PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Beata czyli słońce

Witold Bereś
Rekomendacje Witold Bereś

„Koloroterapie” na przekór jesieni.

Jesienna szaruga? Och, jakże potrzebujemy wtedy choćby resztek rozleniwiającego słońca, ogrzewającego ciało i duszę! Jakże potrzebujemy ciepłego światła, zwłaszcza gdy z witamin tylko kapusta kiszona i do herbaty hara pędzona ze śliwek. Żeby nie popaść w smutek, prostrację lub pragnienie ucieczki, polecam „Koloroterapię”. Energetyczne obrazy Beaty Malinowskiej-Petelenz.

Beata – serdeczna współpracowniczka magazynu „Kraków i Świat” – oddaje nam swoje prace już od czterech lat. Z jednej strony jest to delikatna kreska piórkiem, czerń i biel. To właśnie ta kreska dyskretnie odkrywa przestrzeń nam towarzyszącą, a z portretowanych twarzy wydobywa dusze. Z drugiej strony – i to mnie powala – jest eksplozja koloru.

Gdzie szukać podobieństw? Nie jestem znawcą malarstwa, choć smakuję je jak każdy amator wykwintnego stołu, lubujący się w kawiorze, lecz nieumiejący opisać różnicy między tym astrachańskim a tym z jezior chińskich. W malarstwie Beaty wyczuwam jednak coś więcej – nie tylko smak piękna, ale właśnie ową ciepłotę, w której senni ożywiają, a energiczni – odpoczywają. Ja kreskę Beaty, zwłaszcza w tych barwnych ekspresjach, odczuwam jak łagodne promienie Indian summer, kładące ciepło w sercu, w wątpiach i w żyłach pełnych pulsującej krwi, emocji i zmęczenia.

Przed laty wyczytałem, że jeden z bohaterów proustowskiego W poszukiwaniu straconego czasu zachwycał się kolorami Widoku Delftu Vermeera. Dziś, w czasach Sieci, odnalazłem ten cytat: „Wpatrywał się, jak dziecko w żółtego motyla, w ten drogocenny skrawek żółtej ściany” (tom Uwięziona). Wiadomo, Vermeer wielki jest, ale ten zachwyt Francuza ciepłą, świetlistą kolorystyką pozostaje inspirujący. Jako człek piszący, za bohaterem Prousta chętnie chciałbym, aby moi bohaterowie byli nasyceni barwą.

Jest więc chłód za oknem i szarówka, a ja patrzę na okładkę numeru marcowo-kwietniowego z zarysem Kaplicy Zygmuntowskiej, z jej charakterystyczną renesansową kopułą, tonącej w złocie i miedzi zachodzącego słońca. I już czuję to rozleniwiające ciepło, które rozgrzewa każde włókno zastanych zimą mięśni.

A gdyby jednak było za chłodno (choć wolę wiosenny zachód), biorę numer majowo-czerwcowy z wieżami bazyliki Mariackiej i czuję skwar rozgrzanego do białości krakowskiego Rynku na przełomie czerwca i lipca.

Ruszyć w bój chcę, choć śnieg na polu? Nie ma sprawy. Beata daje kościółek św. Wojciecha zanurzony w blasku słonecznego, zimowego dnia – i wiesz, że musi się udać, gdy tylko ruszysz.

Może chcesz odpocząć? Więc popatrz na spokój, światło i chłód wenecki, na bazylikę św. Marka w Wenecji, jej bogato zdobiony portal, gotyckie i bizantyjskie ornamenty. Przed oczami staje okładka styczniowo-lutowa, cała w błękitach, ale ze złotym słońcem, które niemal nigdy tam nie gaśnie.

A może duchów trzeba? Patrzę na twarze poetów numeru poetyckiego. A może świąt już pragnę? Są i święta – kolorowe, barwne, w Krakowie, i we Wiédniu, panie, we Wiédniu.

Kolor u Beaty nie opisuje rzeczywistości, tylko działa bezpośrednio na emocje: grzeje, drażni, alarmuje. Barwa u niej nie wypełnia kształtu, lecz sama staje się zdarzeniem.

Matisse? Ekspresjonista Emil Nolde? Mark Rothko, u którego kolor tworzy kontemplacyjną, niemal bezcielesną przestrzeń? Albo street art – czerwień, czerń, nieregularna siatka i gwałtowność znaków przypominają energię graffiti, wypalonego miasta, przemysłowej mapy. Gdzieś tam – ostrożnie – mógłby się skojarzyć Basquiat.

Ale po co mówić o innych? To jest Beata Malinowska-Petelenz, przy której obrazach chcę zakrzyknąć jak Andrzej Wajda, gdy pierwszy raz zobaczył kolekcję japońską Feliksa Jasieńskiego „Mangghi”: „Uderza jasność, światło, ład”.

I wy z tego skorzystajcie. Koniecznie idźcie na wystawę Beaty.