PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Apologia pamięci. O „Liczą się tylko poranki” Anny Petelenz

Eliza Kącka
Rekomendacje Eliza Kącka

Czy to książka o życiu zwykłym? Tak i nie.

Bo czym niby jest rzeczona zwykłość? Jeśli przyjmiemy, że to forma deziluzji – otrzeźwienia, jakie funduje nam los (bądź skromniej: sytuacja) – należałoby przyznać, że w powieści Liczą się tylko poranki tak definiowana zwykłość ma się całkiem dobrze. Odzieraczka vel obieraczka ze złudzeń (słówka manualne nieprzypadkowe) – tak można by streścić operację deziluzji na biografiach kobiet. Każda z portretowanych w tej książce miała w swoim życiu momenty – tak to nazwijmy – przesilenia zwykłości, kiedy raptem okazywało się, że nie spotka jej już nic wyjątkowego, ba, że sama nie jest kimś nadzwyczajnym, wyjętym spod praw zwykłej ekonomii zdarzeń. Wbrew pozorom to właśnie ów zawód – nie fiasko snu o królewiczu na białym koniu – okazuje się dość powszechną deflacją kobiecej wyobraźni.

„Iga miała opowiadać świat, ale nie znalazła na czas właściwej historii” – czytamy u Anny Petelenz. Bezlitosny tryb „miała”/„miałam” okazuje się wręcz ultymatywnym składnikiem kobiecych historii. Tryb wiecznie niedokonanej ekspresji siebie, anonsowania życia potencjalnie pełnowymiarowego, które nigdy tej potencjalności nie sprosta. I mniejsza o to, czy Iga faktycznie ma do rzeczonych historii talent. Być może nie – i w tej sytuacji lepiej żywić aspiracje stricte marzycielskie niż serio artystyczne; marzenia zawsze pozostają w rezerwie – w szufladach ludzi zwykłych. Być może tak. Ale czy talent uchroniłby ją przed walcem powszedniości, przed prozaiczną klątwą trybu „miałam”? Niekoniecznie; co więcej, bywa, że w takich razach dopiero dowiadujemy się, że nie mamy światu wiele – lub zgoła nic – do zaoferowania.

Ale czy „nic” rzeczywiście jest niczym? Czy zwykłość nie jest rezerwuarem trwania jako takiego – i szansą, by, rezygnując ze wspinania się na paluszki „miałam”, oprzeć się stabilniej na pięcie realności, tutejszości, na którą można by odpowiedzieć twórczo? Twórczości nie da się tu oczywiście zawęzić do ekspresji artystycznej, choć wspomniana Iga wraca do pisania. Przez bycie twórczym rozumiałabym niezgodę na zaprzepaszczenie siebie, na zupełną anihilację pragnień. W tym sensie zarówno Krystyna, jak i Lucy pozostają paradoksalnie twórcze: gotowe opowiadać sobie inną szansę, nieporzucające świadomości, że „można-by-inaczej”. Taki tryb – choć również obciążony „wysoką” potencjalnością – zawiera, powiedziałabym, więcej gotowości do życia, do zawalczenia o siebie bez nokautujących oczekiwań i przytłaczających projekcji. Jest mniej bowarystyczny. Uwalnia możliwość kolejnych początków, następnych poranków. Albo inaczej: ocala zdolność, by poranek brać za nowy początek. Badanie tej zdolności, sprawdzanie, czy bohaterki – niezależnie od klęsk codziennych czy spektakularnych – są w stanie podnieść życie do rangi czegoś, co przeżywa się i kształtuje świadomie, zdaje mi się głównym problemem tej książki. A Petelenz wcale im tego nie ułatwia.

„Opowiem pani coś, co powiedziałam tylko jednemu człowiekowi. Raz jeden w życiu zrobiłam, co chciałam. Niech pani pamięta, to ważne. Bo kobiety rzadko robią coś dla przyjemności i w beztrosce. Miałam koleżankę, która raz do roku wyjeżdżała sama, bez rodziny. A ile na nią plucia było, to tylko ona wie. Że męża nie kocha, że dzieci zostawia” – mówi Krystyna, kioskarka, inicjując dłuższą historię. W owym „raz jeden w życiu” znajdujemy jednak zarazem oskarżenie i diagnozę: oskarżenie własnej niestanowczości, niedostatecznej sprawczości, owszem, przede wszystkim jednak diagnozę kobiecych ról i uwikłań. Gdy czyta się tę książkę, ma się wrażenie, że kobiecość jest jak dryfowanie pod wodą – z rzadkim wynurzeniem nad powierzchnię zdarzeń, z kilkoma ledwie ekscesami-wyskokami po haust powietrza. Czy tak formatuje się kobiety, czy też one same nieuchronnie skazują się na ów dryf pod taflą społeczną – to jedno z pytań tych współbieżnych historii. A przecież mamy tu całą galerię interesujących postaci: Krystynę z jej snem o Paryżu, Lucy – „kamperówkę”. Nie wiem zresztą, czy poradziłabym sobie z dokładnym rozpisaniem relacji między nimi, z precyzyjną mapą przecięć.

Niektóre dawne, dziewiętnastowieczne powieści domagają się wręcz słownika biograficznego postaci: co stało się z Lucjanem de Rubempré, jak skończył Mikołaj Stawrogin, jakie były dalsze losy Nataszy Rostowej? Takie słowniki rzeczywiście powstają: słowniki Balzaka, Dostojewskiego, Tołstoja czy Prousta pozwalają ogarnąć pamięcią epicki horyzont. Współczesna powieść ogranicza się jednak zwykle do kilku działających postaci („aktantów”) i czytelnik potrafi sam ustalić, kto jest z kim spokrewniony, dlaczego to lub owo zaszło, co działo się wcześniej, a co później.

Tak się jednak składa, że nie dotyczy to Anny Petelenz. Jej powieść Liczą się tylko poranki przy z pozoru skromnym zakroju wprowadza czytelnika w labirynt związków międzyludzkich i wymaga uważnej lektury. Mamy tu zaplot historii kilku kobiet, kilku dość widmowych mężczyzn oraz dziecka, pospinanych między innymi więzami pokrewieństwa, wieloletnimi zaszłościami i – ma się rozumieć – bagażem skomplikowanych uczuć. Wszystko to rzucone jest na mapę Krakowa sprzed – jeśli dobrze się domyślam – piętnastu lat. Zaiste, trzeba być krajanem bohaterek i bohaterów, by wychwycić różne smaczki.

Niewątpliwie Kraków pozostaje jednym z bohaterów tej książki. Autorka nie mitologizuje miasta nadmiernie, a jednak dostajemy mimochodem portret miasta, „którego obywatele woleliby nadal żyć jak za cesarza z dawno przebrzmiałej epoki”, jak pisała Beata Chomątowska. Kraków miewa na kartach tej powieści różne stany gęstości. Do tego dołączyć trzeba pewien „magiczny”, by tak rzec, samochód.

A i to nie wszystko, bo opowieść Petelenz okazuje się apologią rzeczy: pamięci rzeczy, ich nienarzucającej się obecności. Rzeczy – małych kotwic w naszym dryfowaniu. Może to dzięki nim – mimo kruchych sojuszy międzyludzkich, przemijania kiosków, profesji, formacji i mód intelektualnych – chce nam się ruszać w dzień, w poranek, w miasto. Dzięki ich materii, energii i fizyce – a i mistyce.

Może.

Anna Petelenz Liczą się tylko poranki, wydawnictwo Universitas, Kraków 2026

Eliza Kącka – pisarka, eseistka, literaturoznawczyni i krytyczka literacka, związana z Wydziałem Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka prozy i książek eseistycznych. Za poruszającą, autobiograficzną książkę „Wczoraj byłaś zła na zielono” otrzymała w 2025 roku zarówno Nagrodę Literacką Nike, jak i Nagrodę Nike Czytelników.

Ilustracja: Autorstwa Tomasz Leśniowski – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=150140731