Słowo
Wspomnienie: Michał Kozioł
3 października 2026 roku zmarł Michał Kozioł. Zapamiętam Go jako człowieka, który zawsze trzymał fason.
Odbierał telefony także wtedy, gdy czuł się słabiej, i o swojej niedyspozycji mówił z godnością. Mimo wszystko niezmiennie dotrzymywał terminów. Dlatego tyle razy udawało nam się razem pracować: przy książce „Wokół Biprostalu, wokół Rynku Krowoderskiego”, przy pierwszym filmie z cyklu „Krakowski Szlak Filmowy – Krowodrza” i przy wielu innych przedsięwzięciach.
Czy wiecie Państwo, kiedy się poznaliśmy? Podczas Dnia Otwartego Magistratu, na placu Wszystkich Świętych. Jak do tego doszło? Pan Michał po prostu przysiadł się do stolika Dzielnicy V Krowodrza.
Od roku szukałem wówczas autora, który napisałby „jakąś” książkę o Krowodrzy. Właśnie: „jakąś”. Jak we fraszce Stanisława Sojki: „Żeby być kimś, trzeba wiedzieć, kto to”. Odmówiło nam kilku cracovianistów, wśród nich także jeden krakauerolog. Szukałem autora, tymczasem to autor znalazł mnie – znalazł nas. I nagle wszystko stało się oczywiste.
Nie chodzi zresztą tylko o książkę wydaną dekadę temu przez Muzeum Krakowa. Michał Kozioł otworzył przede mną Kraków, którego wcześniej nie znałem. Choć wówczas podążałem ścieżką bardziej literacką niż obecnie, dziś dziwię się, że przez tyle lat nie zajmowałem się tematyką, którą dopiero niedawno zaczęto określać mianem lokalnego dziedzictwa.
Michał Kozioł był rekordzistą pod względem liczby występów w cyklu prowadzonym przeze mnie „Porozmawiajmy o Krowodrzy”. Osobiście najbardziej zapamiętałem spotkanie z czasów pandemii, gdy, zasłonięci maseczkami, rozmawialiśmy o wigiliach we Wsiach Ogrodników. Na koniec próbowaliśmy nawet przełamać się opłatkiem – symbolicznie, ze względu na obowiązujące obostrzenia – z pracownikami Biblioteki Kraków, filii przy ulicy Królewskiej, oraz z osobami oglądającymi nas online. Gdzieś w sieci znajduje się zapis tego spotkania. Na pewno go odszukam, ale będę też wdzięczny za przesłanie linku.
Pamiętam również niezmiennie mistrzowski poziom tekstów pana Michała. Pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem autora, którego kolejne artykuły i książki – bez względu na temat oraz trud towarzyszący ich powstawaniu – miały wyraźny szkielet konstrukcyjny i prozodyczny, a przede wszystkim własny rytm. Nie zdążyliśmy o tym porozmawiać, ale być może stało za tym doświadczenie języków klasycznych, na pewno zaś łaciny. W mailu zawierającym umówiony artykuł pisał krótko: „Ecce!”. „Oto”. „Oto człowiek” (J 19,5).
W słowie – wierzę w to bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – zawarte jest życie. Nie chodzi wyłącznie o świat przedstawiony ani o rzeczywistość powołaną do istnienia przez pisarza. Słowo jest także świadectwem własnego życia, jego dopełnianiem i ujmowaniem w należne ramy. Pomaga wzbogacić życie biologiczne, przypomnieć rolę człowieczeństwa i języka, a może nawet na nowo nadać życiu kwestionowany dziś sens.
„Ecce!”, zapowiadające teksty pana Michała przesyłane w załącznikach, świadczyło zarazem o jego słowności – o dotrzymywaniu zobowiązań i wierności przyjaźni. Stało się dla mnie skrótem zarówno od „oto człowiek”, jak i od „oto słowo”. Człowiek i słowo tworzyły tu nierozdzielną całość, która – jak sądzę – streszczała Jego światopogląd.
Pozostaje pytanie, czy był zanurzony w tradycji, która odchodzi, czy raczej zakochany w świecie, który jeszcze do nas powróci – oczyszczony ze złogów, w lepszej postaci – i tym samym nas ocali.
W radach, także tych osobistych, których udzielał mi przez lata, jawił się jako jedyny w swoim rodzaju idealista, a zarazem pragmatyk. Był praktykiem, który – niezależnie od tego, co ktokolwiek sądzi o takim czy innym źródle wartości – radził się nimi kierować, bo uważał to za jedyną drogę ocalenia.
Świat, o którym zaczynamy wspólnie, a z czasem także zgodnie mówić, świat, w który uczymy się wierzyć – zaczyna istnieć. A wówczas wobec dobrej nowiny pozostaje nam już tylko ją przyjąć.
Każda Jego książka była i pozostaje taką nowiną. Każde spotkanie i każdy telefon.
Fot. Bogusław Świerzowski / krakow.pl