Miasto
Potrójny art brut, poproszę!
Artysty marzenia, samochody i miasto.
Gdyby nie wrodzone lenistwo, nieusuwalne skłonności do prokrastynacji oraz ostrzeżenie z alertu RCB , które przyszło w samą porę, aby zdjąć z duszy wyrzuty sumienia za niewykonanie polecenia Pani Redaktor Wicenaczelnej (w skrócie telegraficznym: Pani Ani), poszedłbym jak w dym na ten wernisaż. Na tym wernisażu byłoby bardzo miło, usłyszałbym zapewne krótki życiorys artysty. Organizatorzy powitaliby artystę tradycyjnie kwiatami, a potem otwarto by schłodzone w lodówce wino. Starzy znajomi przywitaliby się nawzajem głośno. Dobrze jest bowiem spotkać starych przyjaciół w miłych miejscach takich jak galeria sztuki. Na miejscu jednak nie mógłbym być długo. Miejsce to zresztą nie jest tak naprawdę łatwe w odbiorze. Miejsca wewnątrz nie ma dużo, drzwi galerii wychodzą wprost na ruchliwą ulicę.
Wysłany zostałem więc przez Wielce Szanowną Panią Naczelną w Zastępstwie Redaktora Naczelnego do obowiązku wizyty i zdania relacji z wernisażu wystawy prac plastycznych p. Krzysztofa Majewskiego. Ucieszyłem się z tego zadania, bo to po pierwsze honor relacjonować coś z prawdziwie demokratycznej galerii (osobiście jestem zdania, że sztuka jest z istoty swojej demokratyczna, bo każdy może nauczyć się malować albo grać na jakimś instrumencie), a po drugie artysta trafił czule w moje osobiste preferencje tematyczne. Od dziecka fascynuję się otwarcie i bez ogródek światem techniki (faktem pozostaje, że zazwyczaj starszej już niż najstarsi ludzie pamiętają z własnej autopsji).

Artysta wystawia zatem w pierwszej i do dziś jedynej galerii sztuki brutalistów (no bo gdzieżby indziej?) swoje nad wyraz brutalistyczne prace (bo przecież pojazdy samochodowe to czysty futuryzm czyli brutalizm). A więc w galerii brut artysta brut a temat sam arcybrut. Trzy w jednym!
To może już być na wydelikaconego krakowskiego mieszczanina duszy wrażliwej stanowczo zbyt wiele. Bo to brzmi jakby na placu centralnym w wiadomej dzielnicy (brut!) spotkały się już nie dwie, a wręcz trzy grupy kibiców klubów piłkarskich. Ale na szczęście kultura ciągle jeszcze funkcjonuje inaczej niż PZPN. W świecie wewnętrznym się rozwija, w metaforach i wdzięcznych iluzjach. Więc siedząc sobie wygodnie na tylnej kanapie bezgłośnej tesli, zapyta ktoś – a gdzież tu brutalizm? To tylko obrazy.
A jednak żeby otwarcie zaproponować wystawę obrazów o tematyce samochodowej trzeba (szczególnie w Krakowie, mieście magicznym z ustalonymi z dawien dawna wzorcami) mieć pewną zuchwałość w sobie. Technologia komunikacji samobieżnej co prawda otacza nas już od jakichś dwóch wieków (silniki benzynowe, samochody elektryczne i parowe jeżdżą sobie po bezdrożach i autostradach od połowy XIX wieku) ale w naszym artystycznym mieście ten temat nadal – zdaje mi się- ciągle jest mocno podejrzany.
Kiedy dawnymi czasy (jakże prędko czas bieży!) podjąłem trud i życiowe ryzyko (z czego będziesz żył chłopcze? pytali stroskani wąsaci wujowie i koronkowe ciotuchny) studiów artystycznych w tutejszej szkole plastycznej zwanej Akademią imienia Jana Matejki, osobiste zainteresowanie studenta techniką motoryzacyjną jako tematem twórczości nie było wśród szacownego profesorskiego grona mile widziane. Nie żeby samochody, rektorzy czy dziekani osobiście odrzucili, wybierając fiakra, zaczarowaną dorożkę i pelerynę. Nic z tego. Pomiędzy sobą bowiem zaciekle rywalizowali na marki i modele. Pojazd kołowy był par excellence symbolem sukcesu. Byle po cichu, byle dyskretnie. Otwarte mówienie o pewnych sprawach nie jest w mieszczańskich salonach mile przyjmowane. Samochody w tamtych czasach (to jest młodości pierwszej niżej podpisanego) były obiektami bardziej luksusowymi niż gospodarstwa rolne. Żeby kupić porządne nowe auto, trzeba było otrzymać od ludowej ojczyzny talon. Ale na ten talon dostępne były tylko krajowe bądź radzieckie marki.
Te zaś modele o których naprawdę zasypiając marzyliśmy, przekraczały znacznie przecięte możliwości finansowe. No i groziła wizyta urzędu oraz domiar czyli podatek. Niedobór stwarzał tęsknotę. Gdybyśmy tylko mogli nie wiedzieć o technologicznej cywilizacji zgniłego Zachodu. Bo przecież człowiek nie pragnie tylko tego, czego nie zna.
Ale w akademii zegar dziejowy jakby się zatrzymał. Relatywizm czasu byłby tu dobrze działał w laboratorium obserwacji fizyki kwantowej. Rzeczywistością pracownianą była modelka w atrakcyjnym stroju Ewy, albo sześć jabłek na przykrytym obrusem stole, butelka zielona dająca z siebie połyskliwe refleksy, a jeśli nie ona to jakiś starożytny biust. Najlepiej ten, co sobie stał na korytarzu szacownego gmachu niedaleko Barbakanu położonego. Zachęcano gorąco do studiowania (ilość biustów była bowiem ograniczona) siebie samych nawzajem i układania koleżanek i kolegów w zgrabne kompozycje, wzorowane na tych z galerii Uffizi.
No wszystko to byłoby bardzo piękne (dulce et decorum), gdybyż tylko dało się całą naszą współczesną, ludzką psyche zapakować w skrzynkę jak o tym marzą sobie oligarchowie z Krzemowej Doliny, i przenieść hurmem w czasy renesansowej włoskiej Arkadii. A niechby choć tylko w rejon Niepołomic, byle w pobliże komnaty włoskiej królowej Bony.
Tak jakby dało się odzobaczyć to, czym się nasiąkło jak gąbka kąpielowa z pedetu. Filmy holly- łódzkie z policyjnymi pościgami po ulicach nowojorskich, czarno białe chevrolety z gwiazdami szeryfa na czarnych burtach; pana Samochodzika w terenowej amfibii (w telewizji występował prawdziwy wojenny Schwimmwagen produkcji Volkswagena); Sobiesława Zasadę udzielającego właścicielom szczęśliwym nowych fiatów i starych syren jak zastąpić w razie konieczności pasek klinowy damską pończochą (mistrz kierownicy nie udzielał jednak równie wartościowych porad, skąd wziąć w Polsce nylonowe pończochy); zachwytów przypadkowych przechodniów nad doskonałością zwartej formy zaparkowanego pod ulicznymi lipami czarnego mercedesa 220 z owalnymi tablicami rejestracyjnymi; mozolnej wspinaczki spoconej ciężarówki „Żubr” na trasie Kraków-Zakopane – da radę, czy nie da rady?
Być może – dziś wyobrażam sobie – panowie profesorowie (i panie profesorzyce) zbyt blisko w czasie na osi byli od strasznej epoki „socrealizmu”? Wtedy jak wiemy lansowano centralnie a uparcie tylko jeden temat godny pędzla, piórka, węgla lub pióra- praca radosna(za psi grosz, zupełnie, rzekłbyś, jak dzisiaj!). Maszyny krajowej produkcji (Ursus) pracujące dla powszechnego dobra ludzkości (byleby tylko nie na prywatne potrzeby!) . Na nich hoże traktorzystki, do złudzenia podobne do krzepkich dziewoi z filmów Leni Riefenstahl. To może przyprawiać o przerażenie i można wszak zrozumieć tę niechęć, posiadając choćby minimalny aparat empatii.
Jednak z drugiej strony czy nie daliśmy się sterroryzować totalitarystom wszelkiej maści? Przecież taka Tamara Łempicka na przykład to dziś nareszcie gwiazda na firmamencie sztuki równie jasna co taki francuski Rodin czy hiszpański Picasso. Więc szczęśliwie czas jest dziś lepszy niż onegdaj aby wrócić do tego, czym sztuka jest w swej najpierwszej odsłonie. Fascynacją i zachwytem artysty nad światem, który go otacza. Osobistych relacji z obiektami.
Jego dusza wskazuje widzom to, o czym być może na codzień nie pamiętają. Że piękno może mieszkać dosłownie wszędzie. A że wokoło już coraz mniej toskańskich księżniczek na tle rycerskich zamków, a coraz więcej zakorkowanych samochodami ulic, to już przecież nie twórcy wina. Na takim świecie przyszło jemu i nam żyć. Bo gdyby na przykład taki Ucello oglądał nie kondotierów a pędzące po asfalcie samochody, to zapewne inne by posiadał inspiracje. Byłby może współtworzył z Łempicką monumenty malarskie z wyścigówkami marki Bugatti. Podobnie jak dziś tworzy w zaciszu swojej pracowni p. Krzysztof Majewski.
Gdybyż tylko jeszcze mieć można jedno marzenie- iżby ktoś otwierał galerię w regularnych porach, tak żeby przypadkowy przechodzień mógł schodząc ostrożnie z ulicy Stromej na Kalwaryjską na moment kontemplacji. Wtedy -jak to mawiał nieoceniony prof. dr Wiktor Zin: iluzja byłaby zupełną! A marzenia nic nie kosztują.
Krzysztof Majewski. „Jedziemy!” Rysunek/grafika. Galeria Kalwaryjska 29., do dn. 21.08.26
