PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Subiektywnie

Bliska kultura daleko

Witold Bereś
Subiektywnie Witold Bereś

Kilka praktycznych uwag o niepraktyczności

Chaos jest podobno twórczy. Ale istnieje taka odmiana chaosu, która nie rodzi arcydzieł, tylko stos segregatorów, siedem pieczątek, trzy „ostateczne” interpretacje regulaminu i odpowiedź urzędową wysłaną dokładnie wtedy, kiedy przestaje być do czegokolwiek potrzebna. I właśnie dlatego program ministerialny „Bliska kultura” powinien zmienić nazwę na „Daleka kultura”. Ewentualnie: „Kultura bliska sercu, lecz odległa proceduralnie”.

*

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosi wyniki tego konkursu do końca czerwca. Pierwotnie miało być na początku czerwca, ale — jak wiadomo — w polskiej administracji początek i koniec miesiąca to pojęcia bardziej filozoficzne niż kalendarzowe. Poinformowano, że trwa ocena formalna 155 wniosków o łącznej wartości ponad 16 milionów złotych, choć budżet programu wynosi 10 milionów. Czyli klasyka gatunku: kultura znów dowiedziała się, że jest potrzebna, ale nie aż tak bardzo.

Ministerstwo tłumaczy opóźnienia troską o wnioskodawców. Urzędnicy podobno nie chcą odrzucać projektów z powodu drobnych błędów formalnych, więc będą kontaktować się z autorami i dawać im siedem dni na poprawki. To bardzo humanitarne. Zwłaszcza że wcześniej skonstruowano regulamin przypominający momentami instrukcję montażu radzieckiej elektrowni atomowej.

Do wydłużenia procedur przyczynił się też — jak dyskretnie sugerują wtajemniczeni — długi weekend czerwcowy. Polska kultura po raz kolejny zderzyła się więc z najpotężniejszą siłą naszej cywilizacji: grillem.

Sam konkurs jest pomysłem sensownym. Konkurs ma wspierać lokalne media kulturalne i regionalnych nadawców. Tyle że od razu wykluczono wydawców wyłącznie internetowych, jakby internet był chwilową modą, która minie zaraz po faxach i kasetach VHS.

„Kraków i Świat” nie wystartował w tym konkursie. Nie dlatego, że pieniędzy nie potrzebujemy — przeciwnie, potrzebujemy ich jak smok wawelski dietetyka. Problem w tym, że niejasne i momentami absurdalne zapisy regulaminu sprawiają, iż część niszowych pism kulturalnych już na starcie odpada z wyścigu.

I to jest chyba najbardziej polskie w całej tej historii: program nazwano „Bliska Kultura”, po czym skonstruowano go tak, by dla części środowisk okazał się całkiem odległy.

Sam pomysł jest przecież dobry. Naprawdę dobry. Ministerstwo Kultury — po latach pisowskiego udawania, że lokalna kultura utrzyma się z papieskich kremówiek i na wernisażach parówek oraz patronatu burmistrza i miłości do Kaczyńskiego — zauważyło wreszcie, że lokalne media kulturalne istnieją. A nawet, że czasem jeszcze oddychają.

No i ogłoszono konkurs.

Pomyślałem: świetnie. „Kraków i Świat”? To przecież dokładnie ten typ działalności. Pismo papierowe. Kultura. Spotkania autorskie. Reportaże. Kraków. Literatura. Wajda. Ewa Lipska. Podcasty. YouTube. Ludzie przychodzący na premiery numerów nie dlatego, że rozdają darmowe kiełbaski, tylko dlatego, że chcą jeszcze słuchać rozmów o świecie.

A potem przeczytałem regulamin.

I zrozumiałem, że — jak to coraz częściej bywa — prędzej koń nauczy się latać, niż liberałowie rozstrzygną wszystkie „za” i „przeciw”.

Bo oto państwo postanowiło wspierać kulturę lokalną metodą starożytnych Sumerów: klinem, tabelką i lękiem przed podjęciem decyzji.

Najpierw zachwyca zapis, że można finansować „cykle artykułów”. Ale zaraz okazuje się, że cykl musi mieć co najmniej cztery odcinki. Brzmi rozsądnie? Tylko do chwili, kiedy człowiek przypomina sobie, że istnieją jeszcze miesięczniki i dwumiesięczniki, które nie drukują numeru w piętnaście minut między kawą a Teamsami.

„Kraków i Świat” ukazuje się co dwa miesiące. Konkurs ogłoszono pod koniec marca. Wyniki miały być na początku czerwca. Potem przesunęły się na koniec czerwca. Za chwilę może się okazać, że umowy będą podpisywane wtedy, gdy wydawcy będą już zamykać numer świąteczny albo kupować znicze na Wszystkich Świętych.

A przecież ministerstwo wymaga czterech kolejnych publikacji z logotypami i realizacją projektu.

Czyli w praktyce: żeby zdążyć, należałoby rozpocząć realizację projektu jeszcze przed podpisaniem umowy. To trochę tak, jakby straż pożarna przyjeżdżała do pożaru z informacją, że najpierw trzeba spokojnie ustalić definicję ognia.

Ale najlepsze dopiero nadchodzi.

Regulamin wymaga oświadczenia o działalności „na obszarze nieprzekraczającym ośmiu powiatów”.

Ośmiu.

Małopolska ma dwadzieścia dwa.

Czyli co właściwie wolno? Pisać o Krakowie, Wieliczce i Proszowicach, ale już o Tarnowie należy milczeć? A jeśli człowiek opublikuje reportaż z Berlina albo Silicon Valley, to czy automatycznie staje się zagrożeniem dla regionalizmu? Czy kultura lokalna kończy się dziś na granicy powiatu, jak za czasów księstw dzielnicowych?

Wyobrażam sobie biednego urzędnika analizującego tekst o sztucznej inteligencji:

— A gdzie leży to Silicon Valley?

— Pod Bochnią chyba nie.

Jeszcze lepsze są zapisy o „braku przynależności partyjnej”. Rozumiem intencję. Naprawdę. Tylko że polska kultura od stuleci była tworzona przez ludzi o bardzo konkretnych poglądach politycznych. I dobrze byłoby raczej oceniać jakość pracy niż legitymację lub jej brak. Bo jeśli ktoś uważa, że brak partyjnej legitymacji automatycznie gwarantuje niezależność — to znaczy, że nigdy nie widział środowiska kulturalnego po trzecim kieliszku wina grantowego.

Jest też zaświadczenie o niekaralności. To akurat jeszcze jestem w stanie zrozumieć, choć historia kultury pokazuje, że wielu dawnych skazańców zostawiało po sobie dzieła bardziej wartościowe niż niejedna komisja konkursowa.

Cały problem polega jednak na czymś innym.

Regulamin „Bliskiej kultury” wygląda tak, jakby został napisany przez ludzi mentalnie zatrzymanych między końcem lat 90. a epoką dyskietek Verbatim. Świat się zmienił. Dziś niszowe pismo kulturalne nie może istnieć wyłącznie na papierze. Musi mieć stronę internetową, podcasty, YouTube, newsletter, media społecznościowe i najlepiej jeszcze umiejętność tańczenia oberka na TikToku.

My właśnie tak działamy.

„Kraków i Świat” jest dziś jednocześnie magazynem drukowanym, środowiskiem intelektualnym, wydawnictwem książkowym, serią spotkań autorskich, projektem audio i powoli także projektem wideo. Bo inaczej po prostu nie da się przetrwać.

Tymczasem regulamin zdaje się mówić:

„Internet? Podcasty? Wideo? Bardzo ciekawe. Ale prosimy wrócić z prawdziwą gazetą.”

A przecież właśnie tam dziś przenosi się kultura. Zwłaszcza dla ludzi starszych, chorych albo mieszkających daleko od wielkich ośrodków.

Dlatego zamiast obrażać się na ministerstwo — proponuję coś prostszego.

Mniej lęku przed decyzjami. Mniej regulaminów przypominających instrukcję obsługi reaktora atomowego. Więcej zaufania do ludzi kultury. I przede wszystkim: więcej szybkości.

Bo kultura nie działa w rytmie ministerialnych procedur.

I naprawdę — prędzej koń nauczy się latać, niż kwartalnik zdąży zrealizować cztery odcinki projektu, którego wyniki ogłasza się pod koniec czerwca.

Aha.

Napisałem oczywiście do ministerstwa z pytaniami interpretacyjnymi.

Zgadnijcie, co było potem.

Tak. Zgadliście.

Czekam na odpowiedź.