Rekomendacje
Pat Metheny wciąż w drodze
Wielkie preludium jubileuszowego Summer Jazz Festival: krakowski koncert Pata Metheny’ego już 27 czerwca 2026 roku w Centrum Kongresowym ICE! (Ponoć jeszcze są bilety!).
Pierwszy raz, ni stąd, ni zowąd, usłyszałem Pata Metheny’ego na żywo w czasach biedno-mrocznej komuny. Ktoś odstąpił mi bilet, którego cena — 800 zł przy 1800 zł pensji portiera, którym po nocach bywałem — była podówczas poza zasięgiem wiecznego studenta.
Był 4 kwietnia 1985 roku, a bure plakaty zapowiadały pierwszy koncert Metheny’ego w Polsce.
Podówczas jeszcze mój przyjaciel Burnetko nie szkolił mnie z jazzu, więc i niewiele wiedziałem. Akurat wtedy przekonała mnie gitara — co zabawne, bo dzisiaj w jazzie to właśnie ona zwykle mnie zniechęca.
Metheny grał ze swoją grupą Pat Metheny Group w Hali Wisły przy Reymonta, w ramach promocji albumu First Circle. Brzmiało to nieco komicznie, bo na nowy album z Zachodu mogli sobie wówczas pozwolić jedynie krezusi PRL.
I koncert mnie powalił.
Dwie i pół godziny grania, długie bisy, obłędna oprawa świetlna — rzecz niemal niespotykana podówczas na krajowych koncertach — i nabita po brzegi hala, choć Metheny nie był w PRL jakoś szalenie znany.
Ponoć wieczór nie skończył się w Hali Wisły. Po koncercie Metheny pojechał do klubu Pod Jaszczurami, gdzie wziął udział w jam session z krakowskimi muzykami. Basista Marian Pawlik wspominał, że zagrali między innymi około dwudziestominutowego bluesa. Metheny miał być rozluźniony, uśmiechnięty i wyraźnie cieszyć się wspólnym muzykowaniem.
Ponoć wieczór nie skończył się także w Jaszczurach… 🙂
2
Pat Metheny od pół wieku gra muzykę, która jest rozpoznawalna po kilku dźwiękach, a mimo to niemal nigdy nie brzmi jak powtórzenie dawnych sukcesów. Charakterystyczne, lekko zamglone brzmienie gitary, szeroko prowadzona melodia i harmonia otwierająca przed słuchaczem ogromną przestrzeń pozostały niezmienne. Zmieniają się natomiast krajobrazy.
Metheny bywa jazzmanem, minimalistą, romantykiem, eksperymentatorem, konstruktorem niezwykłych instrumentów, a czasem niemal autorem muzyki filmowej do filmu, który każdy słuchacz musi wyobrazić sobie sam.
W ostatnich latach artysta porusza się pomiędzy dwoma biegunami: samotnością i rozmachem. Albumy Dream Box z 2023 roku oraz MoonDial z roku 2024 ukazywały Metheny’ego niemal sam na sam z gitarą. Nie była to jednak ascetyczna demonstracja wirtuozerii. Przeciwnie — grał ciszej, intymniej, jakby sprawdzał, ile muzyki może pomieścić pojedynczy dźwięk.
Ta kameralność nie oznaczała jednak ucieczki od świata. Była raczej powrotem do źródła: melodii. Metheny nigdy nie wstydził się piękna ani wzruszenia. Nawet gdy jego kompozycje są harmonicznie skomplikowane i rytmicznie przewrotne, na powierzchni pozostają śpiewne. To bodaj największy sekret jego muzyki: kunszt zostaje głęboko ukryty, aby słuchacz nie musiał podziwiać konstrukcji, lecz mógł po prostu wejść do środka.
Wydany w lutym 2026 roku album Side-Eye III+ przyniósł odbicie w przeciwną stronę. Po okresie samotnych wędrówek gitarzysta ponownie otworzył muzykę na zespół, rytm i wielobarwną aranżację. Rdzeń nagrania tworzą znacznie młodsi od niego Chris Fishman na instrumentach klawiszowych i Joe Dyson na perkusji, wspierani między innymi przez basistę Daryla Johnsa oraz licznych gości.
Nie jest to jednak powrót dawnego Pat Metheny Group ani próba odtworzenia jego charakterystycznego, pełnego światła brzmienia z lat osiemdziesiątych. Dawne kolory pojawiają się tylko jako ślady pamięci. Metheny wykorzystuje je do budowania muzyki bardziej nerwowej, zwartej i rytmicznie współczesnej.
Istotą projektu Side-Eye jest zresztą spotkanie pokoleń. Metheny nie dobiera młodych muzyków po to, aby nauczyć ich własnego stylu. Szuka osobowości zdolnych zachwiać jego przyzwyczajeniami. Wymaga wirtuozerii, ale jeszcze bardziej — umiejętności powstrzymania się od popisu. Potrzebuje partnerów, którzy potrafią wykonać rzeczy niezwykle trudne, lecz nie muszą nieustannie udowadniać, że je potrafią.
Dlatego jego obecna muzyka nie brzmi jak dzieło zasłużonego mistrza otoczonego uczniami. To spotkanie artystów wzajemnie wystawiających się na próbę.
Najnowszy Metheny coraz wyraźniej łączy zatem dwie potrzeby: skupienie człowieka pochylonego nad pojedynczą struną oraz rozmach lidera zdolnego uruchomić wielką muzyczną maszynę. Technologia, syntezatory, osobliwe stroje gitar i rozbudowane aranżacje nigdy nie są u niego celem samym w sobie. Mają służyć temu, co najprostsze i najtrudniejsze zarazem — melodii, która wydaje się znajoma, choć słyszymy ją po raz pierwszy.
Metheny wciąż nie brzmi jak klasyk zamknięty we własnej legendzie. Nadal gra muzykę drogi: bezpiecznie rozpoznawalną, a zarazem prowadzącą gdzieś dalej. Tyle że dziś mniej interesuje go zdobywanie nowych terytoriów niż coraz głębsze poznawanie tych, które nosił w sobie od początku.
I choć nadal jest to ten jazz, w którym rządzi gitara, to bez dwóch zdań będzie to kolejne wielkie wydarzenie kulturalne.
A ja — mimo moich dzisiejszych gitarowych uprzedzeń — na koncert pójdę!
Foto: Wikipedia
