PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Poradnik dla tych, którzy nie lubią poradników

Witold Bereś
Rekomendacje Witold Bereś

Nie lubię poradników. Największym przebojem są zwykle te, które uczą, aby codziennie poświęcić ledwie siedem minut na coś niezwykle prostego: pisanie postów, ćwiczenia tai-chi na krześle, naukę hiszpańskiego albo – dla bardziej ambitnych – języka keczua.

Kiedy policzyłem, ile czasu zajęłoby mi opanowanie wszystkich umiejętności niezbędnych współczesnemu człowiekowi, wyszło, że przy zaledwie dziesięciu takich działaniach, a kto rozsądny poprzestaje na keczua, schodziłoby na to codziennie grubo ponad dwie godziny. I to bez porannej medytacji, wieczornego wdzięczenia się do lustra oraz obowiązkowego zapisywania trzech rzeczy, za które jestem wdzięczny losowi.

Do tego dochodzi jeszcze ten ociekający pozytywnym myśleniem banał. Ucz się regularnie, pracuj regularnie, nie poddawaj się, miej silną wolę, dużo się uśmiechaj i głęboko oddychaj. Drobiazg.

1.

Nic zatem dziwnego, że gdy widzę tytuł w rodzaju „Siedem kroków, aby zostać szczęśliwym”, „Cztery podskoki, żeby wnerwić sąsiada” albo „Jeden oddech, aby uwieść najpiękniejszą kobietę”, krew mnie zalewa, choć zapewne któryś poradnik potrafiłby mnie nauczyć, jak w takich sytuacjach kontrolować ciśnienie w sześćdziesiąt sekund.

Z tej przyczyny książkę zatytułowaną „Rok twórcy. 102 porady, które zmienią Twój biznes online” powinienem był odrzucić już na widok liczby 102. Na szczęście nie jestem bezstronny. Krzysztof Bartnik jest bowiem nie tylko szefem burzliwie rozwijającej się firmy Imker, która zajmuje się między innymi sprzedażą naszych wydawnictw, ale także bardzo sensownym gościem, którego po prostu polubiłem.

Bartnik nie obiecuje w każdym razie cudownej recepty na sukces. Zamiast jednej wielkiej teorii proponuje 102 krótkie i praktyczne wskazówki, z których każda kończy się zadaniem nazwanym bez ceregieli: „Zrób to teraz”. Jest to więc bardziej podręczny warsztat niż klasyczny poradnik, a główna teza książki brzmi mniej więcej tak: rok systematycznej pracy może wystarczyć, aby twórca internetowy zamienił swoje hobby w działający biznes, pod warunkiem, że zamiast czekać na olśnienie wykona setkę małych, konkretnych czynności.

Bartnik jest tu do bólu uczciwy. Nie opowiada o sukcesie w trzydzieści dni, nie obiecuje, że wszechświat odda nam z procentem wszystko, o czym intensywnie pomyślimy przed śniadaniem. Przypomina natomiast, że zwłaszcza w self-publishingu budowanie społeczności trwa latami, a cierpliwość, reputacja, systematyczność i dobra obsługa obecnych klientów są ważniejsze niż jeden viralowy post, po którym przez dwie doby gratulują nam ludzie, którzy niczego od nas nie kupią.

To podejście jest mi bliskie, choć uprzedzam, że samo przeczytanie książki ze zrozumieniem nikomu jeszcze tych cnót nie zapewni. Albo ma się je we krwi, albo trzeba je mozolnie udawać, co też czasem daje zaskakująco dobre wyniki.

2.

Na szczęście „Rok twórcy” tak naprawdę jest o czymś innym. Nie buduje naszej psychiki. Nie jest to również książka o pisaniu, a już na pewno nie o pisaniu literatury. Jest natomiast znakomitym podręcznikiem marketingu internetowego dla twórców: autorów książek, producentów kursów, podcasterów, youtuberów i wszystkich tych, którzy próbują zbudować markę osobistą, nie przemieniając się przy tym całkowicie w markę, a przestając być osobą.

Dziewięć rozdziałów prowadzi czytelnika od pierwszego pomysłu przez stworzenie produktu, budowę newslettera, sprzedaż, promocję i marketing aż po skalowanie działalności. Najwięcej miejsca Bartnik poświęca temu, co twórców zazwyczaj boli najbardziej: jak znaleźć klientów oraz jak sprzedać to, co z tak wielkim trudem już stworzyliśmy.

Wielką zaletą książki jest konkret. Nie wiesz, jak wycenić produkt – znajdziesz rozdział. Nie wiesz, jak zacząć budować newsletter – również znajdziesz rozdział. Premiera nie wypaliła – jest procedura ratunkowa. Wszystko robisz sam i nie masz pojęcia, co oddać komuś innemu – autor prowadzi cię do outsourcingu. Każda porada zawiera przykłady, liczby i zadanie, które można wykonać natychmiast, a w świecie książek biznesowych, gdzie niektórzy autorzy potrafią przez osiemdziesiąt stron tłumaczyć, że warto wstać z łóżka, jest to zaleta ogromna.

3.

Najmocniejsze są rozdziały poświęcone technikaliom marketingu. Bartnik pokazuje, że media społecznościowe zależą coraz bardziej od algorytmów, lista mailingowa pozostaje rzeczywistym zasobem twórcy, a newsletter dociera wielokrotnie skuteczniej niż post wrzucony na Facebooka i powierzony łasce Zuckerberga. Dla każdego, kto próbuje dziś prowadzić własne medium, jest to część szczególnie ważna, bo przypomina o rzeczy niby oczywistej, lecz uporczywie ignorowanej: obserwujący nie są tym samym co odbiorcy, a zasięg pożyczony nie jest własnością.

Podobnie interesujące są fragmenty dotyczące uczciwej sprzedaży. Autor przekonuje, że ograniczenia czasowe i ilościowe rzeczywiście zwiększają sprzedaż, ale tylko wtedy, gdy są prawdziwe. Nie należy pisać „ostatnie sztuki”, gdy w magazynie leży ich tysiąc, ani ustawiać licznika, który po dojściu do zera natychmiast odradza się jak smok w grze komputerowej. Takie sztuczki mogą zwiększyć wynik jednej kampanii, ale niszczą zaufanie, a Bartnik bardzo rozsądnie przypomina, że reputacja działa jak procent składany, również wtedy, gdy składamy na niej straty.

4.

Nie ze wszystkimi radami się zgadzam. Niektóre wskazówki schodzą dla mnie do poziomu przesadnie drobnych optymalizacji. Rozważania o tym, czy przyciski CTA powinny być zaokrąglone, oraz testowanie, czy lepiej napisać „Kup teraz”, czy „Dołącz do pięciu tysięcy zadowolonych klientów”, mają zapewne swoje marketingowe uzasadnienie, ale chwilami czułem się jak człowiek, który chciał dowiedzieć się, jak zbudować dom, a został wciągnięty w spór o kształt klamki.

Brakuje mi również szerszej refleksji nad sztuczną inteligencją, która już dziś zmienia nie tylko sposób tworzenia treści, lecz cały rynek książki, kursów, promocji i komunikacji. W książce poświęconej przyszłości biznesu twórców ten temat zasługiwałby na większą uwagę, także ze względu na swoją ciemniejszą stronę.

5.

Największy sprzeciw budzi jednak we mnie hasło, że godzina dziennie wystarczy, aby napisać książkę w pół roku. Być może wystarczy do stworzenia poradnika, zwłaszcza jeśli jego główna myśl brzmi: codziennie poświęć godzinę na pisanie książki. Nie wystarczy natomiast do napisania poważnej biografii, reportażu historycznego ani wielowątkowej powieści wymagającej długich badań i pełnego zanurzenia w temacie.

Jestem autorem lub współautorem blisko pół setki książek, z których niektóre osiągały nakłady przekraczające sto tysięcy egzemplarzy. Znam też wielu autorów i znam ani jednego przypadku, w którym znacząca książka fiction lub non-fiction powstała dzięki codziennemu, regularnemu piłowaniu drzewa. Z moich doświadczeń wynika coś dokładnie przeciwnego: książka literacka wymaga okresów niemal całkowitego zanurzenia, kiedy temat idzie z autorem spać, budzi się wraz z nim i siada obok przy śniadaniu, nawet jeśli nikt go nie zapraszał.

Twórca literatury pięknej znajdzie więc w „Roku twórcy” mniej inspiracji niż autor poradnika, kursu albo produktu edukacyjnego. Nie jest to zarzut rozstrzygający, lecz informacja o tym, do kogo książka została przede wszystkim skierowana.

Ja sam zabieram z niej głównie praktyczne narzędzia dotyczące newslettera, marketingu, sprzedaży i budowania własnych mediów. Poradników zapewne nadal nie będę kochał, ale „Rok twórcy” należy do tych nielicznych wyjątków, które zamiast motywacyjnych sloganów oferują rzeczy do zrobienia, sprawdzenia i przeliczenia.

Osoby mające za sobą kilkadziesiąt wydanych książek pierwsze rozdziały mogą uznać za oczywiste. Znacznie więcej skorzystają z części dotyczących sprzedaży, newsletterów, premiery i organizacji pracy. Początkujący twórca internetowy otrzyma natomiast przewodnik, który może mu oszczędzić wiele pieniędzy, czasu i kilku szczególnie widowiskowych katastrof.

Paradoksalnie nie jest to zatem książka o pisaniu. Jest to książka o tym, co dzieje się później: jak sprawić, aby twórczość znalazła odbiorców, nie zginęła w magazynie, nie została pogrzebana przez algorytm i – co wcale nie jest bez znaczenia – zaczęła na siebie zarabiać.

6.

A ja, pomimo mego doświadczenia (a może dzięki niemu?) z pewnością wezmę do siebie kilka uwag autora.

Bardzo słuszna jest też myśl, że najlepszą reklamą są zadowoleni czytelnicy, a nie kolejna kampania wizerunkowa.

Ceniona przeze mnie jest również uwaga, że pisanie i redagowanie są dwoma odrębnymi procesami: najpierw trzeba dopuścić do głosu materiał, nawet jeśli jest kulawy, niechlujny i miejscami wstydliwy, a dopiero później zabierać się do jego poprawiania.

Bardzo podoba mi się, aby pisać do jednego konkretnego odbiorcy, a nie do wyimaginowanej „grupy docelowej”. Sam od lat mówię coś podobnego, choć zapewne mniej metodycznie i z większą liczbą dygresji.

No i Bartnik przypomina zasadę, która wykracza daleko poza poradniki, marketing i biznes online: pisz ze swoich bebechów. I to jest prawda niezależnie od tego, czy tworzy się poradnik „365 dni w ogrodzie”, czy powieść „365 nocy z Marianem”.

Ilustracja: Jean Miélot – kopista burgundzki (ok. XV w.)