Rekomendacje
Bezludna wyspa
Wyspy od zawsze budziły ciekawość, zwłaszcza jeśli były bezludne.
Wyspa to synonim wolności i schronienia, ale też osamotnienia i życiowej próby, bezpośredniego wystawienia na łaskę lub niełaskę żywiołów i natury. To przestrzeń niejako poza czasem. Życie na stałym lądzie jest zewnętrzne wobec życia na wyspie, a jej odcięcie od kontynentu sprawia, że historia często toczy się tam zupełnie inaczej. Wyspa to także pewna skończoność – niewielki ląd otoczony wodą, raczej możliwy do przejścia wzdłuż i wszerz w niedługim czasie. „Trzeba mieć dużo szczęścia (albo nieszczęścia), by trafić na wyspę, którą można spacerem okrążyć w pół godziny: możliwość jedna na milion. Wyspa jak ziarnko piasku niewidoczne na dywanie”.
Właśnie ta skończoność stała się udziałem części załogi fregaty „Użyteczny”, należącej do Francuskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, i kilkudziesięciorga niewolników, którzy pod koniec lipca 1791 roku przeżyli katastrofę statku i znaleźli się na wyspie nazywanej wówczas Île de Sable, a współcześnie Tromelin. Francuski statek, dowodzony przez kapitana Jeana de La Fargue’a (po katastrofie postradał zmysły), przewoził niewolników z Madagaskaru na Mauritius, naruszając tym samym tamtejsze prawo zakazujące handlu ludźmi. Jednostka początkowo liczyła 142 osoby załogi i 160 Malgaszów – mężczyzn, kobiety i dzieci – z których przeważająca większość utonęła. Błąd w nawigacji doprowadził do rozbicia fregaty na rafach piaszczystej, płaskiej jak stół wyspy, mierzącej jeden kilometr kwadratowy i nie porośniętej ani jednym drzewem. Dwa miesiące później ocalała załoga z resztek wraku skonstruowała tratwę, na której dopłynęła na Madagaskar, obiecując solennie, że wróci po niewolników. Pozostawieni na wyspie Malgasze czekali na spełnienie obietnicy 15 lat. Wtedy dotarł na nią chorąży Tromelin-Lanuguy. Zastał tam siedem kobiet oraz ośmiomiesięczne dziecko i pozostawił wyspie pamiątkę w postaci nowej nazwy. Na wyspie nie znaleziono żadnych mężczyzn, grobów ani ludzkich szczątków – archeologowie i historycy do dziś nie są jednogłośni w kwestii wyjaśnienia, co się stało z pozostałymi rozbitkami.

Opisana w powieści Łukasza Suskiewicza katastrofa francuskiego statku i dzieje rozbitków to wyłącznie pretekst do tego, żeby pójść o krok, a nawet dwa dalej. Kauri to bowiem nie powieść przygodowa, choć tak sugeruje opis fabuły, a powieść-esej o czasie. Człowiek, jako jedyna istota na ziemi, ma poczucie jego upływu. Nosi w sobie pamięć i świadomość przemijalności. Owa pamięć dotyczy zarówno czasu indywidualnego, wynikającego z własnego doświadczenia, jak i historycznego. Kategoria czasu jest zresztą w literaturze rzeczą umowną. Czytelnik zawsze znajduje się w innej sytuacji czasowej (tu i teraz, moment czytania) niż bohaterowie/narratorzy (czas literacki, zamknięty w fabule, niekoniecznie odpowiadający czasowi linearnemu) i autor (jakieś „kiedyś”, moment pisania). A skoro każdy bohater/narrator przedstawia opowieść z innej perspektywy, to tym samym konstruuje własną przestrzeń czasową, w której istnieje. W Kauri takich narratorów – konstruktorów czasów – jest kilkoro: Barthélémy Castellan du Vernet, jego brat Pierre oraz ich matka, malgaski niewolnik Gren, właściciel statku Jean-Joseph de Laborde, marynarz Bertrand, Semiavou oraz jej syn Mojżesz. Filarem powieści uczyniono jednak czasy Verneta oraz Semiavou, nazywanej przez nadnarratora najczęściej po prostu starą.
Czas Verneta to czas chrześcijański i cywilizacyjny, podporządkowany człowiekowi, przynajmniej pozornie. Wyznaczają go uciechy zmysłowe oraz pieniądze, jest ukierunkowany na przyszłość, a jego upływ liczy się poprzez dążenie i oczekiwanie – można powiedzieć, że to forma przedmiotowa czasu. Życie definiują tu osiągnięcia, przepych i jakaś niechęć do wysiłku, „[d]yskretny zefirek nakazów, by ukrywać wszawicę pod perukami i wachlować się perfumowanymi chusteczkami, defekując w krzakach. Moralność gwałcicieli pokojówek. Etyka chowu wsobnego orgii w schowkach na szczotki, działająca na Verneta jak sole trzeźwiące […]. Vernet, […] uwięziony w puszce hipokryzji, dusznocie, której nie potrafiły przewietrzyć romanse, pojedynki, a nawet, jak się okazało, wojna”. Vernet czuje jednak, że oświeceniowa Francja to nie do końca jego przestrzeń, dlatego zaciąga się na statek i ucieka do Afryki. Na Île de Sable jako rozbitek doświadcza czegoś w rodzaju oczyszczenia lub przebłysku świadomości: „W zgiełku myśli zapragnął zostać na wyspie, nie wracać do wcześniejszego życia, podporządkować się innym wymogom niż historii, ekonomii, religii. Żyć według zegara wiatrów, jak zwierzę, bez kultury, przynależne naturze, czekające deszczu”. Niestabilność czasu Verneta sprawia, że jego istnienie jest w istocie poruszające: trudno się pozbyć uczucia odrazy wobec niego, ale nie sposób mu nie współczuć, zwłaszcza że kiełkuje w nim coś na kształt wyrzutów sumienia związanych z pozostawieniem niewolników na wyspie. Vernet wydaje się nieszczęśliwie rozdarty pomiędzy czas indywidualny (czas życia, ewolucyjny, poddany planowaniu), w którym został wychowany, a czas kosmologiczny (wewnętrzny, duchowy, poddany przyrodzie), do którego tęskni. Jest swoistym odbiciem św. Augustyna (czytanego w młodości) sprzed jego nawrócenia – podobnie jak święty teolog odczuwa swoją kruchość wobec potęgi czasu i szuka od niej ucieczki (a może ratunku?) w wąskiej smudze pomiędzy światłem a cieniem, dobrem a złem.
Czas Semiavou, czyli starej, to czas kosmologiczny, którego poszukuje Vernet. Ale w tej jednej postaci skupiają się aż trzy poziomy czasu: „Czas żartował z niej […] i perspektywy dziecka, kobiety, staruszki nachodziły na siebie – prześwietlone klisze”. Narracja tej bohaterki dryfuje pomiędzy tymi trzema etapami rozwoju, wyznaczającymi wyspę jej istnienia, nierozerwalnie związanego z morzem oraz zakorzenionego w naturze i pamięci własnej, czy też – szerzej – w tradycji jej przodków, także związanych z naturą. W tę trójdzielność czasu zresztą wpisuje się wspomniany św. Augustyn i jego potrójna teraźniejszość, według której przeszłość, „tu i teraz” oraz przyszłość są odpowiednio teraźniejszością przeszłości, chwili obecnej i oczekiwania. Semiavou jest więc postacią umowną, kimś na kształt personifikacji czasu: „Oczy starej obracały się do środka – księżyce martwych planet. Historia była dla niej szklaną kulą, z mgławicami niedomówień: oto widziała wszystko jednocześnie, każdy szczegół, każde wydarzenie […], widziała przeszłość i przyszłość, przeszłość i przyszłość przestały być przeszłością i przyszłością, zwinęły się w jeden kłębek kurzu”. Spotykają się w niej czas mityczny (czas przyrody, życia w zgodzie z cyklicznością natury) z czasem chrześcijańskim (czas oczekiwania na zbawienie, czas sacrum), którego bohaterka mimowolnie doświadcza w momencie przymusowego chrztu już po „uratowaniu” z wyspy i potem, żyjąc przez jakiś czas we Francji.
Ale sacrum w tej powieści staje się profanum, role się odwracają: chrześcijaństwo wywołuje presję, niszczy to, co pierwotne, nadając Semiavou nowe imię (Eve) i próbując wpasować ją na siłę do swojego świata. Jej tożsamość pozostaje jednak niezachwiana, oś życia jest wyznaczana przez pamięć i może właśnie to usilne trwanie w przeszłości (będącej dla niej teraźniejszością, taką samą, jak „tu i teraz”) finalnie pcha ją do szaleństwa. Czy jednak szaleństwo nie ma w sobie jakiegoś pierwiastka świętości – tej nadnaturalnej umiejętności patrzenia na rzeczy, których zwyczajni ludzie nie widzą? „Stara, lepiąca glinę czasu, splatała historie wyspy, ptaków i ludzi, bez początku i bez końca, rozsypujące się jak worek piasku, z którego wybierała ziarenka, jednak węgorz czasu wymykał się, zbyt śliski, by utrzymać go dłużej niż przez chwilę”. W mitologii afrykańskiej, także malgaskiej, na czas patrzy się niejako od tyłu: istnienie przodków jest równie ważne, jak istnienie żyjących obecnie, a ich czas trwa tak długo, jak długo się o nich pamięta. Przeszłość jest równoważna z teraźniejszością, a przyszłość nie istnieje – jest jedynie wyobrażeniem, projekcją (czas nie postępuje, a upływa). Ta różnica – wiecznego oczekiwania w świecie chrześcijańskim i życia mitami, pamięcią o przeszłości w kulturach rdzennych – ostatecznie sprawia, że czas Semiavou jest niedostępny dla Verneta, tak jak czas Verneta nie może stać się czasem Semiavou. Czasy cywilizacji i natury, choć istnieją obok, a nawet w jakiś sposób czerpią z siebie (choć to raczej cywilizacja czerpie z natury, niż odwortnie), nigdy nie staną się jednym strumieniem.
Sugestywną grę z czasem podejmuje także język tej powieści. Jej koniec może stać się początkiem, tak samo jak początek mógłby stać się końcem – a równie dobrze można by tę historię zacząć czytać od środka. Tak jak w mitach, czas ma tu kształt elipsy, jest cykliczny, poddany wiecznemu powtarzaniu; perspektywy bohaterów/narratorów nachodzą na siebie i mieszają się, Semiavou w jednej chwili jest małą dziewczynką, by w kolejnym rozdziale stać się staruszką. Nie ma przeszłości, teraźniejszości ani przyszłości, ale wszystko trwa w jednym „tu i teraz”. A jeżeli przeszłość jest też teraźniejszością, „tu i teraz” czytelnika, to zasadna wydaje się quasiniekonsekwencja w postaci użycia przez autora w książce nazwy Mauritius (który w XVIII wieku nazywał się Île de France) oraz historycznej nazwy wyspy Île de Sable – dzisiejszej Tromelin. Historia zamknięta w tej powieści, jak czas zaklęty w małej muszelce kauri – najdłużej używanym środku płatniczym, a także symbolu płodności oraz dobrobytu w wielu kulturach – nie przedawnia się, tylko zmienia swoją funkcję.
Łukasz Suskiewicz, Kauri, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2026
Ilustracja: K. Wójcik
