Słowo
Ostatni wieczór wakacji
Stanąłem na plaży. Rajskiej – bez dwóch zdań.
A przecież to tylko plaża pod koniec sezonu w letnisku, gdzie są tylko woda, piasek, drzewa i wiatr. Teraz, wieczorem, była czynna już tylko jedna budka — z zapiekankami i piwem.
Działo się jednak coś więcej. Może dlatego, że pojawiła się ona?
Zobaczyłem ją tuż obok, nieopodal. Coś w niej budziło żywsze uczucia, intensywniejsze wspomnienia… Szatynka, szczupła, w średnim wieku, elegancka. Z tym błyskiem w oczach, który sprawia, że mężczyzna od razu wie: jedno dotknięcie wierzchu jej dłoni obudziłoby w nim nie tylko zmysły i pożądanie, lecz także potrzebę tkliwości. Przytulenia, jakiego nie zaznał od czasów maleńkości i matki.
Stanęła przed nim w kolejce. Pachniała piaskiem, wodą i delikatnymi perfumami, których facet oczywiście nie potrafi rozpoznać, choć uwielbia się w nich zanurzać.
Poprosiła o colę. Wyciągnęła kartę płatniczą.
Zagrałem najbardziej szarmanckiego spośród szarmanckich ziemian:
— Tutaj nie można płacić kartą. Czy pozwoli się pani oszołomić postawieniem tej coca-coli?
Uśmiechnęła się, ale jakoś tak… litościwie. Powinienem był wiedzieć, że w raju nie działają grepsy z dzielnicy, na której wprawdzie jest ślicznie, ale jednak bardzo, bardzo ziemsko. A może ona po prostu czyta z twarzy mężczyzny szybciej niż inne kobiety? I wie z niej więcej, niż sam chciałbym wiedzieć?
Więc: nietrafiony, niezatopiony.
— Dziękuję. Dam sobie radę bez pana pomocy.
Każdy żołnierz na froncie damsko-męskim wie, kiedy należy wycofać się taktycznie, aby przeprowadzić kontratak w innym miejscu.
Rozejrzałem się dookoła.
Słońce rozlewało pomarańczowe światło, a cienie były już naprawdę długie. To światło, tak znaczące pod koniec sierpnia, głosiło jedno: dziś będzie chłodna noc, jutro mglisty poranek. Ale w ciągu dnia słońca nie zabraknie. Wygrzeje kości, a delikatny zefir rozproszy ciepło po całej okolicy.
Jak to w świętej księdze stoi?
Że są tam ogrody, cień, źródła oraz rzeki płynące wodą, mlekiem, winem niepowodującym upojenia i oczyszczonym miodem. Są piękne szaty, kosztowności, owoce, uczty i wygodne łoża. A przede wszystkim — nie ma lęku, cierpienia, chorób, starości ani śmierci.
Wiecie, chodzi o taki raj bez limitów: łagodna pogoda, wieczne słońce, zmysłowe zachody, orzeźwiające noce, lekki deszczyk, a po nim tęcza. Do tego zimne piwo, warzone na miejscu, w rajskim browarze. Ryby podawane prosto z rajskich jezior. A za barem zmysłowa, długonoga anielica — uśmiechnięta i słoneczna nawet wtedy, gdy rajska pogoda wymaga odrobiny deszczu oraz jednej niewielkiej chmury. Anielica z uśmiechem podająca najlepsze przysmaki lokalnej kuchni.
No i szef wszystkich szefów: na szczęście nieobecny. Nie wydzwania. Nie pyta, czy deadline dotrzymany i czy wszystko jest ready.
W ten sposób zorientowałem się, że właśnie — po rozlicznych ziemskich tarapatach, po zakamarkach prawa, korytarzach zamków i niezliczonych piętrach urzędów — naprawdę wylądowałem w raju.
Nerwowo rozejrzałem się dookoła. Słyszałem wieści, że w raju podobno winny się pojawić również hurysy — czyste i piękne rajskie towarzyszki. Siedemdziesiąt dwie.
Ale po pierwsze, nie każdy należy do tego wyznaniowego rozdzielnika, w którym nagrodą są hurysy. Po drugie, nie każdy — zdecydowanie nie każdy — przyjmie piękne kobiety jak przedmioty, nawet gdyby miały być najwspanialszym darem. Bo piękne kobiety są piękne również dlatego, że pozostają niedostępne. Że trzeba je zdobywać. Poza tym trzeba przyznać: siedemdziesiąt dwie naraz poważnie obniżyłyby wartość takiego prezentu.
Dla mnie dziś dotknięciem raju jest raczej rozsypujący się klucz jaskółek. Pędzą jak oszalałe, nurkuję, odbijają się od tafli jeziora, a potem, z delikatnym trelem, wzlatują ku niebu. Jest też jakiś ptak krążący bardzo wysoko, niemal bez ruchu skrzydeł. Myszołów? Nie znam się na ptactwie, ale słownictwo mam bogate. W każdym razie ptak dosłownie tańczy w powietrzu — pięknie i bezlitośnie.
Do tego para dzikich kaczek sunących między powietrzem a wodą niczym kosmiczne ślizgacze. I kogut, któremu najwyraźniej poprzewracało się w głowie, bo wydziera się wraz z zachodem słońca, podczas gdy kury patrzą na niego jak na idiotę.
I ślimak, który po lekkim, ożywczym deszczyku, wyszedł z kępy traw i ruszył na poszukiwanie lepszych ziem i obfitszych łowów. Ale do cholery, ślimaku, do cholery, co ty teraz robisz na drucianym ogrodzeniu?
A jeszcze chłodny powiew najświeższego powietrza, zmieszanego z zapachem sosnowego lasu i rozgrzanych trzcin przy brzegu.
Że banał?
Być może. Ale można na chwilę przyjąć, że takie banały się zdarzają. To właśnie dzięki nim człowiek rozpoznaje, że znalazł się w raju.
Ale mam pytanie za sto punktów. Czy zastanawialiście się kiedyś, co właściwie robilibyście, gdybyście naprawdę do raju trafili?
Nie, proszę. Niech nikt nie bredzi o tych hurysach. Ani o schłodzonych sokach z granatu. ani o winie, którym się nie można upić.

Ja tam wiedziałem i dzisiaj wiem jedno: w raju trzeba zgrzeszyć. Więc byłby idiotą, gdybym tego nie zrobił. Przecież po to właśnie człowiek otrzymuje takie chwile. Jeżeli było się tak cudownie grzecznym, że aż trafiło się do raju, musi to być nagroda za życie układne, cnotliwe i postne, prawda?
Że to prawda tylko po części? Po jakiej części? Chyba dobry Los wie, co czyni?
Jakie więc życiowe recepty należy czym prędzej wprowadzić w życie?
Cholesterol? Dać mu popalić tłustym węgorzem, jedzonym z widokiem na panią Dorotę, zachodzące złote słońce i kryształki światła układające się na powierzchni jeziora niczym kawałki potłuczonego lustra.
Nadciśnienie? Zapalić sobie marlborasa i zaciągnąć się pełną piersią.
Cukrzyca? Diabli nadali! W miejscowej cukierni pani Maria, prawdziwa czarodziejka, na moich oczach wyciąga z pieca gorące jagodzianki i firmuje własnym nazwiskiem wielki tort bezowy.
Dawać, dawać! Nie poddaję się lekarskim przesądom. W raju wszystko wolno. Tu jestem wieczny. Jestem nieśmiertelny.
O, jest i szatynka. Przed nią mała kawa i malutkie ciastko. Tym razem to ona uśmiecha się do mnie.
Ale teraz to ja pokażę jaki jestem twardy, nie dam się wziąć na prosty lep uśmiechu.
Macham więc do niej z daleka kartą, którą właśnie płacę. Widzi to i parska życzliwym śmiechem. patrzy życzliwiej? Uśmiecham się i ja, najszczerzej. Proszę: raj ma sens.
Do własnej nadwagi należałoby jeszcze dorzucić kiepskie krążenie. Tutaj już nic nie pomoże? Niekoniecznie. Jest bar Złoty Strug.
Budynek stary, ceglany, zawieszony gdzieś między epoką pruską a złotymi latami sześćdziesiątymi ubiegłego wieku.
Jest nawet koncert. Śpiewa Elvis Presley. Przyjechał prosto z Olsztyna. To jednak trochę boli.
Ale trzeba się rozejrzeć. Wokół jest przeuroczo: stare gitary, błyskające neony, klimatyczne obrazy i fotografie. Zestaw kolorowych butelek na półkach za barem cieszy oko.
Więc co? Pięćdziesiątka? A, przepraszam — czterdziestka. W dzisiejszych czasach podaje się w czterdziestkach.
— Wie pan, lekarz zabronił mi alkoholu.
Barman spogląda ze zrozumieniem i nalewa aż po menisk.
— Trzeba uważać, prawda? Zdrowie jest najważniejsze. Musimy o nie dbać, więc będziemy pili tylko zdrową wódkę.
Litewski, pigwowy Stumbras kusi bursztynową barwą.
Pierwszy łyk. Malutki łyczek. Ten malutki, rajski łyczek, początkowo wykręcająca podniebienie z niechęci, by po chwili zamienić tę niechęć w dotknięcie stopy Pana Jezusa na gardle, jakby powiedział największy polski pisarz Pilchu.
Ktoś delikatnie klepie mnie w ramię.
W migających neonach wieczornego wystroju Złotego Struga jej oczy uśmiechają się szczególnie zalotnie.
— Wie pan, tutaj też można płacić tylko gotówką…
Patrzę na nią rozkojarzony, ale szybko biorę głęboki oddech i skaczę, nie sprawdzając głębi wody.
— Pani pozwoli…
Szybki ruch palcami w kierunku barmana, który jest absolutnym zawodowcem. Zresztą w raju innych nie zatrudniają.
Złocisty płyn napełnia teraz dwa kieliszki.
Kątem oka dostrzegam kilka pierścionków i coś, co wygląda jak obrączka na jej prawej dłoni. Widzę, że ona także zauważa obrączkę moją. Patrzymy przez ułamek sekundy na siebie ze zrozumieniem, po czym ona flirtująco puszcza do mnie oko.
Patrzymy na siebie porozumiewawczo.
Unoszę kieliszek lekkim ruchem.
— Jan.
— Barbara.
Delikatnie trącają się szkłem.
— I co, będzie bez całowania? — pyta prowokująco, lecz zalotnie.
Aż nadto chętnie pochylam się ku niej. Zapach perfum oszałamia. Dotyk skóry również. Jedno muśnięcie ustami w lewy policzek, drugie muśnięcie w prawy… Przy trzecim przypuszczam już śmiały atak na jej usta, ale ona parska cicho śmiechem i odchyla głowę.
— Przy pierwszym kieliszku?
Rozmowa, która zaczyna się między nami toczyć, przypomina dziesiątki podobnych rozmów, jakie każde z nas zapewne przeprowadziło już w swoim życiu.
— Przepraszam cię, ale muszę to powiedzieć… Jesteś jakaś taka…
— Że niezła dupa? Tak mówisz zwykle?
— Też. Pewnie, że też. Ale chciałem raczej powiedzieć: fascynująca uroda. Ten błysk…
— Powiedz mi: pewnie przypominam ci jakąś aktorkę?
— Nie. Żadna nie ma twojej klasy.
— Dobrze, dobrze… Odpowiedź poprawna. A ty, z tą brodą, masz w sobie coś z Seana Connery’ego.
— Czyli ze starością mi do twarzy?
— Owszem.
I tak się to toczy. Zresztą wszystko zawsze zostało już z góry powiedziane. Pozostaje tylko jedna niewiadoma: czy to zdarzy się dzisiaj?
– I co, Janie, porabiasz w życiu, poza oddechem w raju?
Próbuję sprawy przyspieszyć. Sięgam po tekst, który kiedyś niezawodnie działał. Z wystudiowaną grą w grze, rzucam, dowcipnie jak sądzę (a przynajmniej sprawdzało się to z tysiąc razy, budząc uśmiech i zarumienienie lekkiego wstydu)
— Książki piszę, filmy robię. Monotonne jak seks oralny.
Ale nie, nie. Ta piłka nie trafia w kort.
— No wiesz… Monotonny i nudny, ale ostatecznie ktoś musi go wykonywać? Stary, ograny tekst — krzywi się.
Kur… Już wiem, że palnąłem o jedno słowo za dużo.
Szybko wypijam drugi kieliszek, żeby zatrzeć smak porażki. Pomaga – nawet Presley teraz mniej boli.
W takiej sytuacji skuteczne bywają dwa ratunkowe chwyty.
Pierwszy: samokrytyka.
— Masz rację. Kompromitacja na całego.
Drugi: komplement.
— Nie pomyślałem, że masz tak męską inteligencję.
— Hm… Męską… Zobaczymy.
Przygląda mu się uważnie.
— A dlaczego tak się we mnie wpatrujesz? Rozejrzyj się. Przecież świat wokół roztacza uroki swe…
— I trzeba tylko garścią brać?
To dobry tekst, bo kojarzy się z kultowym serialem. Zaraz – kultowym? Kultowy to on był dla niego. Dla niej, dorastającej w epoce post-peerelowskiej, to przecież musi być targ ze starzyzną.
Robi mi się cholernie smutno. Myślę nagle, że może na starość mam już życia trochę za dużo. Robi mi się jakoś… nijako. Właściwie chciałbym przerwać tę durną rozmowę, zabrać napoczętą butelkę i wrócić do siebie.
Ale ostatecznie: gwardia umiera, lecz się nie poddaje! Najbardziej sprawdzona broń — szczerość.
— Patrzę w twoje oczy, bo mają oszałamiający kolor jaskółczych skrzydeł. I odbija się w nich cały najpiękniejszy świat.
Ona jest nadzwyczaj spostrzegawcza. Czyta z mojej twarzy jak z wczorajszej gazety. Ta wyraźna zmiana mojego tonu oraz coś zawartego w ostatnim zdaniu najwyraźniej ją urzekają.
Mówi cicho:
— Kocham jaskółki.
Patrzy na niego z mieszaniną niepewności i pikanterii.
— Nocujesz tutaj, w Strugu, prawda? Bo ja też… tutaj…
— W którym pokoju?
— Trzynaście.
— Pechowa trzynastka?
— Nie. Dlaczego? To się dopiero okaże.
Przykłada dwa palce do swoich ust, całuje je, a potem przyciska jak pieczęć do jego warg.
— Umiesz dochować tajemnicy, prawda?
Szybko zsuwa się z barowego stołka i znika.
Rzucam plik banknotów na kontuar, dopalam papierosa i na coraz mniej trzeźwych nogach ruszam korytarzem.
Nie muszę pukać. Drzwi pokoju numer trzynaście uchylają się natychmiast, gdy przed nimi staję.
To ona całuje pierwsza. Smakuje pigwówką i czymś jeszcze — nieokreślonym smakiem namiętnej młodości.
Kiedy o świcie uchylam oczy, bo chłód w pokoju, ona klęczy już ubrana obok łóżka. Jej piękne piersi nadal obiecująco poruszają się pod bluzką.
Całuje mnie mocno.
— Było fajnie. Za miesiąc w Kołobrzegu?
I wychodzi.
Spędzić noc z własną żoną — bezcenne.
Za całą resztę zapłacę zdrowiem.
Ale w raju?
Kto by się tu tym przejmował?
Ilustracja: Pluski, Marina, fot. Autorstwa Panek – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=149104132
