PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

„Prosto z pamięci” ciąg dalszy: Andrzej Warchał

Elżbieta Zechenter-Spławińska
Rekomendacje Elżbieta Zechenter-Spławińska

„Prosto z pamięci”

Andrzeja poznałam podczas egzaminu wstępnego na architekturę wnętrz w 1962 roku. Był sympatycznym i urodziwym osiemnastolatkiem. Egzamin trwał chyba cztery dni. Byłam o osiem lat starsza od pozostałych zdających. Oczywiście chciałam iść na ASP — na wydział malarstwa! — zaraz po maturze, ale ojciec uznał mój pomysł za niestosowny, ponieważ nie mógł sobie wyobrazić ukochanej, siedemnastoletniej jedynaczki w środowisku niezrównoważonych i, jego zdaniem, wątpliwych moralnie artystów.

– Pójdziesz najpierw na polonistykę. Po czterech latach studiów humanistycznych będziesz sobie mogła studiować, co zechcesz, choćby na ASP – zadecydował.
Pamiętam, jak próbowałam go przekonać do drugiej możliwości, czyli historii sztuki, ale ten pomysł tylko go rozbawił. -Już cię widzę w roli kustosza w jakimś zakurzonym muzeum! – zawołał. – Sama siebie nie znasz, córeczko.
Mój ojciec znał mnie może nawet lepiej ode mnie samej, ale w tym wypadku nie wziął pod uwagę kilku faktów, które wpłynęły na moją ucieczkę z Krakowa. Po dwóch latach spędzonych w Łodzi znalazłam się znowu w rodzinnym mieście i wkrótce poznałam u przyjaciół mojego przyszłego męża, Jacka Spławińskiego.
Mój egzamin na ASP odbył się więc z kilkuletnim opóźnieniem. Także z dwumiesięcznym opóźnieniem zjawiłam się na pierwszych wykładach przy ulicy Humberta. Miałam okazję wyjechać do Londynu, a nie były to czasy, gdy Polacy mogli swobodnie podróżować po świecie! Wyjechałam i nie żałowałam tej decyzji, choć przez to się spóźniłam. Wielkimi krokami zbliżała się pierwsza sesja, a ja miałam poważne braki. Pomógł mi Andrzej: przychodził codziennie do naszego małego mieszkania, garsoniery Jacka, aby „przerobić” ze mną wszystkie zaległości. Dzięki Andrzejowi pierwsza sesja poszła mi jak z płatka.

Mijały lata. Po studiach Andrzej zaczepił się jako „redaktor programu” w Studiu Filmów Animowanych przy ulicy Kanoniczej. Po następnych iluś tam latach i kolejnej – jak przypuszczam – awanturze z dyrektorem studia, Andrzejem Olszańskim, rzucił tę posadę, bo był pieniaczem i człowiekiem niezrównoważonym. Pozostał w Studiu przy Kanoniczej już tylko jako twórca filmów, a nie redaktor scenariuszy. Święty Przypadek, w który wierzę, sprawił, że objęłam po nim to stanowisko. I to Andrzej – znów! – wprowadzał mnie, tym razem w obowiązki redaktora programu, o których nie miałam pojęcia. Jak dawniej był serdeczny i dowcipny, wyjaśniając, co będzie do mnie należało. Dzięki Andrzejowi znów poczułam się pewnie w tym niezwykłym miejscu, w którym przeżyłam potem wiele lat.
Gdy chodziliśmy na programy Piwnicy pod Baranami, oklaskiwaliśmy odważne i ryzykowne występy Andrzeja, który zaczął działać jako następca Wieśka Dymnego i wygłaszał znakomite teksty prześmiewcze zza swojej posklejanej z dykty trybuny.

Andrzej miał coraz większe kłopoty ze zdrowiem. Skarżył się na bezsenność, na którą nie pomagały żadne leki. Nie przyznawał się, że często zażywał je po wódce. Zaczął przychodzić do Studia w stanie silnego pobudzenia, rozżalony na wszystko i wszystkich. Nie przyjmował naszych „dobrych” rad, bo wiedział lepiej. Znikał na całe miesiące, a potem wracał przegrany i tracił kontakt z rzeczywistością.
Pewnego popołudnia siedzieliśmy w Studiu w kilka osób. Nagle Andrzej stwierdził, że jestem esbecką wtyczką i że widział mój podpis w wiadomym urzędzie. Zapadła cisza. Nikt już nic nie powiedział. Ja także zamilkłam, porażona tym oszczerstwem.

Smutne, że było to moje ostatnie spotkanie z Andrzejem. Wiedzieliśmy, że już nie wróci do Studia, że choroba postępuje i nikt nie może mu pomóc.

                                                      


*

Andrzej Warchał (1943–2008) — krakowski satyryk, aktor, scenarzysta i reżyser animacji, absolwent ASP. Przez ponad trzy dekady występował w Piwnicy pod Baranami, gdzie zasłynął z antykomunistycznych monologów wygłaszanych zza czerwonej mównicy. Autor ponad 20 filmów, w tym nagradzanych: Gołąbka, Ta nasza młodość i Semper in altum. Uczestniczył w Marcu 1968, był rozpracowywany przez Służbę Bezpieczeństwa i internowany w stanie wojennym.

*

Elżbieta Zechenter-Spławińska pisze w swoim niedawnym wierszu bez tytułu:

„Stale ich przybywa. Tłoczą się
w Izbie Prywatnej Pamięci
w zapachu odległych wakacji,
uśmiechnięci, jakby nie stało się
nic nieodwołalnego.

Wpadają w snach, delikatni
jak ich pożółkłe listy w pilnych sprawach,
wysyłane z naklejką EKSPRES
dostarczane do domu nawet w niedzielę
przez zadyszanego posłańca”.

Ta znakomita poetka zechciała wydać u nas swój tom wspomnień „Prosto z pamięci” — możecie go kupić w e-sklepie:

Kontynuujemy niejako tę książkę, publikując kolejne, sukcesywnie nadsyłane przez autorkę wspomnienia…