Rekomendacje
1666 – WOJNA, KTÓREJ W TRYLOGII NIE ZNAJDZIECIE
Dyskutujecie o Lalce? Podyskutujcie o Trylogii.
Ta książka pojawi się od 10 listopada, w przeddzień Dnia Niepodległości – ale tylko w sklepie https://panaceumstudio.pl/kategoria-produktow/przemilczana-trylogia/
Już jest w przedsprzedaży – jeśli zamówisz ją teraz, dostaniesz ją co prawda po ok. 15 listopada, ale za połowę ceny!
1.
Zaczyna się tak:
„W piątek, dzień Wenery, trzynastego lipca Roku Pańskiego 1666 świt wstał ciężki i wilgotny, jakby sama ziemia parą oddychała, a mgły, nisko snujące się nad doliną Noteci, zasłaniały zarówno brzegi, jak i samą rzekę.
Gdyby orzeł, krążący wysoko pod niebem, zechciał spojrzeć ku ziemi, ujrzałby poprzez kłęby porannych mgieł smoka sunącego powoli przez pola. Było to monstrum długie i niespokojne, wijące się po drodze niby rzeka żelaza. Miało zaś cztery głowy, albowiem na samym przedzie jechała straż przednia – czterech rycerzy w pancerzach, z kopiami wzniesionymi nad głowami, jakby na znak i przestrogę zarazem. Pół byli żołnierzami, pół panami, czujni, lecz swobodni w mowie, jako to bywa w marszu, gdy jeszcze wojna nie zajrzała człowiekowi prosto w oczy.
Byli zaś to: Andrzej Kmicic, pułkownik jazdy koronnej, dowodzący pułkiem złożonym z kilku chorągwi; Michał Jerzy Wołodyjowski, rotmistrz chorągwi lekkiej i najostrzejsza szabla całego pułku; Jan Skrzetuski, rotmistrz chorągwi pancernej, której powierzono straż tylną, oraz Onufry Zagłoba — consiliarius sine officio, lecz z językiem ostrzejszym niźli niejedna szabla.
Niechętnie ruszyli na tę wojnę domową. Po drugiej stronie było bowiem niemało dawnych druhów i towarzyszy broni, z którymi niegdyś przeciw Szwedom, Moskalom i Kozakom oręż podnosił. Żywili tedy nadzieję, iż jeszcze uda się powściągnąć zapalczywość obu stron”.
2.
Znamy tych czterech. Rozpoznalibyśmy ich wśród tysięcy ludzi, po jednym geście, po sposobie dobycia szabli, po przechwałce rzuconej nad pucharem. Towarzyszyli nam w lekturach, filmach, rodzinnych rozmowach. Wiemy, komu kibicować, kiedy ruszają do boju. Przy nich Polska może znaleźć się nad przepaścią, ale przecież jakoś się podźwignie. Kmicic odpokutuje winy, Wołodyjowski znajdzie słaby punkt przeciwnika, Skrzetuski dochowa wierności, a Zagłoba wszystkich przechytrzy.
Tylko co będzie, jeśli po drugiej stronie staną ludzie równie przekonani, że ratują ojczyznę?
Właśnie w tym miejscu zaczynają się moje Mątwy.

Wracam do bohaterów Trylogii i prowadzę ich tam, gdzie nasza czytelnicza pamięć rzadko zagląda. Pomiędzy Potop a Pana Wołodyjowskiego. W sam środek wojny, w której znajomość narodowych barw nie pomaga rozpoznać wroga. Wszyscy są swoi. I wszyscy mają coraz więcej powodów, by się nienawidzić.
Bo wiele zależy od tego, w którym miejscu opowieści postawimy ostatnią kropkę.
Nie zamierzam czynić Sienkiewiczowi zarzutu z tego, że nie napisał powieści, której napisać nie chciał. Pisarz wybiera. Decyduje, komu oddać głos, kiedy opuścić kurtynę, z jakim obrazem pozostawić czytelnika. Tyle że czasem ten ostatni obraz zostaje z nami na pokolenia. Zaczynamy pamiętać historię tak, jakby poza nim nic istotnego już się nie wydarzyło.
Potop kończy się jesienią 1657 roku, po rozbiciu najazdu Jerzego II Rakoczego, rehabilitacji Kmicica i jego pojednaniu z Oleńką. Przeszliśmy przez katastrofę. Ojczyzna ocalała, bohater odzyskał dobre imię, miłość została nagrodzona. Można zamknąć książkę.
Właściwa akcja Pana Wołodyjowskiego rozpoczyna się dopiero latem 1668 roku.
Pomiędzy powieściami pozostaje więc około jedenastu lat. Dość czasu, żeby państwo, które przetrwało obcy najazd, zaczęło przegrywać samo ze sobą.
W tych latach Rzeczpospolita kończy wojnę ze Szwecją, nadal walczy z Moskwą, próbuje przebudować swój związek z Kozaczyzną i traci zwierzchnictwo nad Prusami Książęcymi. Zrywane są kolejne sejmy. Wybucha rokosz Lubomirskiego. Dochodzi do bitwy pod Mątwami. Rozejm andruszowski oddaje Moskwie ogromne obszary na wschodzie. Wreszcie Jan Kazimierz abdykuje.
W podręczniku każde z tych wydarzeń może zmieścić się w kilku zdaniach. W życiu państwa oznaczają one utracone możliwości, zmarnowane wysiłki, śmierć ludzi i narastającą bezsilność. W narodowej wyobraźni przegrywają jednak z obrazem Kmicica, który wreszcie może objąć Oleńkę.
Dla mojej opowieści najważniejszy jest rokosz. A w nim — jeden lipcowy dzień.
https://panaceumstudio.pl/kategoria-produktow/przemilczana-trylogia
3.
13 lipca 1666 roku pod Mątwami żołnierze państwa, które niedawno oparło się szwedzkiemu najazdowi, wyrzynają się nawzajem. Wojska królewskie ponoszą klęskę. Wśród ich dowódców jest przyszły król Jan Sobieski.
Nie ma tu obcego najeźdźcy, na którego można przenieść całą odpowiedzialność. Nie ma oblężonego klasztoru, pod którego murami wspólnota odzyskuje jedność. Są ambicje monarchy, interesy magnatów, lęk szlachty przed absolutum dominium. Są obce pieniądze, polityczne rachuby, urażona duma i nieudolność dowódców. Jest coraz większa gotowość, żeby w przeciwniku zobaczyć zdrajcę.
Król Jan Kazimierz próbuje umocnić państwo. Jerzy Sebastian Lubomirski występuje w obronie szlacheckich wolności. Każda ze stron potrafi uzasadnić własne racje. Każda umie wskazać zagrożenie. Coraz trudniej znaleźć kogoś, kto zechce zapytać, co zostanie z Rzeczypospolitej, gdy jedna z tych racji zatriumfuje nad trupami współobywateli.
To bitwa, której Polska nie może wygrać.
Może zwyciężyć król albo rokoszanin. Ojczyzna i tak poniesie stratę.
W tę historię wprowadzam Kmicica, Wołodyjowskiego, Skrzetuskiego i Zagłobę. Oddaję im szable, konie, temperamenty, pamięć dawnych czynów. Pozwalam znów ruszyć w drogę. Tym razem jednak ich doświadczenie zostaje poddane szczególnej próbie. Jak zachować się wobec dawnego towarzysza broni, który teraz służy po przeciwnej stronie? Jak dochować wierności, kiedy posłuszeństwo prowadzi ku nieszczęściu? Ile odwagi potrzeba, żeby powstrzymać własnych?
Mątwy mają rozmach przygodowej powieści: jest marsz ku bitwie, polityczna intryga, szczęk oręża, cięty język Zagłoby i przeszłość, która upomina się o bohaterów. Chcę, żeby czytelnik przewracał kolejne strony z niecierpliwością. Żeby wracając do znajomych postaci, poczuł przyjemność spotkania z dawnymi druhami — a potem odkrył, że tym razem nie wystarczy życzyć im celnego ciosu.
Bo najtrudniejsze pytanie tej książki dotyczy chwili przed dobyciem szabli.
Czy można jeszcze zatrzymać rękę? Czy ktoś zechce ustąpić, zanim ustępstwo zostanie uznane za zdradę? Czy umiemy ocalić wspólny kraj, kiedy tak bardzo pragniemy zwycięstwa własnej strony?
Stąd wracam do Sienkiewicza i do nas samych, jego czytelników.
4.
W tej odległej historii dostrzegam niepokojąco znajome mechanizmy. Nieufność wobec państwa. Wynoszenie racji własnego stronnictwa ponad dobro wspólne. Przekonanie, że przeciwnik musi służyć obcym. Gotowość szukania zagranicznego wsparcia dla własnej, oczywiście najsłuszniejszej sprawy. Fałszywe wieści, które krążą szybciej niż sprostowania. Przywódców tak pewnych swojej misji, że przestają widzieć jej cenę.
Nie chcę jednak rozdawać współczesnym politykom siedemnastowiecznych kostiumów. Historia Mątw jest bardziej wymagająca niż zabawa w odgadywanie, kto dzisiaj byłby królem, a kto rokoszaninem. Każe przyjrzeć się także sobie. Własnej satysfakcji z upokorzenia przeciwnika. Własnej pewności, że tylko po naszej stronie są ludzie przyzwoici. Chwili, w której cudza klęska zaczyna cieszyć nas bardziej niż wspólny sukces.
Może właśnie dlatego warto znów spotkać czterech dawnych druhów. Zobaczyć, co zrobią, gdy odwaga przestanie oznaczać wyłącznie gotowość do walki. Posłuchać Zagłoby, kiedy pod przechwałką i żartem odezwie się doświadczenie człowieka, który zbyt wiele już widział.
5.
Chciałbym, żeby po lekturze Mątw została przyjemność przygody i niepokój. Żeby książka kusiła powrotem do świata Trylogii, a zarazem otwierała drzwi do tej części naszej historii, którą najchętniej omijamy. Żebyśmy zapytali, czy pamięć o własnych błędach także może dawać siłę. I czy pokrzepienie serc nie wymaga czasem powiedzenia sobie prawdy, od której robi się nieswojo.
Pod Mątwami do katastrofy dochodzi w kraju, którego obywatele mają na ustach wolność, honor i ojczyznę. Ostrzeżenie sprzed trzystu sześćdziesięciu lat wciąż czeka na uważnych czytelników.
Na końcu oddaję więc głos człowiekowi, który zwykle potrafił zagadać każdą niewygodną prawdę. Tym razem nawet on nie próbuje:
„ – A ja powiem jeszcze wyraźniej: sami musimy pojąć, co Chrystus rzekł w kazaniu na górze: ‘Błogosławieni pokój czyniący’. W bitwie z obcym narodem łatwo o pieśń. W wojnie domowej zostaje przeważnie rachunek sumienia. Nie wierzcie tym, co wam po latach będą prawić, iż wszystko było proste. Pod Mątwami nic nie było jasne prócz krwi i nic nie było bardziej potrzebne niż to, aby do bitwy nie dopuścić.
– A przecie do niej dopuszczono – szepnął jeden.
– Bośmy Polacy – odrzekł Zagłoba z westchnieniem. – A Pan Bóg, chcąc nas niekiedy nauczyć rozumu, bywa nader cierpliwy, lecz nie zawsze skuteczny”.
Ilustracje: Andrzej Zaręba
https://panaceumstudio.pl/kategoria-produktow/przemilczana-trylogia