PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Słowo

Odszedł Przyjaciel. Andrzej Morozowski

Witold Bereś
Słowo Witold Bereś

1957-2026 [*]

W sam największy skwar, gdy duchota pomieszana z wilgocią odbiera oddech, oddech odbiera także ta wiadomość: Andrzej Morozowski przegrał bitwę, którą toczył od kilku miesięcy.

Ciężko mi złapać oddech. Jeszcze ciężej w to uwierzyć. A już na pewno niemożliwe jest, aby po prostu nie zapłakać.

*

Tak, Moro był moim przyjacielem.

I nagle, dusząc się od emocji, nerwowo łapiąc płytki oddech zmieszany z czymś słonym jak cholera, widzę, jak czyjaś ręka puszcza dziesiątki taśm: czarno-białych peerelowskich, enerdowskich w kolorze i amerykańskich, technikolorowych. W tempie zwolnionym i przyspieszonym.

Oto Moro wybuchający radosnym śmiechem, gdy opowiadam mu o moim spotkaniu w Nowym Jorku z panem Bielanem: „Co ty powiesz? Co za …!”. Moro krzywiący się, gdy usiłuję go namówić na spotkanie z kimś ważnym z Platformy: „Nie, nie uchodzi. Ty to co innego – ty dla nich pracujesz, a ja jestem niezależnym dziennikarzem i nawet jeśli ich lubię, to się z nimi nie spotykam”. Moro czytający jako jeden z pierwszych kilka moich ważnych tekstów: „Wiesz co, ty to masz talent. Przez ten tekst po prostu się płynie”. Moro zapraszający do studia „Tak jest” na Wiertniczej mojego podówczas pięcioletniego wnuka polsko-amerykańskiego i nagrywający z nim na poważnie rozmowę o zdobywaniu Marsa (pamiątka dla Kajtka na całe życie). Moro zwierzający się, że dopiero w wieku osiemnastu lat dowiedział się, iż pochodzi z rodziny o stuprocentowo żydowskich korzeniach (tu od razu chwytam go za fraki i nuże namawiać do rozmowy o zatajaniu tożsamości). Moro rozmawiający z kimś ważnym dla niego, a także dla mnie, czyli Mariuszem Walterem: „A ty wiesz, on cię chwalił za wyrazistość w moich programach?”. „Wiesz, w rozmowie ze mną ciebie też chwalił za twoje programy” – odpowiadam rezolutnie i obaj parskamy śmiechem.

Czerwone wino wypite z naszym przyjacielem Józefem w klimatycznej knajpce oraz biała wódka z korniszonami wtłoczona u mnie na Kruczej w towarzystwie, powiedzmy, mieszanym (i z pułkownikiem G.). Michał K., przyjaciel Mora, a także mój, barwnie bawiący się z nami, a potem człowiek, który wystawi Moro na strzał, wygłaszając w jego programie brednie i wracając do naszych wrogów.

A w tle to całe niezwykłe uniwersum TVN, złożone z ludzi po prostu ciekawych i fascynujących. A on w tym sosie jak dyskretny, nienarzucający się król dziennikarstwa politycznego.

Albo mniej poważnie: Moro idący ze mną środkiem upojnej czerwcowej nocy w Krakowie, gdy jedna z rodzimych pań oferujących w centrum miasta lekcje tego i owego, widząc nas, krzyczy: – Te, a ja cię znam z telewizji! Moro, wstrząśnięty, acz niezmieszany, z nieśmiałym uśmiechem godzi się na tę popularność, ale słyszy w odpowiedzi: – Nie, nie ciebie. Tego grubego obok… To jest no, ten, Rudi Schubert – i wskazuje na mnie.

A Moro dosłownie glebuje na Floriańskiej ze śmiechu.

*

Ale Moro był nie tylko moim przyjacielem. Był przyjacielem naszego środowiska, a z całą pewnością magazynu „Kraków i Świat”.

W maju 2019 roku, kiedy przyznawaliśmy Krystynie Jandzie nasz Medal „Za Mądrość Obywatelską”, podczas spotkania „Kobiety przynoszą nam wolność”, zorganizowanego w trzydziestą rocznicę epokowych wyborów 4 czerwca 1989 roku, szukaliśmy kogoś łebskiego, kto poprowadziłby rozmowę tak, aby cztery wielkie damy – nasza felietonistka Iga Dzieciuchowicz, zatwardziała feministka, Masza Potocka, dyrektorka MOCAK-u, Ewa Lipska, wiadomo kto, oraz sama Krystyna Janda osobiście – mogły naprawdę porozmawiać i pokazać swoje osobowości. A były to damy z Ligi Mistrzyń.

Kandydat do tego trudnego zadania był tylko jeden: Andrzej Morozowski. Przyjechał i poprowadził rozmowę tak, że aż miło było siedzieć na sali. Przypomnimy ją za kilka dni, bo warto; teraz jednak nie chcę wycierać łez wylewanych za Moro – deliberacjami nad losem kobiet.

Wystarczyło powiedzieć: „Spotkanie poprowadzi Andrzej Morozowski. Dziękuję, przyjacielu, że przyjechałeś do nas specjalnie z dalekiej Warszawy”, by otrzymać znakomite widowisko intelektualne i dziennikarskie.

Sztuce dziennikarstwa by Morozowski dla KRKiS wkrótce będą się mogli Państwo przyjrzeć. Ja nie mogę sobie odmówić przytoczenia przykładu jego sarkastycznego i ironicznego tonu:

„Właścicielem TVN jest Discovery, ale poprzednio była inna firma amerykańska. Jak to Amerykanie, przywiozła ze sobą przepisy na wszystko, między innymi na stosunki męsko-damskie w pracy. Wielką radość i nadzieję wzbudziło w nas to, że regulacje te przewidywały, iż koledze i koleżance z pracy można raz zaproponować seks. Jeśli odmówi, to nigdy więcej, bo to już byłoby molestowanie. Może to jest pomysł?”.

Ten sam sarkazm i tę samą ironię odczytałem w jednym z jego ostatnich SMS-ów. Wciąż namawiałem go na wywiad, którego miał nam udzielić, on zaś niezmiennie tłumaczył, że zrobi to wkrótce, ale na razie jest chory.

Kiedy parę tygodni temu zapytałem, jak naprawdę z nim jest, odpisał: „Jest lepiej, ale nie beznadziejnie”.

*

Odchodzenie bliskich zawsze boli. Jednak jakoś nie do pogodzenia to jest, gdy trafia to mądrych z naszej półki. Powoli staję się zawodowym płaczkiem za światem mądrej humanistyki: Jurek Pilch, Paweł Smoleński, Paweł Szwed, Andrzej Morozowski.

Cholernie was mi brak chłopaki.

I nawet nie mogę powiedzieć: do zobaczenia.

Ilustracja główna: Autorstwa Cezary p at pl.wikipedia, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4464848