Słowo
Ignacy Karpowicz (1976-2026)
Wspomnienie.
Jest lipiec, rok bodaj 2007. Zasiadam za stołem podczas Bieszczadzkiego Lata z Książką. Imprezę po raz kolejny zorganizowało wydawnictwo BOSZ. Przez dwa dni, 14 i 15 lipca, Lesko i Przemyśl stają się małymi stolicami polskiej książki. Zjeżdżają wydawcy: Czytelnik, PIW, Publicat, W.A.B., Prószyński i S-ka, Wydawnictwo Literackie, Czarne, Zysk i S-ka, oczywiście BOSZ. Przyjeżdżają pisarze: Janusz Szuber, Marek Nowakowski, Marek Krajewski, Janusz Anderman. Jest też Radosław Sikorski. Spotkania prowadzą między innymi Krzysztof Masłoń, Jerzy Kisielewski, Tadeusz Górny.
I ja.
W programie stoi:
„12.30 – Olgierd Budrewicz, Ignacy Karpowicz i Witold Bereś rozmawiają o podróżniczych fascynacjach”.
No więc siadamy.
Gwiazda jest oczywista: Olgierd Budrewicz. Starszy, elegancki pan, który zjechał cały świat. Tuż za nim jestem ja, po publikacji książki „Kapuściński nie ogarnia świata”, o legendzie polskiego reportażu i podróżowania. Obok siada młody, przesympatyczny i wtedy jeszcze mało znany Ignacy Karpowicz. Ma za sobą debiutanckie Niehalo, dostrzeżone między innymi przez „Politykę”. Ale nagle okazuje się, że to właśnie ten młody mówi najciekawiej. Nie czytałem wtedy jeszcze niczego Karpowicza. Pomyślałem tylko: tego faceta trzeba będzie przeczytać.
Trochę mi zeszło.
Dopiero kilka lat później wpadły mi w ręce „Balladyny i romanse”. I oszalałem. Pozytywnie, żeby nie było wątpliwości. Potem były „Ości”. Potem Sońka – oszałamiająca opowieść, w której najpierw widzimy tytułową bohaterkę jako jakąś dziwną wiejską wiedźmę, trochę szeptuchę, kogoś z innego świata. A potem, krok po kroku, odsłania się przed nami kobieta niezwykła, ciągnąca za sobą cały tren wojennych traum, krzywd i cierpienia. Potem była Miłość. Tu akurat podobało mi się mniej. Wreszcie, już jako juror Nike, dostałem do czytania Ludzi z nieba.
Pamiętam, że podczas którejś literackiej dyskusji powiedziałem, zgoła nieprofesjonalnie, że po Balladynach i romansach Karpowicz ma u mnie carte blanche: może napisać, co chce, a ja i tak będę czytał. To oczywiście trochę nieprawda. Nie przeczytałem wszystkiego, co napisał. Ale najzabawniejsza była reakcja innych jego czytelników.
– Jak to Balladyny i romanse?! Przecież Sońka!
– Bzdura. Ości!
– Nie, Miłość!
I tak dalej.
Bo pisarstwo Ignacego miało osobliwą właściwość. Nie tylko dzieliło ludzi na tych, którzy uważali je za bełkot, i tych, którzy widzieli w nim literaturę najwyższej próby. Podziały zaczynały się także wśród wyznawców. Były różne kościoły Karpowicza. Osobni psychofani Sońki, osobni Ości, osobni Balladyn i romansów. Każdy wiedział najlepiej, który Karpowicz jest Karpowiczem prawdziwym.
Ja należałem do sekty Balladyn.
Szybko zrozumiałem, co mnie w jego pisaniu tak uwiodło. I – jak myślę – uwodziło także wyznawców innych kościołów.
Oto Karpowicz z cudowną łatwością przekraczał granice schematów i fabularnych klisz. Bawił się konwencjami, mieszał je, podkładał im nogę, a kiedy czytelnikowi wydawało się już, że wie, dokąd autor go prowadzi – skręcał. Używał też też dwa znakomite wytrychy do rzeczywistości: komizm i absurd. Dzięki nim mógł pisać o rzeczach paskudnych, bolesnych i śmiertelnie poważnych, nie osuwając się w narodowe biadolenie ani literacką tromtadrację.
Dlatego każda książka Karpowicza mogła na pierwszy rzut oka wyglądać jak chaotyczny miks stylów, języków i pomysłów. Tyle że ten chaos był pozorny. Trzeba było wejść głębiej. Dać mu chwilę. Zaufać.
Powiem wam tak – czytajcie Karpowicza. Warto. Tyle że nowych książek Ignacego już nie przeczytamy. Umarł w wieku pięćdziesięciu lat. Dwa lata wcześniej odszedł inny ciekawy prozaik – Marcin Wicha. Miał pięćdziesiąt trzy. Nie umiem znaleźć w tym żadnego sensu. I nawet nie mam ochoty go szukać. Można oczywiście napisać podniośle, że polska kultura traci ludzi, którzy mieli przed sobą jeszcze lata twórczości, kolejne książki, kolejne rzeczy do powiedzenia.
Ale co mnie wkurza to, że znikają moi pisarze. Ci, którzy mogli dla mnie jeszcze tyle napisać.
Ilustracja: Autorstwa I, Mariusz Kubik, CC BY 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2252779