PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Ucho i kamień

Paweł Głowacki
Rekomendacje Paweł Głowacki

Duchy. Szept miasta

Nie ma przeszłości innej niż opowiedziana. Nutami w nitkach pięciolinii bądź już brzęczącymi. Puzzlami farb na płótnie, kartonie, desce. Krzywiznami rzeźb, kreskami rysunku. Widmami na fotografiach, monidłach. Wszystko może być gromadą znaków przydatnych w snuciu bajki o wczoraj. Wszystko, także słowa. Zwłaszcza one. „Opowiadaj, opowiadaj, a zjawię się”. Czy podobnie szepnęła zmarła matka śniącemu Narratorowi? I z tego szeptu zrodziło się W poszukiwaniu straconego czasu? „Opowiadaj, lecz nie łudź się, że odzyskasz minione”, jakoś tak przestrzegał ojciec małego Jorge Luisa Borgesa. „Nie łudź się, gdyż wspominając, w istocie nie wspominasz odległego zdarzenia”.

Wciąż słychać tę lekcję miarkowania na dziei. Przypomina się czasem. Nigdy dokładnie, zawsze zmieniona nieco – lecz lekcja powraca. Ojciec Borgesa był bezlitośnie precyzyjny. Wspominając – rozwijał myśl – wspominasz tylko poprzednie wspominanie. Pamięć nowa styka się plecami z pamięcią starą, jak w kolumience ułożonych na szachownicy monet każda kolejna jest echem monety leżącej pod nią, a nie czarnego lub białego pola pod kolumienką. Z każdym wspomnieniem dokładasz coś lub odejmujesz, bezwiednie. Nieuchronnie modyfikujesz poprzednią narrację i nie masz pewności, czy tym razem portret przeszłości zgodny będzie z przeszłością. Nie będzie. Opowiesz wczorajszy spacer brzegiem jeziora? No właśnie. Układasz słowa wokół orzeczeń w formie czasu minionego, bo inaczej nie sposób pamiętać. Lepisz zdania, łudząc się, że skutecznie lepisz, to znaczy – że opowieścią wrócisz do źródła. Łudzisz się, gdyż nie przyjmujesz prawdy Syren, które w Powrocie Odysa Stanisława Wyspiańskiego nuciły: „Nikt żywy w kraj młodości raz drugi nie wraca”. Lecz po ostatniej kropce bajki o wczorajszym spacerze brzegiem jeziora – przyznasz rację Syrenom. Pogodzisz się z niepewnością i ona z tobą zostanie. Bo któż rozstrzygnie, czy udała się narracyjna wędrówka do wczoraj? Kto odpowie, czy spacer był taki czy tylko mgliście podobny, czy może zupełnie inny niż ten, który zabrzęczał w zdaniach ufnie i mozolnie tkanych przez ciebie dzień po spacerze? Kto? Ja? Przecież ja mam własną historyjkę o tym samym, płonnie czekającą, jak twoja, na certyfikat prawdziwości. Może zatem odpowie ktoś, kogo wczoraj nad jeziorem nie było, lecz umie snuć fikcje subtelniej niż my? Tak. Odzyskać miniony dzień w cudzym teatrzyku słów – to przykre. Lecz czy nie lepiej dostać przeszłość malowniczo skłamaną niż nie mieć jej wcale?

Później Borges kilka razy przywoła przestrogę kolumienki monet. Choćby w prologu fikcji Urlica: „Moje opowiadanie będzie wierne rzeczywistości, a w każdym razie mojemu wspomnieniu rzeczywistości, co w końcu narzeczach, od tylu wieków powtarzane hi jest tym samym”. Na końcu bajki Noc darów układa sławetne frazy. „Lata mijają, tylekroć opowiadałem tę historię, że nie wiem już, czy rzeczywiście ją pamiętam czy tylko powtarzam słowa na nią się składające. Dziś to już wszystko jedno, czy to ja czy też ktoś inny widział, jak zginął Moreira”. Już się nie łudził, miał pewność: prawdą przeszłości jest dzisiejsza fikcja. To jedyna nasza wierność wobec wczoraj. Jestem uważnym uczniem, pilnym. Dlatego rozpoczynam układać moje z palca wyssane wspomnienie odległego lipcowego popołudnia, kiedy to siedząc w kawiarnianym ogródku na Rynku Głównym w Krakowie, Tadeusz Kantor wyjął z czarnej teczki szkicownik i zaczął kreskami wracać do dalekiej przeszłości, w której go nie było. Zaczął rysować portret Stanisława Wyspiańskiego wsłuchanego w człekokształtny przedmiot z piaskowca. A może to granit? Może marmur? Lub jeszcze inna twardość? Obojętne.

Szare kreski Kantora tańcowały prędko. Nie było tak, lecz tak było, gdyż tak napisałem. Kilka łyków kawy, pół paczki papierosów wypalonych, jak zwykle, ledwie do połowy, dwa koniaki – i obrazek był gotów. Widać na nim, jak twórca Wesela stoi na szczycie żyrafiej drabiny, sięgającej wierzchołka organów zmarłych nad wrotami katedry wawelskiej, i skleja prawe ucho z człekokształtną rzeźbą. Dokładnie zmyślając – z kamiennymi palcami lewej ręki Króla Dawida, co od wieków są w skostniałej gotowości do gry na harfie z kamienia. Wyspiański szuka uchem dostępu – czeka na zgrzyt widmowej furtki, co uchyli się wewnątrz kamienia, nasłuchuje, aby móc wpaść, niby Jonasz, do brzucha tajemnicy, wnętrza wiekowej opowieści. Wsłuchując się – mruczy coś? Tłumaczy? Sędziwą bajkę, mruczącą w rzeźbie, in flagranti przekłada na własny język, własne rytmy, intonacje i rymy? Od ponad wieku wiadomo, że tak. Tłumaczył, przekładał. I wiadomo, że w ostatnim akcie dramatu Akropolis kilkunastoma słowami didaskaliów zwrócił Dawidowi ciało i pozwolił, aby wraz z harfą nagle znów dźwięczną niczym w wersetach Starego Testamentu – spłynął na posadzkę katedry. Jak napisał: aby spłynął „W szat pozłocie / na dolę ziemskiego bytu”. A kiedy zegar katedralny bił trzecią godzinę Nocy Zmartwychwstania Pańskiego, ożywiony Król zaczął śpiewać biblijne dzieje, ale już odtworzone w poezji Wyspiańskiego. „O święte wody świętej rzeki, / z waszych to piłem źródeł / żar święty, którym żyłem wieki”. Fraz tych, jak i całej reszty psalmodii, nikt nie słuchał. Wyobrażając sobie, czyli stwarzając widmową realność spektaklu – myślę, że pieśni Dawida nie słyszał nikt prócz innych duchów, podobnie jak Król Dawid ucieleśnionych przez poetę w trzech poprzednich aktach, aby nowym językiem, jego językiem kolejny raz recytowały własne, stareńkie, tyle już razy, w tylu innych historie. Owe duchy – zbudzone rzeźby z katedralnych nagrobków, a także zbudzone postacie z dwóch gobelinów, od zamierzchłej chwili utkania śniące w płowiejących nitkach sny o Troi lub o świętej drabinie, po której chodzą anioły. W czwartym akcie mojego wyobrażonego Akropolis owi goście z daleka – milczą. Nic nie mają do dodania. Skuleni w zakamarkach katedry już tylko słuchają Króla Dawida. Niebawem koniec teatralnej fikcji. Opadnie kurtyna i duchy wrócą na swe odwieczne miejsca – obrócą się w kamienie lub kolorowe nitki, w to, czym byli od zawsze. Także Król Dawid wzleci na szczyt organów i skamienieje. W słowach Akropolis jego wygląd jest lustrzanym odbiciem prawdziwej rzeźby. Doskonałe peplum, wyborna korona, migotliwe ozdoby. I podobnie wygląda Król na zmyślonym przeze mnie, lecz zaginionym, tak gruntownie zaginionym, że nigdy niepowstałym rysunku Kantora, któremu (…)