PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Miasto

Katarzyna Opałka: więcej zieleni zawsze oznacza lepsze miasto

Anna Petelenz
Miasto Anna Petelenz

Rozmowa z K. Opałką, Ogrodniczką Miejską, wokół wystawy „Zielone przestrzenie Krakowa”, którą do 6.09.2026. można oglądać na Placu Św. Ducha.

Anna Petelenz: Zasada 3–30–300 mówi o trzech dorosłych drzewach widocznych z okna, 30 proc. pokrycia koronami i 300 metrach do parku. Czy Kraków wie, które dzielnice są dzisiaj najdalej od tych standardów i czy właśnie tam będą kierowane pieniądze i drzewa?

Katarzyna Opałka: Mamy w Krakowie bardzo dużo danych o zieleni, ale jeszcze nie na tyle kompletnych, żeby uczciwie powiedzieć, że jesteśmy w stanie policzyć zasadę 3–30–300 dla każdego mieszkańca i każdego miejsca w mieście. Zarząd Zieleni Miejskiej ma pod opieką około 250 tysięcy drzew rosnących na terenach gminnych i sukcesywnie je inwentaryzuje. Mamy też dane, które pozwalają porównywać dzielnice, między innymi pod względem liczby drzew pozostających w zarządzie miasta w przeliczeniu na mieszkańca. Widać w nich duże różnice pomiędzy poszczególnymi częściami Krakowa. Możemy wskazać kilka przykładów, które dobrze pokazują skalę wyzwania – chociażby Ruczaj, Zabłocie czy rozwijający się Złocień. Dobrym przykładem jest Złocień. To obszar o dużym potencjale dalszego rozwoju mieszkaniowego, a jednocześnie nie ma tam pełnowymiarowego parku. Powstał park kieszonkowy, co oczywiście jest ważne, ale przy skali osiedla to zdecydowanie za mało. Problemem jest też brak odpowiednio dużych miejskich działek, na których taki park można byłoby zaplanować. Jednocześnie w wielu intensywnie zabudowanych obszarach, ogromnym wyzwaniem są same ulice. Na Zabłociu ulice są wąskie, a wiele z nich znajduje się na terenach prywatnych. Miasto nie zawsze ma więc możliwość, żeby po prostu wejść w taką przestrzeń i posadzić drzewa.

To dobrze pokazuje ograniczenia zasady 3–30–300. W nowych inwestycjach możemy i powinniśmy od początku planować odpowiednią ilość miejsca dla drzew i zieleni. Traktuję więc zasadę 3–30–300 przede wszystkim jako bardzo dobry kierunek i punkt odniesienia. W prosty sposób pokazuje, jak powinno wyglądać nasze najbliższe otoczenie. To, co widzimy przez okno, ma ogromne znaczenie – idealnie, jeśli możemy zobaczyć zieleń i dojrzałe drzewa. Równie ważne jest to, czy po wyjściu z domu możemy w kilka minut dojść do większego terenu zieleni.

I temu między innymi służy nasza wystawa. Chcemy nie tylko pokazać tę zasadę, ale sprawić, żeby mieszkańcy zaczęli zwracać uwagę na takie kwestie i domagać się podobnych rozwiązań. Żeby przy dyskusji o nowym osiedlu, przebudowie ulicy czy nawet niewielkiej inwestycji drogowej pytanie „gdzie będą drzewa?” było czymś zupełnie naturalnym.

Bo cały czas zdarza nam się traktować drzewa jako element, który można usunąć, jeśli nie pasuje do pozostałych elementów projektu. A to nie jest dobre rozwiązanie. Dojrzałego drzewa nie da się szybko zastąpić. Na wystawie pokazujemy, ile czasu potrzeba, żeby młode drzewo osiągnęło rozmiary, przy których rzeczywiście daje cień i wpływa na mikroklimat. Dlatego z jednej strony musimy sadzić nowe drzewa i tworzyć tereny zieleni tam, gdzie występują największe deficyty, a z drugiej – znacznie lepiej chronić dojrzałe drzewa, które już w Krakowie mamy.

A co z innymi, może mniej spektakularnymi sposobami walki z upałem – są mieszkańcy Krakowa, którzy od lat np. walczą w swoich spółdzielniach o…przemalowanie czarnego dachu bloku na biały lub nasadzenia na dachach?

Bardzo wierzę w sumę małych działań. Przez kilka lat prowadziłam zespół zajmujący się parkami kieszonkowymi i od początku przyświecała nam zasada, że w mieście nie możemy marnować żadnej przestrzeni, którą możemy przeznaczyć na zieleń. Park kieszonkowy nie zastąpi dużego parku, ale jego ogromną wartością jest to, że znajduje się blisko mieszkańców. Wiele takich miejsc w Krakowie wcześniej było pustymi, niewykorzystanymi przestrzeniami. Po zagospodarowaniu zaczęły żyć i dziś są bardzo lubiane przez mieszkańców. Podobnie jest z innymi małymi działaniami – ogrodem deszczowym, zielonym dachem, zbiornikiem na deszczówkę czy niewielkim odbetonowaniem. Pojedynczo nie zmienią całego miasta, ale jeśli będą ich setki czy tysiące, zaczynają mieć realne znaczenie. Zatrzymujemy więcej wody tam, gdzie spada, ograniczamy nagrzewanie powierzchni i wprowadzamy więcej zieleni. Duży potencjał do takich działań jest oczywiście na terenach prywatnych. Dlatego ważne są programy, które zachęcają właścicieli do wprowadzania takich rozwiązań. Kraków ma już program mikroretencji, wspierający między innymi zatrzymywanie wody opadowej czy tworzenie zielonych dachów, i warto takie instrumenty rozwijać.

Dla mnie najważniejsze jest myślenie, że każdy fragment miasta ma znaczenie. Nie wszędzie możemy stworzyć duży park, ale możemy mieć tysiące mniejszych miejsc, które zatrzymują wodę, dają cień i poprawiają jakość codziennego otoczenia. I suma tych działań naprawdę może zmieniać miasto.

Kraków deklaruje „Wielkie odbetonowanie” ponad 105 tys. m² miejskiej przestrzeni. Ile z tych zmian rzeczywiście jest już przesądzone, z zabezpieczonym finansowaniem i terminem realizacji, a ile pozostaje koncepcją?

Jesteśmy na bardzo konkretnym etapie. Wszystkie projekty, dokumentacje i niezbędne uzgodnienia dla inwestycji objętych tym wnioskiem są przygotowane. Miasto zabezpieczyło również wkład własny, a cały pakiet został złożony do dofinansowania. Teraz czekamy na wyniki naboru. Jeżeli otrzymamy dofinansowanie, będziemy mogli przejść do realizacji. Wszystkie inwestycje objęte projektem muszą zostać zakończone do 2029 roku, więc efekty będą pojawiały się sukcesywnie. Oczywiście zawsze istnieje możliwość, że nie otrzymamy środków w tym konkretnym naborze. Nie oznacza to jednak rezygnacji z tych projektów. Dokumentacje są gotowe i będziemy szukać kolejnych możliwości ich finansowania. Co ważne, już teraz przygotowujemy drugi etap i kolejne projekty do następnych naborów. Chcemy, żeby odbetonowanie nie było jednorazową akcją, tylko stałym kierunkiem zmiany Krakowa – szczególnie ulic, placów i innych mocno utwardzonych przestrzeni, w których dzisiaj najbardziej brakuje zieleni.

Mówicie o drzewach jako o „żywej infrastrukturze”, równie ważnej jak budynki. Czy to oznacza, że miasto jest gotowe powiedzieć: tego miejsca dla samochodów już nie oddamy?

Nie lubię stawiania sprawy w taki sposób: albo drzewa, albo samochody. Uważam, że to bardzo niebezpieczna narracja, bo zmusza mieszkańców do opowiedzenia się po jednej ze stron. A przecież drzewa i samochody mogą funkcjonować obok siebie. Drzewa powinny być normalnym elementem infrastruktury ulicy – rosnąć wzdłuż jezdni, pomiędzy miejscami parkingowymi, ale też na dużych parkingach przy centrach handlowych. W Polsce wciąż mamy ogromne powierzchnie parkingów praktycznie pozbawione drzew, które latem bardzo mocno się nagrzewają. Odbetonowanie nie musi też automatycznie oznaczać likwidacji parkingu. Czasami wystarczy inaczej ułożyć przestrzeń, zmienić geometrię miejsc postojowych i znaleźć miejsce na drzewa. Oczywiście czasem oznacza to utratę kilku miejsc parkingowych, ale zawsze powinniśmy szukać rozsądnego kompromisu. Mamy w Krakowie przykłady pokazujące, że można łączyć różne funkcje przestrzeni. Przy Parku Kolejowym powstała duża zielona przestrzeń, a jednocześnie wzdłuż parku zachowano miejsca parkingowe. Na Krupniczej również udało się połączyć wprowadzenie zieleni i drzew z miejscami postojowymi, które znalazły się tam, gdzie wskazywali je mieszkańcy. Takim przykładem jest również Plac Świętego Ducha, gdzie znajduje się obecnie nasza wystawa. To bardzo trudna, historyczna przestrzeń, a mimo to udało się wprowadzić tam drzewa i więcej zieleni, zachowując jednocześnie inne ważne funkcje placu, w tym miejsca postojowe. Trzeba było przy tym uwzględnić uwarunkowania konserwatorskie, historyczny charakter miejsca i zachować ważne osie widokowe. Mam nadzieję, że za kilkadziesiąt lat będziemy siedzieć na placu w cieniu posadzonych dziś drzew i podziwiać Teatr Słowackiego.
Zmiana sposobu myślenia o przestrzeni wymaga czasu. Pamiętam, że kiedy zaczynaliśmy tworzyć parki kieszonkowe, wiele osób podchodziło do nich z dużym dystansem. Dzisiaj są czymś naturalnym, mieszkańcy je lubią i sami zgłaszają kolejne takie miejsca choćby w budżecie obywatelskim. Mam nadzieję, że podobnie będzie z odbetonowaniem ulic. Nie chodzi o to, żeby usuwać samochody z miasta, ale żeby przestać projektować przestrzeń tak, jakby samochód był jej jedynym użytkownikiem. Drzewa powinny stać się równie oczywistą częścią ulicy jak chodnik, jezdnia czy miejsca parkingowe.

Drzewo potrzebuje czasu by urosnąć, tymczasem mieszkańcy potrzebują ochrony przed upałem już teraz. Co dziś i jutro miasto zrobi, by pomóc mieszkańcom?

To rzeczywiście duże wyzwanie, bo nawet najlepiej zaprojektowane nasadzenia nie dadzą nam pełnego efektu od razu. Dlatego chcemy testować również rozwiązania, które mogą zapewnić cień mieszkańcom w krótszej perspektywie. Przygotowujemy się do pozyskania środków na lekkie konstrukcje pergolowe, które mogłyby pojawiać się przede wszystkim tam, gdzie młode drzewa są jeszcze zbyt małe, żeby skutecznie zacieniać przestrzeń, albo gdzie z różnych względów technicznych nie możemy obecnie posadzić drzew bez większej przebudowy ulicy. Chcemy sprawdzić takie rozwiązania w praktyce i zobaczyć, jak funkcjonują w przestrzeni miasta. Jeżeli się sprawdzą, będziemy mogli stosować je również w kolejnych miejscach, w których cień jest szczególnie potrzebny. Ale bardzo ważne jest dla mnie jedno: pergola nie zastąpi drzewa. Powinna być rozwiązaniem uzupełniającym – stosowanym tam, gdzie drzewa jeszcze nie dają odpowiedniego cienia albo gdzie ich posadzenie nie jest obecnie możliwe. Docelowo to właśnie duże, zdrowe drzewa powinny być podstawowym źródłem cienia w przestrzeni miasta.

Czy „więcej zieleni” zawsze oznacza lepsze miasto? Jakie błędy popełniliśmy w Krakowie, sadząc rośliny albo projektując zieleń w sposób, który okazał się nietrwały, zbyt kosztowny albo nieprzystosowany do suszy i upałów?

Dla mnie odpowiedź może być tylko jedna: więcej zieleni zawsze oznacza lepsze miasto. W końcu jestem Ogrodniczką Miejską. Natomiast wraz ze zmianą klimatu coraz ważniejsze staje się to, co sadzimy, gdzie sadzimy i czy dana roślina poradzi sobie w konkretnych warunkach. Jeszcze jakiś czas temu bardzo mocno stawialiśmy na gatunki rodzime. Dzisiaj widzimy, że część z nich nie zawsze dobrze radzi sobie w ekstremalnie trudnych warunkach miejskich – przy wysokich temperaturach, suszy czy zasoleniu. Dlatego musimy patrzeć przede wszystkim na odporność roślin i warunki konkretnego miejsca. Bardzo ważna jest też różnorodność. Jeżeli w mieście mamy zbyt dużo jednego gatunku, pojawienie się choroby czy szkodnika może stać się dużym problemem. W Krakowie mamy na przykład bardzo dużo lip, dlatego kolejne nasadzenia powinny być bardziej zróżnicowane. Zmieniają się również kryteria, którymi kierujemy się przy wyborze roślin. Estetyka nadal jest ważna, ale nie może być jedynym kryterium. Dobrym przykładem są hortensje – efektowne i bardzo lubiane przez mieszkańców, ale wymagające w czasie upałów dużej ilości wody. Mają swoje miejsce w przestrzeniach reprezentacyjnych czy parkach kieszonkowych, gdzie kwiaty budują charakter miejsca i mają duże znaczenie dla mieszkańców. Niekoniecznie jednak sprawdzą się jako podstawowa zieleń przyuliczna, gdzie potrzebujemy roślin znacznie bardziej odpornych na trudne warunki. Musimy też uważnie obserwować, jak rośliny reagują na zmieniający się klimat. Ciekawym przykładem jest werbena patagońska. Jeszcze kilka lat temu traktowaliśmy ją właściwie jak roślinę jednoroczną, a dziś coraz częściej przetrzymuje zimę i bardzo łatwo się rozsiewa. To pokazuje, jak szybko zmieniają się warunki, ale też przypomina, że przy wprowadzaniu nowych gatunków musimy być ostrożni i obserwować ich potencjalną ekspansywność. Dlatego nie traktowałabym wcześniejszych doświadczeń jako błędów. One są dla nas źródłem wiedzy. Obserwujemy, które rośliny dobrze sobie radzą, a które wymagają zbyt intensywnej pielęgnacji, i na tej podstawie zmieniamy kolejne nasadzenia. Miasto i klimat cały czas się zmieniają, więc my również musimy się do tych zmian dostosowywać.

Miasto może zazieleniać własne place, ulice i parkingi, ale ogromne powierzchnie Krakowa należą do prywatnych właścicieli, jak np. wielkie, wybetonowane parkingi przy centrach handlowych, o których Pani wspomniała. Czy miasto zamierza zachęcać właścicieli takich terenów, by część ich powierzchni zazieleniali? Jakimi narzędziami mogłoby to robić?

To jest dla mnie bardzo ważny temat, bo duże parkingi są jednymi z najbardziej nagrzewających się przestrzeni w mieście, a jednocześnie mają ogromny potencjał do wprowadzania drzew. Drzewa pomiędzy miejscami postojowymi powinny być czymś zupełnie naturalnym. W przypadku nowych inwestycji bardzo ważne są narzędzia planistyczne. Zależy mi na tym, żeby w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego pojawiały się zapisy dotyczące nie tylko powierzchni biologicznie czynnej, ale również liczby drzew. Sama powierzchnia biologicznie czynna nie gwarantuje jeszcze, że rzeczywiście pojawią się tam duże drzewa. Dlatego powiązanie jej z konkretną liczbą drzew daje nam znacznie skuteczniejsze narzędzie. Znacznie trudniej jest w przypadku parkingów, które już istnieją i są własnością prywatną. Tutaj nasze możliwości prawne są ograniczone i pozostaje przede wszystkim rozmowa z właścicielami oraz pokazywanie im, że takie zmiany są możliwe. W ubiegłym roku prowadziliśmy na przykład rozmowy z IKEA. Nasz zespół przygotował prostą koncepcję pokazującą, w jaki sposób można byłoby wprowadzić drzewa na istniejącym parkingu, nie rezygnując z jego podstawowej funkcji. Na razie nie przełożyło się to na realizację, ale wierzę, że kiedy któryś z dużych właścicieli zdecyduje się na taki krok i pokaże, że parking może funkcjonować razem z dużą liczbą drzew, kolejnym będzie już znacznie łatwiej pójść tą samą drogą. Ktoś po prostu musi być pierwszy. Docelowo potrzebujemy zarówno dobrych zapisów planistycznych dla nowych inwestycji, jak i zachęt dla właścicieli już istniejących obiektów. Bo jeżeli chcemy rzeczywiście zmieniać mikroklimat Krakowa, nie możemy ograniczać się wyłącznie do terenów należących do miasta.

Czy „zielona zmiana” Krakowa jest w ogóle możliwa bez zaangażowania wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych, właścicieli nieruchomości, a także samych mieszkańców? Jeśli tak, to jak wyobrażają sobie Państwo tę współpracę: co miasto może zaproponować w zamian, a czego będzie oczekiwać? Jak zamierza informować, że coraz bardziej upalna pogoda będzie sprawiać, że życie w mieście będzie trudniejsze i tej zieleni naprawdę potrzebujemy?

Przede wszystkim miasto musi dawać dobry przykład. Jeżeli chcemy przekonywać mieszkańców, wspólnoty czy prywatnych właścicieli do wprowadzania zieleni, sami musimy pokazywać, jak można dobrze zmieniać przestrzeń. I mamy tutaj jeszcze dużo do zrobienia. Kraków potrzebuje odważnych zielonych projektów. Skala wyzwań związanych ze zmianą klimatu jest zbyt duża, żebyśmy ograniczali się wyłącznie do drobnych działań. Jednocześnie równie ważne jak zaprojektowanie dobrej zmiany jest to, w jaki sposób ją przeprowadzimy. Pokazały to chociażby dyskusje wokół Zielonej Starowiślnej czy Zielonej Grzegórzeckiej. To odważne propozycje z punktu widzenia błękitno-zielonej infrastruktury, ale pokazały też, jak trudno wprowadzić dużą zmianę bez wcześniejszej rozmowy o tym, po co ją robimy i co mieszkańcy dzięki niej zyskają. Nie chodzi więc o rezygnację z ambitnych projektów. Musimy być odważni, ale jednocześnie budować społeczne zrozumienie dla zmian – poprzez rozmowę, edukację, a czasem również etapowanie. Chciałabym, żeby drzewa, retencja czy odbetonowanie były traktowane nie jako coś, co zabiera przestrzeń, ale jako niezbędna infrastruktura miasta. Widziałam taką zmianę myślenia przy parkach kieszonkowych. Kiedy zaczynaliśmy je tworzyć, budziły dystans. Dzisiaj mieszkańcy sami zgłaszają kolejne takie miejsca. Kiedy ludzie widzą dobre rozwiązanie w praktyce, zaczynają oczekiwać go również gdzie indziej. W ten sposób miasto może wpływać także na tereny, które do niego nie należą. Jeżeli pokażemy, jak można odbetonować przestrzeń, zatrzymywać wodę, sadzić drzewa czy tworzyć ogrody deszczowe, mieszkańcy mogą później przenosić te rozwiązania na tereny wspólnot, spółdzielni czy własnych nieruchomości. Potrzebujemy więc odważnych projektów, ale też edukacji i rozmowy, dzięki którym mieszkańcy będą te zmiany rozumieć, oczekiwać ich i z czasem wprowadzać również we własnym otoczeniu.

Przypadek parkingu przy ul. Piwnej pokazuje, że potrzeba parkowania może wejść w konflikt z potrzebą zazieleniania miasta.

Dla mnie Piwna jest właśnie doskonałym przykładem tego, jak powinna wyglądać infrastruktura w mieście. Projekt nie zakładał likwidacji parkingu. Dzięki zmianie jego geometrii możliwe było wprowadzenie drzew i zieleni przy zachowaniu zdecydowanej większości miejsc postojowych. To dokładnie ten kierunek, o którym mówiłam wcześniej – nie „drzewa albo samochody”, tylko szukanie sposobu, żeby te funkcje ze sobą połączyć. Myślę też, że bardzo duże znaczenie miał moment, w którym projekt był konsultowany. Był to czas silnych emocji i protestów związanych między innymi z Zieloną Starowiślną. Dla kolejnych projektów zakładających odbetonowanie i wprowadzanie zieleni był to po prostu bardzo trudny moment. W takiej atmosferze łatwo zrobić krok wstecz również tam, gdzie proponowana zmiana jest znacznie mniejsza. A przy Piwnej wcale nie mieliśmy do czynienia z jednoznacznym sprzeciwem mieszkańców. Głosy w konsultacjach rozkładały się mniej więcej po połowie. Kiedy później projekt nie znalazł się we wniosku o dofinansowanie w ramach FEnIKS, pojawiło się też sporo głosów rozczarowania, że nie będzie realizowany. Dlatego wróciliśmy do projektu i jeszcze raz go przeanalizowaliśmy. Udało się dodatkowo ograniczyć liczbę miejsc postojowych przeznaczonych do likwidacji, przy zachowaniu najważniejszego założenia, czyli wprowadzenia drzew i zieleni. Co ważne, mamy już akceptację Rady Dzielnicy, która wręcz wskazała na potrzebę realizacji tego rozwiązania. Teraz będziemy szukać możliwości jego finansowania. Piwna pokazuje więc dla mnie coś bardzo ważnego: odbetonowanie nie musi oznaczać rezygnacji z innych funkcji miasta. Często kluczowe jest po prostu inne zaprojektowanie przestrzeni. I właśnie takich rozwiązań powinniśmy szukać – takich, które wprowadzają drzewa i zieleń, ale jednocześnie odpowiadają na realne potrzeby mieszkańców.

Z jednej strony mówimy o „zielonej zmianie”, walce z upałem i potrzebie przewietrzania miasta, z drugiej – Kraków wciąż się zabudowuje. Czy możemy już powiedzieć: są w Krakowie miejsca, których nie będziemy już zabudowywać, bo ich zachowanie jest ważniejsze dla klimatu miasta?

Musimy to pogodzić, bo Kraków nadal będzie się rozwijał. Nie chodzi o zatrzymanie rozwoju miasta, tylko o zmianę sposobu, w jaki o nim myślimy. Pracujemy obecnie nad kluczowymi dokumentami, takimi jak plan ogólny i nowa strategia rozwoju Krakowa. Na poziomie planowania musimy chronić najważniejsze tereny przyrodnicze, ciągłość systemu zieleni, doliny rzeczne i tereny istotne dla retencji, a jednocześnie wyznaczać standard dla nowych inwestycji. Bo pytanie nie brzmi już tylko: gdzie możemy budować? Równie ważne jest: jak będziemy budować? Ile pozostawimy powierzchni biologicznie czynnej, czy znajdzie się miejsce dla dużych drzew, co stanie się z wodą opadową i czy istniejące drzewa zostaną zachowane. Bardzo zależy mi na tym, żeby zieleń nie była czymś, co projektujemy na końcu, kiedy budynki, drogi i parkingi są już rozplanowane. Powinna być jednym z punktów wyjścia do projektowania inwestycji – tak samo jak komunikacja czy infrastruktura techniczna. Nowe obszary zabudowy są też szansą, żeby od początku zrobić to dobrze: zostawić przestrzeń dla dużych drzew, zatrzymywać wodę, stosować nawierzchnie przepuszczalne i zapewnić mieszkańcom dostęp do terenów zieleni. Znacznie trudniej naprawia się miejsca, które zostały już intensywnie zabudowane bez odpowiedniej przestrzeni dla zieleni. Rozwój miasta i zieleń nie powinny więc stać po przeciwnych stronach. Możemy się rozwijać, ale musimy budować tak, żeby decyzje podejmowane dzisiaj nie stały się problemem dla kolejnych pokoleń.

Ilustracja: