytykiem literackim. Za tym ostatnim przemawia jego praca, jaka powstała podczas egzaminów wstępnych na studia. Znakomicie w niej interpretuje utwory, które kazano mu przedstawić. To są bardzo dobre rozbiory logiczne i interpretacyjne tekstów, szczególnie biorąc pod uwagę to, że miał wtedy 19 lat. Poza tym marzył o byciu dziennikarzem. Ale to były mrzonki – w PRL-u nie miał na to szans. Żadna gazeta by go nie przyjęła, wiedząc, w jakim środowisku działał podczas studiów.
A jakie to było środowisko, nie tylko pod kątem poglądów politycznych?
To byli ludzie szukający ciągle nowych dróg, interesujący się nowymi prądami, niezwykle oczytani. Zdobywali książki, o które wtedy nie było łatwo, i przekazywali je sobie z ręki do ręki. A książki zmieniały ich życie. Gdyby nie ich lektura, to Pyjas zostałby w Gilowicach. Jestem o tym przekonany, bo mam podobne doświadczenie. Dzięki temu, co przeczytałem w młodości, nie siedzę dziś na wydmach w moim rodzinnym Darłowie z butelką piwa w ręce.
Jeślibyś to robił, pewnie nie przyjechałbyś do Krakowa i nie wynajął apartamentu przy ulicy Szewskiej. Czy gdyby tamtej nocy przyśnił ci się jednak Stanisław Pyjas, to o co byś go zapytał?
O to, czego wciąż brakuje mi w tej opowieści, czyli co wydarzyło się w nocy z 6 na 7 maja 1977 roku. Gdzie był i z kim się spotkał, zanim trafił na Szewską. A potem napiłbym się z nim wina i poprosił, by oprowadził mnie po miejscach dla niego ważnych.
Cezary Łazarewicz jest reporterem publikującym między innymi w „Gazecie Wyborczej”, „Przekroju”, „Polityce”, „Newsweeku”. Jest też autorem wielu książek non fiction. Za tom „Żeby nie było śladów” otrzymał nagrodę Nike. Na jego podstawie powstał głośny film o tym samym tytule. Książkę „Przy Szewskiej. Sprawa Stanisława Pyjasa” wydał Czytelnik.
Wywiad ukazał się w miesięczniku „Kraków i Świat” Nr 09 (225) rok XIX Wrzesień 2023.
Najnowsze numery magazynu znajdziesz TUTAJ.