Rekomendacje
Hancica. O Annie Skoczylas
Poetycka Rzeczpospolita Krakowska
Czternastego czerwca wieczorem umarła moja kuzynka Hania. Od lat śniła o swoich podróżach, jakie wypełniały jej życie, kiedy jeszcze mogła chodzić po górach, zwiedzać egzotyczne kraje, fotografować świat. Umarła we śnie.
Nazywałam ją Hancicą, była niepokorna, nie liczyła się z nikim. Zdrobnienie: Haneczka jakoś mi do niej pasowało.
Żyła jak chciała, miała wielu przyjaciół, zakochała się w wieku, jakby się wydawało, już niesprzyjającym uczuciowym zawirowaniom. Nie obchodziło jej, co kto sobie o niej pomyśli. Jej pokój był udekorowany zdjęciami młodego, bardzo przystojnego mężczyzny – syna przyjaciół.
Miałyśmy wspólne drzewo genealogiczne, siedziałyśmy na tej samej gałęzi, pod pokoleniem naszych rodziców, dziadków i – wspólnych pradziadków.
Moje najwcześniejsze wspomnienia, gdy skończyłam cztery lata i zaraz po wybuchu wojny znalazłam się z Rodzicami we Lwowie – łączą się właśnie z Hanką. Była wtedy moją najwspanialszą kuzynką, ona, prawie nastolatka, zabierała mnie ze sobą do swoich przyjaciół, Ewy i Jacka Szczęków, mieszkających o piętro wyżej na ulicy Nabielaka. Do dziś pamiętam wyliczanki, jakie powtarzałyśmy przy zabawie w gonionego: ewe- due rabe, Chińczyk złapał żabę a żaba Chińczyka co z tego wynika – raz dwa trzy gonisz ty, jak nie ty, no to ty!

Kiedyś, po latach, gdy już zaprzyjaźniłyśmy się na dobre, zapytałam Hanię, skąd tyle okazanej mi wówczas serdeczności! przecież byłam czterolatką a ona nie cierpiała dzieci, czego nie kryła i właśnie skończyła aż jedenaście lat! Odpowiedziała szczerze: bo byłaś śliczna. – Jako dziecko, dodała dobitnie!
Były okresy, gdy Hania przychodziła do mnie i Grzesia codziennie. Mój ówczesny mąż wyjechał na rok do Stanów, byliśmy sami, lubiliśmy wizyty Hancicy, a moja kuzynka lubiła dobrze zjeść! Tak więc Hancica pojawiała się przeważnie w porze kolacji, ku naszej wielkiej radości. Opowiadała o planowanych podróżach, o nowych przyjaźniach, a gdy Grześ późnym wieczorem znikał w swoim pokoju, o aktualnych miłościach. Kiedyś, gdy ledwie skończył siedemnaście lat, zaproponowała mu wspólne pójście na sylwestra. Chętnie się zgodził. Zaprotestowałam. Jednak nie wyobrażałam sobie mojego nastolatka w towarzystwie „wiary” z gór, odpowiednio zamroczonej podczas tej szczególnej, ostatniej w roku nocy.
Przez kilka lat mieszkałyśmy w jednym mieszkaniu przy Długiej. Hancica ze swoją mamą, Stefą, zajmowała pokój z osobnym wejściem z widokiem na kwitnący sad z tyłu domu. Była wiosna, moja kuzynka przygotowywała się do dyplomu i ostatnich egzaminów na ASP. Wtajemniczyła mnie w projekty swojej pracy – oznaki Klubu Wysokogórskiego. Mogłam jej podpowiedzieć, która wersja wydaje mi się ciekawsza. Sama po maturze wybierałam się na ASP, jeszcze wtedy nie wiedziałam, że mój Ojciec zaprojektował mi inny kierunek studiów – polonistykę!
Z pokoju cioci Stefy i Hancicy dobiegały nieraz głośne sprzeczki, obie, matka i córka, miały odmienne zapatrywania na to, co Hanka powinna robić, a czego miała unikać. Na szczęście ciocia Stefa spędzała dużo czasu na Politechnice, wykładała matematykę, a zresztą moja kuzynka nie przejmowała się instrukcjami matki i robiła co chciała, co bardzo mi imponowało. Pamiętam, jak jej zazdrościłam „dorosłości”, gdy przymierzała u mnie w pokoju przed dużym lustrem strój na sylwestra. Wybierała się Jędrkiem Hrebendą, swoim ówczesnym chłopakiem, na bal do AGH. Przymierzała do długiej, balowej sukni w kolorze wysmakowanego różu, bukiecik sztucznych kwiatów różowo- czerwonych różyczek. Przypinała go w pasie, fantazyjnie, trochę z boku. Wyglądała prześlicznie. Nazajutrz nie mogłam się doczekać relacji z balu, z kim tańczyła oprócz Jędrka, co grali, czy tylko walce i oberki czy były jakieś zakazane rytmy zza oceanu! Były, ale nie z początku, dopiero po północy, jak zwykle na ówczesnych balach, gdy oficjalne czynniki pilnujące moralności społeczeństwa, udawały się na spoczynek.
Hania zadebiutowała dość późno, jako czterdziestolatka, zbiorem opowiadań „Bocianie gniazdo”. To była jej samoobrona przed wypadkami, poprzedzającymi rozpad jej małżeństwa z Adamem Skoczylasem. A była to miłość od – może nie pierwszego – ale ostatniego przed porwaniem młodych taterników przez lawinę spod Wysokiej – wejrzenia. Opowiadała mi, że Adam szedł przy niej i nagle pocałował ją, mówił o miłości i gdy porwała ich lawina miała żal do losu, że dzieje się coś, co przekreśli tak wspaniale zapowiadającą się przyszłość.
Spadając z lawiną nie od razu straciła przytomność i powtarzała: tylko czemu teraz, do cholery, czemu właśnie teraz! Ocknęła się w więziennym szpitalu, po słowackiej stronie. Cierpiąca i połamana, musiała przecież odpokutować za nieformalne przekroczenie granicy ludowej ojczyzny. Szczęśliwym trafem wszyscy przeżyli tę przygodę.
Adam ożenił się z Hancicą, ale nie był to udany związek. Zjawiła się „ta trzecia”, Adam ciężko zachorował, na szpitalnym łóżku, tuż przed śmiercią, poprosił Hankę o zgodę na rozwód, żeby podpisać akt ślubu z dziewczyną, którą pokochał.
Po latach, gdy tylko robiło się ciepło, wyjeżdżałam z Hancicą do Kryspinowa. Miała już trudności z chodzeniem, ale pływała znakomicie. Wprowadzałam ją do jeziora a ona spokojnie pływała wzdłuż brzegu, już na pewnej głębokości, przez co najmniej godzinę. Liczyła te „pływy” i oświadczała z dumą: zrobiłam osiem pływów albo i więcej.
Hancica pisała tylko wtedy, gdy coś się w jej życiu ważnego działo. Namawiałam ją, żeby chociaż notowała pomysły, podczas tych ostatnich ośmiu lat przykucia do łóżka. Wyśmiała mnie, bo o czym tu pisać, gdy się leży i jedynym oknem na świat jest ekran telewizora? O czym pisać, gdy już nie jeździ się na nartach, nie wspina się w górach? Nie kocha?
Nie była osamotniona, czuwała nad nią Natalia, Ukrainka. Początki ich znajomości były trudne. Hancica wściekała się o byle co, ale Natalia była wyrozumiała i opiekowała się nią tak świetnie, że po wypisaniu Hani ze szpitala, umożliwiła jej powrót do życia. Gdy ją odwiedziłam w mieszkaniu na Krzywym Zaułku, oddychała jeszcze za nią odpowiednia aparatura. Hania miała wenflon wkłuty do ręki, jakieś rurki kłębiły się pod łóżkiem. Najwyraźniej szpital nie chciał sobie psuć statystyki i wypisał obłożnie chorą do domu. Nie władała rękami, nie mogła nawet utrzymać słuchawki telefonu. Leżała. I to Natalia wzięła się ostro do pracy, masowała, oklepywała, spędzała z Hanią czas. Żadnych odleżyn, które są niewyobrażalną męką obłożnie chorych. Dogadzała jej gotując ulubione potrawy. Obiecała, że jej nie zostawi, że będzie z nią do końca. I była.
Czternastego czerwca 2026 roku zamknęło się „Koło życia” i Hancica musiała opuścić „Przystanek świat”. Takie są tytuły jej ostatnich poetyckich tomików.
Z „Przystanku Świat” wybrałam wiersz. Wspomnienie o poetce nie może się obejść bez jej wiersza.
OGRODY ALLAHA
Strzeliste wieże Kapadocji
odwiedzają mnie we śnie
świat co powstał z wulkanów
doliny wcinające się w żółty tuf
dziurawe diabły wyskakują z jam
przepadają z chichotem w głębinach
gwiazdy prześwitują przez okna duszy
wieczność pcha się przez ucho igielne
zastyga w popłochu
kaptur mnicha i rogi diabła
splecione w uścisku
obłąkani derwisze w tańcu
śmierci
islam spięty z ikoną
wiekuiste pielgrzymki do sensu istnienia
nie znają kresu
dzień przepada na spotkaniu z nocą
milcząc wschodzi na niebo
turecki księżyc
W lipcu,2026
Ilustracja: Fot. Marta Stefańczyk
