Rekomendacje
Plantatorzy z Żoliborza
O albumie “Swoją drogą mężczyzna” – premiera już 12 października
Najpierw było pole tytoniu pod Biłgorajem. Potem internat, odwołanie od wyroku losu, czerwiec 1989 roku, aktówka służąca za biuro, wielkie interesy, wielkie upadki, przyjaźń, ojcostwo i pytanie, które z wiekiem staje się coraz bardziej natarczywe: co po nas zostanie? Plantatorzy z Żoliborza zamienili biografię jednego mężczyzny w muzyczny portret całego pokolenia.
Na początku nie było wielkiego planu. Było wino. Była przyjaźń. Były dwie gitary, które od czasu do czasu spotykały się przy stole, i rozmowy trwające znacznie dłużej niż jakakolwiek rozsądna próba zespołu. Józef Palinka i Jacek Wasilewski przez kilka lat powtarzali, że skoro obaj grają, mogliby kiedyś nagrać coś wspólnie. Pomysł dojrzewał jak wino, czyli szlachetnie, ale bez pośpiechu. W końcu ktoś musiał zepsuć tę wygodną równowagę między marzeniem a działaniem. Witold Bereś powiedział im wprost, żeby wreszcie zrobili, zamiast tylko gadać.

Wtedy Palinka zaprosił Bartosza Pydynkowskiego – zawodowego gitarzystę, kompozytora i swojego nauczyciela gry. Różnica wieku nie przeszkadzała. Przeciwnie: okazała się jednym z instrumentów. Palinka przyniósł historie, Wasilewski słowa, Pydynkowski melodie i doświadczenie muzyka, który grał zarówno w ciemnych piwnicach i na rozgrzanych bankietach, jak i na festiwalu w Opolu, a dziś występuje w zespole Edyty Geppert. Tak powstali Plantatorzy z Żoliborza. Albo – jak mówi Bartek – słowiańscy Avengersi z Biłgoraja, zajęci ratowaniem świata muzyką.
Jacek, badacz języka i opowieści, porządkuje role z pomocą greckich muz. Józef reprezentuje Klio, bo dostarcza pamięć i historię. Bartek jest Polihymnią, bo zamienia je w muzykę. Jacek bierze dla siebie Kalliope, bo opowieść potrzebuje słów. Po czym natychmiast sprowadza całe to towarzystwo z Parnasu na ziemię: współpraca przebiegała zwykle na parterze u Bartka. I może właśnie dlatego płyta brzmi wiarygodnie. Nie powstała z deklaracji artystycznej, tylko z godzin słuchania siebie nawzajem.
Ręce pobrudzone tytoniem
To było proste życie, szło się i wracało ze szkoły,
hodowaliśmy tytoń o wielkich liściach za domem.
W sezonie wyścig ze słońcem, kto będzie pierwszy na polu,
rwaliśmy liście, by suszyć nocą je w szarych suszarniach.
Pierwsza piosenka zaczyna się tam, gdzie zaczyna się biografia Józefa Palinki: na plantacji tytoniu pod Biłgorajem. Dzieciństwo nie jest tu pocztówką z utraconego raju. Ma zapach ziemi, ciepłego piwa i liści, których sok zostawia na dłoniach trudne do zmycia plamy. Jest szkoła, ale są też żniwa. Jest pragnienie wyjazdu, lecz z domu przychodzi list z pytaniem, kiedy syn wróci, bo tytoń dojrzewa.
W tej historii wolność od początku ma cenę. Żeby odejść, trzeba zostawić matkę, pole i rytm prostego życia. Młody człowiek obiecuje sobie, że pewnego dnia nie wróci. Ale dorosły mężczyzna, który śpiewa po latach, wie już, że od miejsc dzieciństwa nie odchodzi się naprawdę. Plantacja zostaje w sposobie patrzenia na pracę, w uporze, w pamięci rąk. Nawet nazwa zespołu jest przewrotnym znakiem pochodzenia: Żoliborz przykrywa Biłgoraj, ale go nie unieważnia.
To już nie będzie moja plantacja tytoniu,
gdy wyjadę, nie będę się martwił już o nic.
A na razie spójrz, mamo, w plamach są moje ręce.
Przyjdzie dzień, że nie wrócę tu więcej.
Album Swoją drogą mężczyzna został pomyślany chronologicznie. Dziewięć piosenek prowadzi od dzieciństwa do wieku, w którym człowiek nie pyta już wyłącznie, kim zostanie, lecz także: co z tego wszystkiego przetrwa? Twórcy nazywają tę formę bioartem. To nie biografia opowiedziana od daty do daty i nie musical o sukcesie. Raczej album rodzinny, w którym fotografie nagle zaczynają mówić – czasem balladą, czasem alt-rockowym riffem, czasem quasi-rapowaną narracją.
Prawnik przeszkadza losowi
Z Biłgoraja na studia nie prowadziła prosta droga. Dwadzieścia osób na jedno miejsce, olimpiada historyczna, finał, do którego zabrakło jednego miejsca. Nauczycielka powiedziała: pisz odwołanie. Palinka napisał. Odwołanie uznano. Potem pojawiła się rejonizacja, która miała skierować go do Lublina, więc napisał następne. Chciał do Warszawy. W tej opowieści prawo nie jest jeszcze zawodem ani kancelarią. Jest pierwszym narzędziem samostanowienia.
Pisałem w życiu różne odwołania,
na los zacząłem się nie zgadzać.
Można świat sobie inaczej poustawiać,
prawnik losowi wciąż przeszkadza.
Najpiękniejsza scena tej historii rozgrywa się jednak nie w gabinecie komisji, lecz przy telefonie sąsiada. Palinka wraca, kupuje na drogę litr wódki i boczek, a potem próbuje dodzwonić się do matki. We wsi telefon jest w domu obok. Ktoś idzie po nią na pole. Matka przychodzi być może w kaloszach, słucha i płacze. Sąsiadka pyta, czy zdarzyło się nieszczęście. Nie – odpowiada matka – właśnie szczęście. Jedna krótka scena mieści w sobie cały awans społeczny tamtego pokolenia: wieś, pocztę, cudzy aparat telefoniczny, matkę oderwaną od pracy i syna, który po raz pierwszy naprawdę zmienił bieg własnego życia.
Palinka przeczytał Potop w trzeciej klasie podstawówki. Okrucieństwa nie zauważył, za to zachwycił go humor Zagłoby. Później czytał Leśmiana, ćwiczył Krav Magę, uczył się prawa, doradzał przy wielkich przemianach gospodarczych i współtworzył jedną z największych polskich kancelarii. Na pytanie o zazdrość odpowiada, że kibicowanie innym po prostu się opłaca, a lubienie własnych koleżanek i kolegów jest dziś luksusem. Zaraz dodaje, że czasem go wkurzają. W tym dopowiedzeniu jest cały Palinka: sukces nie wymaga pomnikowej pozy.




Nie mając nic, nagle wszystko masz
Na słupach czytaliśmy wyniki tego dnia,
i każdy tam, gdzie był, w niedowierzaniu stał.
Czerwcowy słońca blask i optymizmu strużka,
i jakby cały świat odczarowała wróżka.
Czwarty czerwca 1989 roku w piosence Transformacja nie ma jeszcze twarzy z podręcznika. Ma słupy oblepione wynikami wyborów, młodych ludzi stojących w słońcu i niedowierzanie, że nagle wolno wszystko – choć nikt nie wie, jak cokolwiek zrobić. Trzydziestoletni prawnik nosi biuro w aktówce. Przedwojenny kodeks trzeba kserować, bo ma pomóc w tworzeniu pierwszych spółek. Notesy pełne są nazwisk ludzi, którzy chcieliby zostać ministrami. Wieczorami jest piwo, w dzień zmienia się kraj – jak śpiewają Plantatorzy – podczas zabiegu wykonywanego na żywo.
To jeden z najciekawszych tonów płyty: ani hymn zwycięzców, ani akt oskarżenia. Raczej próba odtworzenia temperatury epoki, w której niewiedza była powszechna, a mimo to dawała energię. Jedni szli w dół, innych niosła fala. Nie było reguł, ale była przyszłość. Z dzisiejszej perspektywy łatwo wystawiać tamtym latom rachunki. Piosenka zachowuje coś trudniejszego – zdumienie ludzi, którzy obudzili się w rzeczywistości bez instrukcji obsługi.
To nie wróci już i to się nie powinno wracać,
czas, gdy jedni idą w dół, a innych niesie fala,
czas, gdy nie wiadomo nic, gdy nie ma reguł przyszłość,
gdy życie zmienia ci się w mig i nie mając nic, to nagle wszystko masz.
Potem przychodzą Szwajcar i Andersen: piosenki o pracy, ambicji oraz cenie płaconej za wejście na szczyt. Pierwsze spotkania z Zachodem, pierwsze konfrontacje ze Wschodem, pierwsze interesy, w których marzenie o nowoczesności mieszało się z koniecznością ciągłego uczenia się reguł. W Andersenie Ikar ma już nie skrzydła z wosku, lecz umowę z firmą Arthur Andersen. Korporacyjny lot kończy się upadkiem w cieniu afery Enronu, a epilog sprawy przychodzi po dwóch dekadach, wraz z wyrokiem szwajcarskiego sądu. Tak właśnie działa ta płyta: wielką historię konsekwentnie tłumaczy na prywatne doświadczenie.
Wino potrzebuje słońca
Nie byłoby tej opowieści bez miłości. I bez wina, które w historii Plantatorów pełni kilka funkcji naraz: uruchamia pomysły, pomaga rozmawiać, staje się metaforą związku, a czasem po prostu stoi na stole. Jacek przyznaje uczciwie, że sam woli piwo i wódkę, ale kiedy wino wybiera Józef, zawsze mu smakuje. Józef, który w tej sprawie czuje się ekspertem, poleca libańskie Château Musar – z zastrzeżeniem, że trzeba uważać na roczniki.
Do wina trzeba słońca, ziemi, winogron,
i chyba trochę słońca zabrakło nam.
Do wina trzeba słońca, winogron i ziemi,
ale chyba za dużo przestrzeni dzieli nas.
Wino jest piosenką o dwojgu ludzi, którzy byli sobie bliscy, a jednak coś przeoczyli. Najpierw kawałek miłości wystarczał im za kolację. Później codzienność, która miała być schronieniem, stała się miejscem zagubienia. Winogrona, jak słowa, nie powinny być gorzkie – śpiewają Plantatorzy – ale żadna ilość dosypanego cukru nie cofnie lat. To opowieść bez łatwego oskarżenia. Mężczyzna patrzy na pełną wspomnień kieszeń i wie, że cokolwiek z niej wyciągnie, zawsze natrafi na wspólną przeszłość.
Wasilewski słyszy poezję nie tylko w książkach. Wymienia Brzechwę, Ginczankę, Tuwima, Jurandota, Hemara i Szlechtera; mówi o melodyce Mickiewiczowskiego Jankiela, o współczesnym wzruszeniu Mikołajewskim i jego Dantem. Ale zaraz potem odnajduje wiersz w dialogu usłyszanym w tramwaju, w słodkim przeklinaniu sąsiadów nocą, w lekko wstawionym rytmie polszczyzny. Dlatego teksty Plantatorów nie udają poezji wysokiej. Ich siłą jest język, który pamięta rozmowę przy stole, pocztę w Biłgoraju, korytarz szpitala i piwo po politycznej rewolucji.
Jeśli coś się u ciebie dzieje
Jeśli coś się u ciebie dzieje, to jestem.
Świat naprostować, stanąć na nogi, w płuca powietrze.
Gadamy nocą, słowem zbroimy się,
by znów na ringu być, kiedy noc staje się dniem.
Przyjaciel jest być może emocjonalnym centrum płyty. Nie dlatego, że opowiada o przyjaźni bez skazy, lecz dlatego, że pokazuje ją w działaniu. Są problemy przy budowie stadionu we Wrocławiu i ktoś, kto po prostu staje obok. Jest Grabarka, dokąd idzie się razem, by wyrównać krok. Są Mazury, młode ziemniaki i szukanie świateł prowadzących przez mrok. Jest telefon ze szpitalnego korytarza oraz obecność człowieka, który nie jest lekarzem i niczego nie naprawi, ale przyjechał. Jest wreszcie Santiago de Compostela, śliskie skały i konieczność wzajemnej asekuracji.
To przyjaźń ludzi z czasów bez GPS-u. Nie potrzebuje codziennego potwierdzania, a różne drogi, kobiety, psy wożone samochodem i ból w krzyżu nie odbierają jej znaczenia. Prosty refren mówi coś, czego mężczyźni często nie potrafią wypowiedzieć bez żartu albo toastu: jeśli coś się u ciebie dzieje, jestem. Płyta zadaje w ten sposób pytanie większe niż historia jej bohatera: czego nauczyło się pokolenie, które świetnie radziło sobie z budowaniem spółek i instytucji, lecz znacznie gorzej z językiem bliskości?
Kołysanka przenosi tę rozmowę do relacji ojca z córką. Historia zbiorowa ustępuje rodzinnej, a sukces przestaje być mierzony stanowiskiem, procesem czy zbudowaną firmą. Liczy się zdolność zaakceptowania dziecka i powiedzenia słów, na które być może czekało od dawna. Tu męska biografia dociera do miejsca, w którym odwaga nie oznacza już walki z losem, lecz zgodę na cudzą odrębność.
Trzy różne krwiobiegi
Trzech twórców dzielą doświadczenia, lektury i sposoby myślenia. Palinka wybiera Leśmiana, Potop, piosenkę Weselne dzieci i Hey Jude. Czyta Irvina D. Yaloma, by rozmawiać ze strachem przed śmiercią. Wasilewski ceni staromodną Warszawę poetów, ale energię daje mu jidyszowy standard Bei mir bist du schön, do którego układa kolejne polskie wersje. Pydynkowski wskazuje Jarosława Borszewicza, Miss You Rolling Stonesów i Biblię, odkrytą na nowo po zdjęciu z niej kurzu. Do tego dorzuca Joe Dispenzę oraz autoironiczną skargę, że nie ma czasu na jogi i ping-pongi, bo robić trzeba.
Ta różnica nie została wygładzona. Jest konstrukcją zespołu. Palinka daje konkret: plantację, telefon u sąsiada, kancelarię, przyjaciela, kryzys. Wasilewski wychwytuje rytm i zdanie, które może stać się refrenem. Pydynkowski sprawdza, czy historia ma puls. Muzyka sytuuje się gdzieś pomiędzy poetyckim alt-rockiem a polską piosenką autorską; twórcy przywołują okolice Waglewskiego, Pablopava, Tymańskiego, Janerki i Świetlików, lecz nie próbują nikogo naśladować. Chodzi o znalezienie głosu dla mężczyzny, który jest już wystarczająco dojrzały, by patrzeć wstecz bez lukru i bez katalogu krzywd.
Podczas nagrań wydarzyło się coś, czego nie wpisano w plan produkcji. Kolejne piosenki uruchamiały wspomnienia muzyków i realizatorów. Ludzie opowiadali, gdzie byli w 1989 roku, co stracili w kryzysach lat dziewięćdziesiątych, kogo pamiętają i za czym tęsknią. Studio stało się miejscem zbiorowej terapii pamięcią. Przy nagraniach spotkali się Józef Palinka na gitarze, Bartosz Pydynkowski na gitarze i wokalu, Małgorzata Palinka na gitarze basowej oraz Jacek Wasilewski przy instrumentach perkusyjnych i szumidłach. Za produkcję w Boogie Town Studio odpowiadał Bartek Mieszkuniec, za miks i mastering Marcin Gajko.
Projekt, który musiał poczekać
Plantatorzy mówią, że ten projekt nie mógł powstać wcześniej. To zdanie brzmi jak zręczna formuła promocyjna, dopóki nie wysłucha się historii. Wcześniej nie było jeszcze materiału: błędów, strat, wstydu, dumy, pojednań i pytań, które pojawiają się dopiero wtedy, gdy człowiek ma za sobą więcej drogi niż przed sobą. Żeby nagrać Swoją drogą mężczyzna, trzeba było najpierw tę drogę przeżyć.
Nie jest to jednak album wyłącznie dla rówieśników bohatera. Szesnastolatek nie pamięta słupów z wynikami wyborów, kodeksu kserowanego na potrzeby pierwszych spółek ani świata, w którym telefon był u sąsiada. Może jednak rozpoznać pytanie o możliwość wyrwania się z miejsca, które wyznaczył mu los. Może zrozumieć wstyd przed powiedzeniem przyjacielowi, że jest ważny. Może zapytać własnego ojca, dlaczego tak trudno mówi mu o uczuciach. Prywatna historia staje się wspólna nie wtedy, gdy wszyscy pamiętamy to samo, lecz wtedy, gdy cudze wspomnienie pomaga nam nazwać własne.
Jacek Wasilewski mówi, że dobra historia domaga się opowiedzenia. Porównuje ten przymus do chwili, gdy wiosną zatrzymujemy się nad czymś wystającym ze śniegu albo jesienią zaczynamy szurać butami w liściach. Nie dlatego, że musimy. Dla smaku życia. Bartek, który czytał Frankla i Freuda, podejrzewa, że świadomych oraz nieświadomych celów ich grania jest wiele. Jeden wystarczy za wszystkie: robić fajne rzeczy z ludźmi, z którymi chce się przebywać.
Co zostaje
Ostatnia piosenka nosi tytuł Drzewo. Po plantacji, studiach, transformacji, miłości, pracy, przyjaźni i rozmowie ojca z córką zostaje pytanie o dziedzictwo. Nie o pomnik. O coś żywego, co może rosnąć dalej, a z czasem przerosnąć człowieka, który to zasadził. Drzewo jest przeciwieństwem korporacyjnego wykresu. Nie obiecuje natychmiastowego wyniku. Wymaga czasu, cierpliwości i zgody na to, że najważniejszą część jego życia zobaczą inni.
Może dlatego ta płyta jest bardziej pogodna, niż sugerowałyby wszystkie obecne w niej straty. Jej bohater nie wygrał każdej sprawy. Nie zachował wszystkiego. Nie zawsze umiał powiedzieć to, co należało powiedzieć. Ale nauczył się, że losowi można przeszkadzać, przyjacielowi można towarzyszyć, dziecko można przyjąć takim, jakie jest, a przeszłość można opowiedzieć bez udawania, że była piękniejsza. Mężczyzna z połowy drogi spogląda wstecz nie po to, by wrócić na plantację, lecz żeby zrozumieć, skąd ma plamy na rękach.
Swoją drogą mężczyzna składa się z dziewięciu piosenek, lecz działa jak jedna długa opowieść. Zaczyna się od chłopca, który chce wyjechać, a kończy na człowieku gotowym pozostawić po sobie coś więcej niż zawodowy życiorys. Pomiędzy nimi mieści się kawałek Polski: niepewnej, zachłystującej się wolnością, uczącej się kapitalizmu na żywo, budującej, tracącej i próbującej po latach odzyskać język dla uczuć. Plantatorzy z Żoliborza nie stawiają tej Polsce pomnika. Siadają obok niej z gitarą.
PREMIERA
12 października 2026 roku, godz. 19.30
AfterDark Club Stereo, ul. Nowy Świat 23 w Warszawie, wejście od Bramy Nowy Świat 27
Album: Swoją drogą mężczyzna | Plantatorzy z Żoliborza | dystrybucja e-muzyka S.A.
Teksty piosenek: Jacek Wasilewski i Józef Palinka. Muzyka: Bartosz Pydynkowski.