Po krakosku
Andrzej Szczerski, Muzeum Narodowe i Grupa Pięciu
Oczy szeroko zamknięte
Nie słyszeliście o Grupie Pięciu? Naprawdę nie musicie się tego wstydzić. Wspólnota młodopolskich artystów, która zawiązała się w 1905 roku i przetrwała nieco ponad dwa lata, była do tej pory mało znana nawet wśród koneserów sztuki. Niewielu łączyło ze sobą nazwiska takich artystów jak: Leopold Gottlieb, Witold Wojtkiewicz, Wlastimil Hofman, Mieczysław Jakimowicz i Jan Rembowski. Teraz po raz pierwszy od ponad wieku możemy oglądać ich obrazy na wspólnej wystawie, zatytułowanej Młodopolska Grupa Pięciu. Zapomniani buntownicy.
W Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie będzie ona pokazywana do 5 lipca.
Magda Huzarska-Szumiec: Jak doszło do powstania Grupy Pięciu?
Andrzej Szczerski, dyrektor instytucji: Grupę stworzyli studenci zreformowanej przez Juliana Fałata Akademii Sztuk Pięknych, którzy uczyli się u Wyspiańskiego i Mehoffera. Młodzi ludzie widzieli, że świat się zmienia i potrzebna jest nowa ekspresja, nowy język malarski. Chcieli zacząć mówić swoim własnym głosem, który był odmienny od dekoracyjnej secesji i narodowych obowiązków sztuki. Bardziej interesowały ich tendencje awangardowe, które pojawiły się w Europie – ekspresjonizm, symbolizm, oniryzm. Występowali przeciwko temu, co pokazywano na wystawach w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Wystawiających tam malarzy oskarżali o tradycjonalizm, wyłączanie się z tego, co jest aktualne w sztuce.
Co ich jeszcze połączyło?
Przede wszystkim groteska i zwrot w stronę indywidualizmu, które odnajdziemy na płótnach wszystkich członków grupy. Pokazywali w krzywym zwierciadle człowieka zagubionego, pełnego niepokoju, otoczonego własnymi wizjami.
W obrazach artystów, których prace możemy zobaczyć na krakowskiej wystawie, intryguje motyw zamkniętych oczu. Jak możemy to interpretować?
Ilekroć wpatruję się w te obrazy, coraz więcej interpretacji przychodzi mi do głowy. Pierwsza, dość oczywista, to chęć podkreślenia, że najważniejsze dla człowieka jest poznanie siebie, spojrzenie w swoją podświadomość, w swoją jaźń. Drugie skojarzenie to przedstawienie momentu kumulacji jakiejś życiowej energii, kontrastującej z pozorną melancholią niewidzących oczu. Jest jeszcze trzeci wątek, który określiłbym jako modlitewny, duchowy. To swego rodzaju medytacja, zatopienie się świecie pozamaterialnym.
Czy Grupa Pięciu została doceniona w czasie, kiedy istniała?
Tak, ci artyści byli na tyle wartościowi, że krytyka, i to nie tylko polska, zauważyła ich istnienie. Zyskali renomę, dyskutowano o ich debiutanckich wystawach. A można było je oglądać w bardzo dobrych, galeriach także komercyjnych nie tylko w Polsce, ale i w Niemczech, Austrii, a wystawę Wojtkiewicza w Paryżu. W Wiedniu otrzymali nawet osobną salę w Pawilonie Secesji. Pamiętajmy, że debiutowali w 1905 roku, kiedy po raz pierwszy pokazali swoje prace fowiści, powoli zaczynał się kubizm, w Wiedniu powstała kontestująca Secesję Grupa Gustava Klimta, w Dreźnie ekspresjoniści spod znaku Die Brücke. Choćby z tego powodu wcale tak łatwo nie było się przebić. Ale z drugiej strony Europa potrzebowała czegoś nowego i oni się w tę potrzebę wpisali.
Mimo tego jako Grupa Pięciu bardzo szybko zostali zapomniani.
To fakt, który trudno wytłumaczyć. Myślę, że odpowiedzialny jest za to sposób konstruowania historii sztuki po roku 1918. Wtedy na pierwszy plan wybili się artyści związani z początkami Młodej Polsce jak Wyspiański czy symboliści z Jackiem Malczewskim na czele. Natomiast taki indywidualistyczny punkt widzenia, kładący nacisk na duchowość jednostki, na jej niemal surrealistyczną wyobraźnię jaki reprezentowała Grupa Pięciu, nie znalazł już dla siebie miejsca. Tak naprawdę sławę wtedy zdobył jedynie Witold Wojtkiewicz, przyćmiewając nią pozostałych artystów. Zresztą każdy z nich po I wojnie zaczął malować coś innego, kilku szybko zmarło. Nic więc dziwnego, że działalność Grupy Pięciu była traktowana jako epizod. Takie podejście przeciągnęło się na czasy PRL-u. Dlatego nawet na największych naszych wystawach, poświęconych Młodej Polsce, artyści ci nie byli wspólnie eksponowani.
Czy obecna wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie przywróci pamięć o tej wspólnocie?
Mam nadzieję. Tą wystawą pokazujemy, że o Młodej Polsce warto wciąż mówić jako o otwartej, niezapisanej karcie. Mnie osobiście także fascynuje odkrywanie nieznanego oblicza tej epoki. Dlatego dalej będziemy nad tym pracować.
Ilustracja: fot. Natalia Gąsiorowska, dzięki uprzejmości MNK