Słowo
Kraków płacze.
Niezależnie od tego, jakie jest tło tragedii krakowskiej, jedno jest jasne dla mnie – Polska i jej politycy muszą dać nam, obywatelom Rzeczypospolitej, żyć. Jeszcze chwila i społeczeństwo tych napięć nie wytrzyma…
Sobota była nadzwyczaj urocza dzisiaj w Krakowie. Niby chłód, ale w tym listopadowym słońcu aż chciało się żyć. A w południe zadzwoniła córka, że może poszlibyśmy na Rynek na jakąś kawę z wnuczką i w ogóle.
Nie miałem czasu, bo praca goni, i już po chwili żałowałem, że się nie zdecydowałem – każda chwila spotkania z uśmiechniętym dzieckiem dodaje mi rok życia. Ale jednak ani my, ani najbliżsi na ten Rynek się nie wybraliśmy.
W kilka godzin później okazało się, że szczęśliwie nie poszliśmy. I może ja tego roku nie zyskałem, ale, co przerażające, kilka osób straciło nie tylko rok, ale całe życie.
Kiedy po czwartej po południu zadzwoniła bliska nam osoba, hen, gdzieś ze Śląska, z pytaniem, czy jesteśmy bezpieczni – zdumienie. O cóż chodzi? Jakże to? Że niby co? Siedzę w plikach, piszę książkę, robię zaproszenia, przygotowuję program na premierę książki Mątwy. Przemilczany rozdział Trylogii, która to premiera ma się odbyć w Żydowskim Muzeum Galicja we wtorek, 10 listopada. Cieszę się na to, bo przyjedzie wielu przyjaciół. A do tego tuż-tuż imieniny moje i na pewno zaśpiewają mi „Sto lat”.
Przerażenie. Strach. Łzy. Lęk. Przecież znam te wszystkie miejsca. Tędy, Stradomiem i Krakowską, idę na spotkania w Galicji. Tu, na Sławkowskiej, idę co kilka, kilkanaście dni do mojego sympatycznego wydawnictwa Universitas. Tu, na Grodzkiej, gdzie ludzie biegną, by się schować w bramie, uwielbiam żreć lody.
Jakiś upiorny obraz – jedzie, wcale nie pędzi, raczej śmiertelnie sunie czarny samochód, a za nim niepewnie jedzie policyjny radiowóz. I przerażenie w twarzach ludzi. A nawet lekki obłęd, niepojmujący tego, co się dzieje.
*
Nie wiem, na razie nic nie wiem. Może to jeszcze jeden frustrat, któremu zagotowało się pod czaszką i, wygrywając ostatni etap gry Doom, ruszył w swoją trasę wyrównywania rzekomych krzywd. A może to jednak zaplanowany atak, ukazujący, jak łatwo w pięknym, spokojnym mieście rozrzucić drobiny strachu takiego, że nagle opustoszały ulice. A może prowokacja polityczna?
Nie, nie wiem. Choć chcę wiedzieć. I mam nadzieję, że prawdę, tylko prawdę, usłyszymy wiarygodnie i jak szybko, póki nie okaże się, że znowu jakiś łajdak zacznie snuć spiskowe bajkopisarstwo, korzystając z tego, że państwo nie powie uczciwie co się stało.
*
Dla mnie te straszliwe godziny – jak tu wyjść na wieczorny krakowski spacer, jak zasnąć wieczorem, jak się jutro obudzić? – dają asumpt do myśli innych. Myśli o naszym dobrostanie psychicznym i emocjonalnym. O naszym rozchwianiu, przejawiającym się w drobnych kroczkach dnia codziennego, gdy w ciągu godziny potrafimy złotem obrzucić bohaterkę masowej wyobraźni, a potem hejtem zarzucić ją w sieci, bo powie coś, co nam nie pasuje.
Wiem, wiem. Winnych jest wielu. Czasy. Trump. Fundamentaliści religijni. Lewaccy doktrynerzy. Głodni ludzie i sfrustrowani obywatele. Putin i zadufani Ukraińcy. TikTok i Kościół katolicki. Każdy może sobie sam wystrugać kozikiem z mydła jedyną prawdziwą przyczynę naszego stanu rozedrgania.
Ale ja najpierw bym apelował do polityków. Za coś wam płacimy. Na jakąś cholerę was wybieramy. Jakieś obowiązki, przynajmniej moralne, macie.
Musicie dać nam, obywatelom Rzeczypospolitej, żyć. Musicie zrobić wszystko, abyśmy mogli nabrać spokojnego, głębszego oddechu. Abyśmy nie byli narażani dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, na nieustanny strach, stres i traumatyczne przeżycia.
Jeszcze chwila i społeczeństwo tych napięć nie wytrzyma…
Ktoś chce wysadzić pociąg. Psychopata wpada z nożem do szkoły. Internet buduje cywilizację kłamstwa. Śmiercionośne drony lecą na Ukrainę i zahaczają o Polskę. A do tego do Trybunału najpierw wpada policja, a potem, bardziej siłowo, wpada głowa państwa. Wściekłość miesza się z nienawiścią, a obrzydzenie ze zmęczeniem.
Odporność społeczna siada. Co ja piszę. Siada? Padła! Na łeb na szyję. Kurwa – jak to tak dalej pójdzie, to my jako społeczeństwo tego nie przetrzymamy.
Nie, nie znoszę polskiej i światowej prawicowej patokracji. Ale powiem szczerze – nie, nie wierzę w dobrą wolę żadnej ze stron konfliktu w Polsce.
Chciałbym się jednak mylić.
Krakowska tragedia może być impulsem do rozmów, w których obie strony wycofają się, ile się da, zbudują – bez przechodzenia na drugą stronę – konsensus. I znajdą taki okrągły mebel (nie musi być stół, skoro niektórym się źle kojarzy – niech będzie okrągły taboret, kojec lub nawet koryto), żeby Polacy uwierzyli, że ktoś dba o to, aby było nam lżej.
Nie musicie się kochać, nie musicie sobie wierzyć. Powiem więcej – możecie kłamać tak samo, jak kłamiecie codziennie. Ale zróbcie wszystko, żeby zeszły emocje. Strach.
Żeby przyszedł oddech.
Zróbcie to, póki nie okaże się, że tragedia krakowska nauczyła szaleńców jak można Polskę do końca i skutecznie zdestabilizować.
PS. A premierę w dniu 10 listopada na razie zawieszamy i odkładamy.
Ilustracja: Autorstwa image/photo was taken by Wikipedia and Wikimedia Commons user Ludwig Schneider (zmienione na B&W)