PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Noty ze świata

Camino. Między przed a po

Paulina Filipiec
Noty ze świata Paulina Filipiec

Hiszpania raz jeszcze.

Kościół jest odległy. A jednak tylko w 2025 roku ponad pół miliona osób przeszło pielgrzymkę szlakiem św. Jakuba. O Camino oraz tym, co się niesie i zostawia po drodze.

Listopad 2025 r., północna Polska

Rozmokłe od deszczu pola, nagie drzewa, szare niebo. Jesienna polska rzeczywistość obojętnie przesuwała się za oknem pociągu. Naciągnęłam kołdrę na twarz i pogłośniłam muzykę. In my solitude/I’m praying/Dear Lord above/ Send back my love, śpiewała Billie Holiday.

Podobno bez względu na to, jak jest Ci smutno, Lady Day zawsze będzie smutniejsza. Rzeczywiście było w jej głosie coś nostalgicznego, chropowatego, onirycznego czasami. Im bardziej świat za szybą robił się szary, tym częściej sięgałam po jej płyty. Tego poranka pasowała idealnie.

Do Trójmiasta dojechałyśmy nocnym pociągiem z Krakowa i już następnego dnia wybrałyśmy się na długi spacer do Sopotu. Tam moja przyjaciółka postanowiła kupić pierścionek z bursztynem. Krążyłyśmy między straganami w poszukiwaniu czegoś prostego, ale efektownego. Ola przystanęła przy jednym z nich, a ja poszłam dalej. Wtedy zauważyłam małą zawieszkę.

Wyglądała szkaradnie. Matowy kawałek źle oszlifowanego bursztynu miał chyba przypominać serce. Przez środek przebiegała ciemna skaza, rozcinająca je niemal na pół. Obróciłam zawieszkę w palcach, żeby lepiej się jej przyjrzeć.

–  Tu ma Pani ładniejsze – zwróciła się do mnie starsza kobieta, wskazując sekcję z bardziej reprezentatywnymi bibelotami w aksamitnych pudełkach.

–  Wezmę to – uniosłam dłoń w geście zdecydowania.

Wzruszyła ramionami. Był wieczór, a ona wyglądała jakby chciała już wrócić do domu.  

Jak tylko zapłaciłam, przypięłam zawieszkę do cienkiego łańcuszka, który dostałam od mamy w trakcie studiów. Delikatne złoto kontrastowało z topornym bursztynem. Przeglądnęłam się w lusterku zadowolona z zakupu.

Kwiecień 2026 r., północna Hiszpania

– To chyba najpiękniejszy zapach, jaki w życiu czułam – zagaiłam moich przyjaciół, kiedy zatrzymaliśmy się, żeby napić się wody. – Mech, mięta, mokre drewno, ziemia i coś jeszcze. Odurzające.

Galicyjskie lasy na pierwszy rzut oka były podobne do polskich, choć zdecydowanie bujniejsze, oszałamiające feerią zapachów i barw. Przez ostatnie dni szlak prowadził przez wąwozy, zagajniki, sady oraz niewielkie wioski. Jak tylko docieraliśmy do mniejszej osady, zasiadaliśmy w pierwszym napotkanym barze. Zamawialiśmy świeżo wyciskany sok pomarańczowy, kawę, a potem wystawialiśmy twarze do słońca.

Na Camino istnieje niepisana zasada: każdy, kto wybiera się w podróż, zabiera z domu rodzinnego kamień symbolizujący troski lub intencje, z którymi przyszedł na szlak. Spodobał mi się ten pomysł, więc resztę bliskich osób poprosiłam o coś drobnego. Chciałam iść z poczuciem, że mi towarzyszą.

W woreczku miałam cały zestaw przedmiotów pozornie bez znaczenia – kolczyki, które na jednym z koncertów dała mi moja przyjaciółka Beata, wsuwki, którymi swoje długie, zawsze idealnie ułożone loki podpina Klaudia, biżuterię Julii, długopis Grzesia i gumki recepturki od mojego partnera, bo notorycznie utrudnia mi nimi dostęp do ulubionych chrupek.

Im bliżej Santiago byliśmy, tym więcej kamieni pojawiało się na betonowych drogowskazach. Małe kopce cudzych ciężarów. A ja mniej więcej piątego dnia wędrówki zorientowałam się, że w ferworze pakowania zostawiłam mój woreczek w domu.

Wytrzymać więcej

Droga św. Jakuba zyskała na popularności w XII wieku, kiedy Compostela została uznana za trzecie, po Jerozolimie i Rzymie, święte miejsce chrześcijaństwa. Dawniej pielgrzymowano przede wszystkim w ramach pokuty czy umocnienia wiary. Teraz, jak podaje Biuro Pielgrzyma Katedry w Santiago de Compostela, tylko 44% peregrinos motywuje swoją podróż wyłącznie względami religijnymi.

Wielu ludzi spotkanych na szlaku przyznało, że zdecydowało się na podróż, by zacząć nowy etap w życiu. Niektórzy przeszli właśnie na emeryturę, inni są świeżo po rozwodzie, a jeszcze kolejni próbują poznać własne potrzeby z dala od hałasu miasta.

Według legend ciało świętego Jakuba po męczeńskiej śmieci w Jerozolimie zostało przetransportowane łodzią do Hiszpanii. Statek miał rozbić się u wybrzeży Galicji, jednak ciało cudownie ocalało, pokryte muszlami. Te z kolei stały się symbolem Camino. Dawniej służyły pielgrzymom do picia wody i jedzenia, a teraz wskazują im drogę.

Podczas moich ostatnich podróży po Hiszpanii zaskakiwało mnie, z jakim namaszczeniem mieszkańcy mówią o Camino. Taksówkarz, którego poznałam w Maladze, wyznał mi, że jego największym marzeniem jest przejście szlaku z Francji, ale wciąż brakuje mu czasu i pieniędzy. W jego rodzinie niemal każdy odbył tę drogę przynajmniej raz.

Kierowca z Madrytu wspominał jak po operacji, przez którą omal nie stracił życia, wybrał się samotnie w kilkumiesięczną trasę z francuskiej miejscowości Saint-Jean-Pied-de-Port, oddalonej około 800 kilometrów od Santiago. Carlos zabrał ze sobą trzy koszulki, dwie pary spodni, bieliznę i namiot, który przez trzy miesiące był jego domem.

Kiedyś służył w wojsku, ale wcześniej studiował filozofię. W trasie raczył się Rozmyślaniami Marka Aureliusza, suszonym mięsem i wodą ze strumienia, której spożywania stanowczo odradzał.

– Jesteś w stanie wytrzymać kilka razy więcej, niż myślisz – powiedział w drodze do hotelu. –  W gruncie rzeczy chodzi o cierpienie. O cierpienie i poświęcenie.

Wydał mi się wtedy przesadnie pesymistyczny. Tłumaczyłam jego słowa moim przyjaciołom i widziałam, jak z każdą wzmianką o cierpieniu coraz bardziej rzedną im miny. Dla nas Madryt był początkiem dwutygodniowego urlopu. Cierpieniem nie byliśmy zainteresowani, bo liczyliśmy przecież na wypoczynek – przynajmniej ten duchowy.

Sacrifice

Do schroniska dojechaliśmy chwilę po 22. Byliśmy przekonani, że zostawimy w nim plecaki i ruszymy spróbować hiszpańskich tapas. Drzwi otworzyła nam skonsternowana kobieta po czterdziestce. Z wyczuwalną irytacją w głosie poprosiła o zachowanie ciszy. Okazało się, że na miejsce dojechaliśmy zdecydowanie za późno. Nie będziemy mogli już dzisiaj wyjść, bo większość pielgrzymów dawno śpi.

– Prysznic jutro, bo pobudzicie całą resztę – dodała.

Zaprowadziła nas do wielkiej sali z łóżkami oddzielonymi dyktą. Powietrze w środku było ciężkie, a z każdej strony dochodziło głośne chrapanie. Na początku wydało mi się nawet zabawne – gdy jedno się kończyło, zaczynało kolejne. Jednak po pół godzinie ta kakofonia stała się nie do zniesienia.

Koło szóstej zaświecono światła, a z głośników puszczono Sacrifice Eltona Johna. But it’s no sacrifice/ No sacrifice/ It’s no sacrifice at all.

Ktoś tu miał poczucie humoru.

Ku mojemu zdziwieniu większość łóżek była już pusta. Wielu pielgrzymów opuszczało albergue jeszcze przed wschodem słońca. Rozpoczynał się swego rodzaju wyścig: w publicznych schroniskach nie można było rezerwować miejsc. Kto dotarł pierwszy, spał pod dachem. Reszta zdawała się na szczęście.

Droga

Św. Franciszek z Asyżu miał być na Camino dwa lata. My założyliśmy dwa tygodnie. Każdego dnia planowaliśmy blisko trzydziestokilometrowy trekking – musiało być szybko, zręcznie i bez dłuższych przystanków.

Codziennie przechodziliśmy przez małe miejscowości, które wydawały się opuszczone albo przynajmniej częściowo wyludnione. Pierwszego dnia mniej więcej po trzech godzinach wędrówki plecaki zaczęły nam mocno ciążyć. A kilka kilometrów od celu otoczeni krzewami winnymi, w samym środku niczego, zorientowaliśmy się, że nie mamy już wody.

Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć, ile razy moje ciało do tamtego momentu odmawiało mi posłuszeństwa. Zawsze czułam się stosunkowo silna. Tu, każdego dnia, skrajne wyczerpanie, ból ścięgien i mięśni, sprawiał, że traciłam kontrolę. Z drugiej strony jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłam tak prostej ludzkiej uprzejmości. Lokalsi zatrzymywali się, życzyli nam dobrej drogii byli najszczęśliwsi, gdy okazywało się, że chcemy z nimi dłużej porozmawiać.

Kiedy docieraliśmy do schronisk, często przegrywaliśmy ze zmęczeniem i po prostu szliśmy spać. Po kilku dniach trasy zatrzymaliśmy się w prywatnym albergue prowadzonym przez Sewilczyka. Andaluzyjczycy w swojej dumie z lokalnej kultury zawsze przypominali mi polskich górali – jest u nich kolorowo, dziko, skandalizująco i bardzo nie lubią, kiedy wodzi się ich za nos.

Jak jeszcze studiowałam filologię hiszpańską, ludzie często z całkowitą powagą pytali, czy tańczę flamenco. Jakby nauka języka i ten taniec były w nierozerwalnej wręcz komitywie. W pewnym momencie znudziło mi się rozczarowywanie moich rozmówców.

– Tańczę flamenco, wie Pan? – oznajmiłam z dumą właścicielowi schroniska.

On jak na zawołanie zaczął wybijać dłońmi charakterystyczny rytm.

Stanęłam przed nim z całkowitą powagą, zaczęłam uderzać się w klatkę piersiową, przebierać nogami i podśpiewywać jedyną piosenkę flamenco, która przyszła mi do głowy: Aunque tú me has dejado en el abandono/ aunque tú has muerto todas mis ilusiones.

–  Mój ojciec był z szanowanej sewilskiej rodziny. Nie rób tego nigdy więcej.

Za życie, które witasz

Kiedy po kilkunastu dniach przyzwyczajasz się do rytmu wędrówki, a potem okazuje się, że ona już niedługo się kończy, zaczynasz panikować. Przypominasz sobie o wszystkich, istniejących oraz nieistniejących, nieopłaconych rachunkach, a widmo powrotu do rzeczywistości wydrąża w twoim mózgu coraz większą dziurę.

Aby zająć czymś głowę, postanowiłam spisać intencje, z którymi przyszłam na Camino. Nie miałam przecież mojego woreczka, a chciałam coś na miejscu zostawić.

  1. Za życie, które musiałam pożegnać.
  2. Za życie, które właśnie witam.

Notes był mały, a pismo tak koślawe, że wypełniło niemal całą stronę.

Odruchowo złapałam za naszyjnik. Nadal znajdowała się na nim zawieszka, którą kupiłam kilka miesięcy wcześniej.

Przewróciłam stronę i kontynuowałam pisanie.

Do Santiago dotarliśmy w piątkowe popołudnie. Dzień był raczej pochmurny, a liczba turystów na ostatnim odcinku szlaku utrudniała wędrówkę. Czekanie na kawę zamiast pięciu minut trwało piętnaście, a kolejki do toalety zniechęcały do uzupełniania płynów.

Przed katedrą tłoczyło się mnóstwo robiących zdjęcia zadowolonych pielgrzymów, ale my szybko zdecydowaliśmy się ich ominąć i wejść do środka. To, co tam zobaczyliśmy, zapierało dech w piersiach.

Mimo wielkiego bogactwa, wnętrze było przytulne. Rzędy złotych kolumn piętrzyły się przed naszymi głowami, a setki świec oświetlały skrzącą nawę główną. Wokół półkolistego ołtarza można było spacerować i przystawać przy licznych kaplicach. Moją uwagę przyciągnęła jedna z nich, oświetlona jedynie pojedynczym światłem padającym na figurę Matki Bożej.

Kiedyś moja przyjaciółka Beata powiedziała, że zdarzają się w życiu momenty, które dzielą je na dwie części: przed i po. Tak jak w kalendarzu muzułmańskim, gdzie symboliczną granicą jest hidżra – ucieczka Mahometa z Mekki do Medyny – albo w tradycji chrześcijańskiej, gdzie punktem odniesienia stały się narodziny Jezusa.

Przystanęłam, a potem przyjrzałam się figurze badawczo. W końcu wypięłam bursztynowe serce z naszyjnika.

A potem wróciliśmy do domu i zaczęliśmy swoje po.

Ilustracja: P. Filipiec