Rekomendacje
Lekcja Mątw
Co w najnowszym numerze?
Modne jest dziś pisanie klasyki na nowo
Zwykle przybiera ono postać uwspółcześniania kanonu na siłę, usuwania lub dopisywania wątków, zmiany charakterów czy nawet płci głównych postaci. Witold Bereś w najnowszej książce proponuje coś ciekawszego: próbę odpowiedzi na pytanie, co się stanie z bohaterami Sienkiewicza – Skrzetuskim, Kmicicem, Wołodyjowskim i Zagłobą – kiedy ich przeciwnikiem nie będzie Szwed, Kozak ani Turek, lecz inny Polak, również przekonany, że broni Rzeczypospolitej. Nie trzeba zresztą takiej sytuacji wymyślać, bo rzeczywiście zdarzyła się pod Mątwami w 1666 roku. To właśnie ów przemilczany rozdział Trylogii – rokosz Lubomirskiego.
Na początku dostajemy więc apokryf: dobrze nam znanych bohaterów, opisy i rytm powieści. Dość szybko okazuje się jednak, że Mątwy to w rzeczywistości esej historyczno-polityczny jedynie przebrany za powieść sienkiewiczowską. Kostium jest tu zarazem przynętą, narzędziem popularyzatorskim i przedmiotem polemiki. Bereś zaprasza czytelnika do jego ulubionego świata, który okazuje się jednak odmienny nie przez tarapaty, w jakie bohaterowie wpadają – rzecz w Trylogii naturalna – lecz przez brak jasnego klucza, który pozwoliłby je moralnie uporządkować.

W Potopie zdrajca i warchoł Kmicic może rozpoznać swój błąd, ponieważ istnieje kryterium ostateczne: wróg w granicach. Pod Mątwami ono znika. Król działa legalnie, ale posługuje się naciskiem, francuskimi pieniędzmi i planem elekcji vivente rege. Lubomirski broni praw i wolności, ale zarazem kierują nim pycha i prywata. On także ma zagranicznych sponsorów i to on doprowadza do wojny domowej. Szczególnym przypadkiem tej ambiwalencji jest w krytycznym roku 1666 Jan Sobieski, przyszły triumfator spod Chocimia i Wiednia, który tutaj – zarówno jako wódz, jak i polityk – ponosi kompromitującą klęskę.
Mątwy są zatem mniej apokryfem Trylogii niż polemicznym przypisem do niej rozciągniętym do rozmiarów powieści. A jakby tego było mało, dopiero ostatni rozdział, Pan Sienkiewicz i wojny polsko-polskie, w którym autor zrzuca fabularny kostium, okazuje się właściwym centrum książki. Poprzednie trzydzieści rozdziałów można czytać jako przygotowanie do walnej bitwy wydanej kreatorowi narodowej wyobraźni.
Żeby było jasne, o co toczy się bój: Witold Bereś deklaruje miłość do języka, humoru i rozmachu Sienkiewicza, ale fascynację łączy z nieufnością zarówno wobec zaproponowanej przez niego diagnozy, jak i lekarstwa na polskie choroby genetyczne. Stawia tezę, że pokrzepienie serc pomagało przetrwać niewolę, lecz utrwaliło po wsze czasy skutki uboczne: konserwatywny filtr, postawy rezurekcyjne, nieufność wobec reformatorów, nakaz, by zawsze usprawiedliwiać winy wspólnoty, a każdą klęskę zamieniać w moralne zwycięstwo.
Blisko tu Beresiowi do tradycji krakowskiej szkoły historycznej, widzącej przyczyny upadku Rzeczypospolitej nie w obcej opresji, lecz we własnych grzechach: anarchizacji życia publicznego, słabości władzy, kulcie źle pojętej wolności i samounicestwieniu państwa. Różnica jest taka, że autor Mątw nie idzie na skróty, nie obarcza winą wyłącznie szlachty – pokazuje też uczciwie błędy monarchy i dworu, zagraniczne pieniądze oraz dynastyczne kalkulacje.
Konsekwentnie odrzuca prosty – i fałszywy – podział na reformatorów i obrońców wolności. Owszem, dwór trafnie rozpoznawał niewydolność państwa, lecz stosował wątpliwe metody i realizował francuskie plany dynastyczne. Lubomirski bronił legalnych zasad, ale połączył je z osobistą ambicją, zagranicznymi układami i przemocą. Wbrew bilansowi strat – rzezi wojsk królewskich – rokosz był wojną domową, w której obie strony przegrały. Buntownicy wygrali bitwę, ale nie zaproponowali programu naprawy państwa. Król stracił możliwość reformy, armia została wykrwawiona, autorytet monarchy zniszczony, a szlachta utrwaliła przekonanie, że każdą reformę można nazwać początkiem absolutyzmu.
W zwięzłej formule wypowiadanej w książce przez Zagłobę: obie strony walczyły tylko po to, aby później móc powiedzieć, że miały rację. Brzmi znajomo? Przypadek? Nie sądzę.
Mątwy są trafnie dobraną figurą polskiej niezdolności do politycznego kompromisu – kiedyś i dzisiaj. Choć autor zatrzymuje się na konkluzjach historycznych i nie wymienia nazw współczesnych partii, cały mechanizm jest czytelny: dwie strony przedstawiające się jako jedyni obrońcy państwa, prawa lub wolności, odmawiające przeciwnikom patriotyzmu i gotowe uznać każdy kompromis za zdradę. W takim odczytaniu rok 1666 staje się figurą roku 2026. Nie przez prostą analogię osób czy obozów, lecz przez podobieństwo języka i mechanizmu sporu.
Mątwy niewątpliwie są ostrzeżeniem przed nieuchronnymi konsekwencjami sytuacji, w której przeciwnik polityczny zostaje uznany za wroga wspólnoty.
Mątwy zaczynają się jak apokryf Trylogii, a kończą jak akt oskarżenia wobec narodowej pamięci karmionej zwycięskimi finałami. Bereś nie wchodzi jednak w bieżącą publicystykę, lecz sięga głębiej. Ma pretensje do Sienkiewicza o to, że tak, a nie inaczej umeblował narodowe imaginarium.
Najmocniejsza, a zarazem najbardziej dyskusyjna teza tej książki mówi o przewinie arcypolskiego pisarza wobec polskiej wyobraźni. Witold Bereś stawia tezę, że najważniejszym przemilczeniem Trylogii nie była nawet jakaś kolejna przegrana bitwa, lecz sam konflikt, w którym wszyscy byli swoi i wszyscy mieli coś na sumieniu.
Dlaczego to teza dyskusyjna, skoro oczywista? Bo taką jest dzisiaj. Być może taką była i po 1918 roku, w czasach II RP, i po 1989 roku. Ale gdy Sienkiewicz pisał swoje powieści… nawet jeśli ją podzielał, uznał, że najważniejsze jest „pokrzepienie serc” i przekonanie rodaków, że „nie masz takowych terminów, z których by się viribus unitis przy Boskich auxiliach podnieść nie można”.
Przydało się, bo to były sienkiewiczowskie auxilia na czas niewoli, nie urządzania sobie wolności. I nie jest przypadkiem, że w największej podziemnej armii II wojny światowej roiło się od „Kmiciców” czy „Wołodyjowskich”. Natomiast niezdolność do politycznego kompromisu była i jest chorobą wolnej Rzeczypospolitej. I dla niej lekcja Mątw jest wciąż aktualna. Pewnie bardziej niż oryginalne trzy części Trylogii.
Witold Bereś, Mątwy. Przemilczany rozdział Trylogii, Panaceum Studio, 2026.