PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Piwniczny jazz

Witold Bereś
Rekomendacje Witold Bereś

W tym miejscu rządzi nie tylko kabaret i piosenka poetycka.

W programie letniego festiwalu, który od lat buduje markę Krakowa nie tylko jako stolicy polskiego jazzu, ale po prostu — stolicy kultury, zawsze pojawia się miejsce, które ludziom dalekim od tej muzyki z jazzem zapewne wcale się nie kojarzy.
A bez którego krakowski jazz nie byłby tym, czym jest.
Piwnica pod Baranami.

Znowu spotkałem na linii dzielnicy Witka Wnuka.
Ponoć chorował, ale nic po nim nie widać. Jak zwykle biegnie od spotkania do spotkania. Planuje, szuka, organizuje, działa. Człowiek-instytucja, który najwyraźniej uznał kiedyś, że skoro Kraków ma jazzową historię, to trzeba jeszcze dopilnować, żeby miała ona ciąg dalszy.
Wracam więc do jego książki, wydanej kilka lat temu: Jazz w Piwnicy pod Baranami. 25 lat Letniego Festiwalu Jazzowego, eleganckiego, bogato ilustrowanego tomu opublikowanego w 2020 roku przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne.
I przypominam sobie, że historia opowiedziana przez Wnuka zaczyna się właściwie znacznie wcześniej niż jego festiwal.
2.
Kraków jazzem stał od dawna.
Niemal wszyscy najważniejsi polscy muzycy jazzowi przewinęli się przez to miasto. Dziś działają tu setki jazzmanów, są kluby, szkoły, koncerty i publiczność, która nie potrzebuje szczególnego zaproszenia, żeby przyjść posłuchać improwizowanej muzyki.
A przecież wszystko zaczynało się w czasach, kiedy jazz nie był jeszcze oficjalną ozdobą miasta.
Jesienią 1954 roku odbyły się w Krakowie pierwsze Zaduszki Jazzowe — wydarzenie półlegalne, bo nowa muzyka z Zachodu nie cieszyła się szczególną sympatią komunistycznej władzy.
A potem była także Piwnica.
Dziś nazwa „Piwnica pod Baranami” przywołuje przede wszystkim kabaret, Piotra Skrzyneckiego, piosenkę poetycką, artystyczną bohemę i krakowskie noce, o których następnego dnia opowiadało się nie zawsze wszystko.
Ale jazz był tam od początku jednym z naturalnych języków tego miejsca.
I właśnie tę historię przypomina Wnuk.
3.
Kiedy w 1996 roku powołał do życia Letni Festiwal Jazzowy w Piwnicy pod Baranami, zapewne nie przypuszczał jeszcze, jak bardzo przedsięwzięcie się rozrośnie.
Z czasem Piwnica okazała się za mała, jazz wyszedł na zewnątrz, opanował kolejne kluby, sale koncertowe, place i ulice. Letni Festiwal Jazzowy wyrósł w Summer Jazz Festival Kraków, a jego publiczność zaczęła mówić wieloma językami.
To dzięki Wnukowi słuchaliśmy w Krakowie muzyków tej miary co Herbie Hancock, Chick Corea, Bobby McFerrin, Al Jarreau, Billy Cobham czy Randy Brecker. I oczywiście właściwie wszystkich liczących się Polaków — od nestorów, takich jak Jan „Ptaszyn” Wróblewski, po Adama Bałdycha i kolejne, jeszcze młodsze pokolenia.
Ponad sto mniejszych i większych koncertów podczas kolejnych edycji, kilkanaście miejsc, artyści z całego świata i wielojęzyczna widownia.
Wnuk może więc z uzasadnioną dumą pisać, że festiwal stał się jedną z większych imprez tego typu w Europie, a Kraków umacnia swoją pozycję letniego centrum jazzu.
I dobrze, że ta historia została zapisana.
Bo książka Wnuka nie jest wyłącznie albumem sukcesów.
Przypomina także tych, których już nie ma. Choćby Jarosława Śmietanę — jednego z muzyków, dzięki którym polski jazz wyszedł daleko poza polskie granice.
4.
Najlepsze są jednak momenty, kiedy oficjalna historia festiwalu zaczyna się Wnukowi wymykać.
W opowieści o kolejnych edycjach, koncertach i recenzjach autor wplata anegdoty zza kulis. A czasami także zza bufetu.
Bo jazz, szczególnie ten krakowski, nigdy nie składał się wyłącznie z nut.
Były nocne rozmowy. Były jam sessions. Byli muzycy, którzy po oficjalnym koncercie zaczynali grać ten drugi, nieplanowany. Była publiczność, która zostawała trochę dłużej, niż zamierzała. Był wreszcie bar, bez którego niejedna historia polskiej kultury wyglądałaby zapewne zupełnie inaczej.
Jak mówi stare jazzowe porzekadło:
„Bez gazu nie ma dżazu”.
I może właśnie dlatego jazz tak dobrze zadomowił się w Piwnicy pod Baranami.
Bo to miejsce nigdy nie lubiło wyraźnej granicy między sceną a widownią, artystą a słuchaczem, koncertem a nocną rozmową. Tutaj sztuka miała prawo zejść ze sceny, usiąść przy stoliku i zostać do rana. Bo dokładnie tego właśnie jazz potrzebuje.
5.
Zamykam książkę.
Witek Wnuk pewnie w tym czasie znowu gdzieś biegnie. Coś ustala, kogoś przekonuje, z kimś rozmawia, planuje następny koncert.
A ja czekam na kolejne przypadkowe spotkanie Witka z Witkiem.
Bo kiedy spotykamy się na linii dzielnicy, zwykle oznacza to, że za chwilę gdzieś w Krakowie znowu będzie grał jazz.