PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Wehikuł czasu

Ojczyzna ludzi poważnych

Andrzej Zaręba
Wehikuł czasu Andrzej Zaręba

Czyli dlaczego jedne święta się przyjmują, a inne zupełnie nie.

Amerykanie 4 lipca się bawią. Dlaczego święto 4 czerwca wśród Polaków zupełnie się nie przyjęło? Dlaczego zamiast kiełbaskować i piwkować radośnie w ten długi, czerwcowy, ciepły dzień Polak wybiera na swoje święto zupełnie inną datę z kalendarza?

Socjolog Andrzej Rychard, wybitna dziennikarka Agnieszka Kublik, wicenaczelny jej gazety Bartosz Wieliński, nasz redakcyjny kolega Marcin Celiński i wielu innych naprawdę poważnych ludzi z dorobkiem w naukach społecznych stawało już po raz kolejny z gołymi pazurami przed gordyjskim węzłem zagadki, która powraca każdego roku. Kiedy bowiem słońce wznosi się wysoko na nieboskłonie, dni stają się coraz dłuższe i aż się prosi, by w miłej atmosferze świętować niewyobrażalny sukces współczesnej Polski, wszyscy wolą akurat wtedy zostać w domu.

Listopad jest śmiertelnie poważny

Noc listopadowa? Ongiś tak mówiono o kimś mało urodziwym: „brzydki jak noc listopadowa”. I ta metafora wystarczała za całą paszę dla wyobraźni. Nie trzeba już było nic dodawać.

Od rana, 11 listopada, na świętego Marcina, gromadzi się społeczeństwo polskie – walnie i czelnie – w Warszawie, na podobieństwo dawnej szlacheckiej braci sarmackiej. Ale przecież nie tylko tam. Także na rynkach prapiastowskich miast: Kielc, Radomia, Białegostoku czy Katowic.

Schodzą się całe rodziny. Z dziećmi w wózkach. Zaopatrzone w race, pochodnie, pałki i bejsbolowe kije. Nad nimi łopoczą bojowe chorągwie niczym oriflammy. Wskazują, kogo Pan Bóg każe nam najbardziej nienawidzić, kto zasłużył na śmierć nagłą, a kto powinien stąd natychmiast wyp…ć.

W jedenasty dzień listopada Polacy częściowo jednoczą się właśnie tą nienawiścią. Tłoczą się na ulicach miast, które na co dzień uchodzą za ostoje liberalnej europejskości. Złorzeczą, grożą i śpiewają chóralnie podniosłe pieśni – co bardziej wrażliwym muzycznie ujawnia palącą potrzebę przywrócenia obowiązkowych zajęć muzycznych w szkołach – przeciwko wszystkim, którzy nie są z nimi.

W zasadzie są naonczas jak westernowy szeryf: przeciwko wszystkim naraz.

11 listopada każdego roku łatwiej jest nienawidzić, bo wokół jest bardzo poważnie. Liście opadły z drzew. Sterczą nagie konary. Ciężkie chmury zwiastują nawałnicę. Człowiek poważny do takich okoliczności przyrody podchodzi poważnie. Do nienawiści też przykłada się wtedy staranniej.

Pogoda w tym pomaga. Jest ciemno. Ciężko. Czarno-srebrno. Migają czerwienią flagi narodowe. Huczą buty. Mruczą hufce. Atmosfera gęstnieje.

Żeby rozładować napięcie rosnące aż pod ciemne chmury, potrzeba jakiegoś aktu spełnienia. Podpalenia balkonu z tęczową flagą. Zdobycia wrażej reduty. Choćby księgarni Empik.

Młodzież szturmująca szańce, kłódki i opłotki jest dorodna, okazała, odziana w jednolite piaskowo-czarne stroje, zapięta pod szyję. Przypomina obrazy z lat trzydziestych. Białe koszule z antracytowymi krawatami. Brunatne bryczesy schowane w wyglansowanych czarnych glanach. Znaki przetrąconego krzyża w niezliczonych lokalnych odmianach.

Huczą fanfary. Dudnią bębny. Warczą werble. Jest – używając współczesnego słownika – zajebiście. Jak gdyby tuż przed publiczną egzekucją. Nastrój jest dosłownie śmiertelnie poważny. Być może właśnie tej śmiertelnej powagi, paniki, strachu, wycia syren i huku artylerii najbardziej nam na co dzień brakuje.

Czerwiec nie nadaje się na narodowy mit

Zestawiając listopad z czerwcem, wczesne lato przy tych jesiennych emocjach wypada równie blado jak ekranizacja „Dzieci z Bullerbyn” przy ostatniej serii „Squid Game”.

4 czerwca przegrywa z 11 listopada, jak święty Karol przegrywa ze świętym Marcinem.

Postawmy więc przed sobą ten obraz bez zakłóceń. To zaledwie trzeci dzień po Dniu Dziecka. Miła to chwila, bo każdy z nas jest czyimś dzieckiem, ale ileż można? Każde dziecko szybko wyrasta ze swojego komunijnego ubranka. Pragnie, aby „nadeszły upragnione burze”. Żeby można było kupić w supersamie papierosy, małpkę i umówić się z dziewczyną w ostatnim rzędzie kina. Po prostu być wreszcie dorosłym. Nikt nie chciałby – nawet dzieci – pozostać dzieckiem na zawsze. To wyjątkowo uciążliwa okoliczność. Ciągły nadzór rodziców i pedagogów.

Ta niepokojąca bliskość Dnia Dziecka i wydarzeń roku 1989 musi niepokoić ludzi poważnych. Trochę to wygląda tak, jakby najwyższym odznaczeniem państwowym uczynić Order Uśmiechu, zastępując nim Order Orła Białego.

Dzieci oczywiście wzruszają nas do łez. Zwłaszcza te, którym przyszło żyć w strefie działań wojennych. Dzisiejszych demokratów oburzają przypadki zaprzęgania dzieci do machin wojennych w odległych krajach. Jednak dzieci są i tak częścią militarystyczno-spirytystycznego krajobrazu naszej popkultury. Ważne tylko, by – z punktu widzenia narodowej mitologii – nie były to dzieci szczęśliwe. Wielka Historia chętnie z ich usług korzystała. Dzieci brały udział w dziecięcej wyprawie krzyżowej do Jerozolimy. Dzieci wybijały rytm na werblach piechocie napoleońskiej podczas kampanii wojennych.

Jednak dziwnym trafem dzieci w wojsku zwykle zwiastują zbliżającą się klęskę. Tam, gdzie pojawiają się w trybach machiny wojennej, finał bywa szybki i żałosny. Tak było podczas wyprawy krzyżowej dzieci. Tak było w ostatnich miesiącach III Rzeszy. I tak dzieje się dziś w szturmowych batalionach Putina. A przecież nawet to wszystko byłoby – z punktu widzenia narodowej wyobraźni – bardziej widowiskowe, bardziej wzruszające i bardziej heroiczne niż to, co wydarzyło się 4 czerwca 1989 roku.

Historia kocha wojny

Jak bowiem świętować pokój zamiast wojny? Czy ktokolwiek przytomny pamiętałby dziś rok 1914, gdyby Gavrilo Princip trafił z brauninga kulą w płot zamiast w austriackiego następcę tronu, a konserwatyści krakowscy wynegocjowali w Wiedniu trializm państwowy? Czy ktokolwiek zachwycałby się dziś Napoleonem Bonaparte, gdyby zamiast wojować ze wszystkimi o wszystko spokojnie i skutecznie zreformował nowe państwo francuskie? Historia żywi się wojną. O wojnach pamięta najchętniej.

A tu nagle, w roku 1989, taki despekt wobec Ducha Dziejów.

Ulubiony w zachodnich demokracjach Michaił Gorbaczow tracił władzę nad imperium w tempie niemal wykładniczym. Nie mógł – choć zapewne bardzo by tego pragnął jako prawdziwy Rosjanin – ani powtórzyć interwencji węgierskiej z 1956 roku, ani wyprowadzić z licznych baz wojskowych bratniego pancernego kułaka, by ratować system tak, jak uczyniono to w Czechosłowacji w roku 1968.

Reżim szedł więc na dno niczym flota bałtycka pod Cuszimą. Niestety, tonął właściwie samoistnie. Bez udziału naszych tankietek TKS i dzielnych szwoleżerów. Poszło zbyt łatwo. Po latach w imperialno-mistycznych kręgach Moskwy oskarża się genseka-liberała o zbyt mało stalinowskie podejście. Z drugiej strony coraz odważniejsi prawicowi mitotwórcy patrzą dziś na ówczesną machinę wojenną Związku Sowieckiego tak, jakby była już wtedy jedynie grupą cosplayowców na wakacjach. Przecież wystarczyłby – twierdzą – szybki zagon kawalerii, jakaś nowoczesna duchowa husaria, krwawy łomot na polach pod Smoleńskiem, a potem tradycyjna defilada na Placu Czerwonym. Wuj Jaruzel nawet na tę okoliczność wprowadził przecież do wojska rogatywki.

I to dopiero można byłoby hucznie świętować. Zwłaszcza gdyby reżim sowiecki zdążył jeszcze odpalić kilka ładunków jądrowych. Łatwo dziś pisać z perspektywy lat. Tymczasem wówczas, poza sztabem Armii Czerwonej i I sekretarzem partii, nikt nie wiedział, co przyniesie jutro. Jedno było pewne: wtedy zrozumiano, że warto nie umierać za Gdańsk, lecz żyć dla Gdańska. Wyobraźmy sobie przeciętnego obserwatora wydarzeń siedzącego przed telewizorem gdzieś w Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku. Przed telewizorami kupowano wtedy popcorn.

Bo wszyscy pamiętali o jednym: nawet najsłabszy gensek i jego starzejąca się generalicja dysponowali wystarczającą liczbą głowic atomowych, by zamienić Ziemię w rozżarzoną kulę. I nie ma się co dziwić, że zachodni antysystemowcy pisali na koszulkach: „Better Red Than Dead”. Nikt na Zachodzie nadal nie miał najmniejszego zamiaru umierać za Gdańsk – a w demokracji, chcąc nie chcąc, trzeba liczyć się z głosem ludu. Ale w roku 1980 wydarzył się cud. I był to – moim zdaniem – jedyny prawdziwy cud w ostatnich trzystu latach naszej historii. Odwróciliśmy logikę geopolityczno-metafizycznego przekleństwa. Wymyśliliśmy świat na nowo.

Bo przecież nie chodzi o to, żeby umierać za Gdańsk. Chodzi o to, żeby żyć dla Gdańska. Dziś każdy przytomny demokrata na Zachodzie wychwala społeczną solidarność, ale zdążył już zapomnieć, że narodziła się ona w sierpniu 1980 roku właśnie w Gdańsku. Niestety, w grudniu następnego roku zdołaliśmy wszystko zepsuć. Nie ma sensu opowiadać o spiskach ani o obcych wpływach. Chłopcy z białymi pałami w sinych nyskach rozmawiali między sobą – także prywatnie – wyłącznie po polsku. Byli naszymi sąsiadami. Znajomymi. Krewnymi. Musimy więc nauczyć się brać odpowiedzialność za całe społeczeństwo, a nie wybierać z niego jedynie tę część, która akurat bardziej nam odpowiada.

Choć ostatecznie ciężar odpowiedzialności za wyrządzone zło zawsze spada na elity. I tutaj trzeba oddać generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu palmę pierwszeństwa w dziele wyjątkowo skutecznego zniszczenia marzeń o lepszym społeczeństwie. Trzymał nas za gardło długo i mocno. Po dekadzie tłumienia społecznej energii światowa koniunktura na Solidarność bezpowrotnie minęła.

Mur zawsze wygrywa ze stołem

W roku 1989 powszechnie zrozumiałym symbolem walki Dobra ze Złem nie był jednak Gdańsk. Nie był nim także kraj, za który francuscy rekruci w roku 1940 nie chcieli umierać, skoro – jak pokazał finał tamtej wojny – nawet słodki Paryż nie był dla nich wart jednej mszy. Symbolem stał się podzielony murem Berlin. Od czasów oblężenia Troi mur znacznie lepiej sprzedaje się w mediach niż narady przy okrągłym stole. Konfrontacja rozpoczęła się na dobre wtedy, gdy „wojenny podżegacz” Ronald Reagan rzucił Gorbaczowowi prowokacyjne wyzwanie: – Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur. A przecież ten mur od 1961 roku nieustannie przyciągał uwagę świata, bo był symbolem podzielonego globu. Po jednej stronie tego wysokiego betonowego płotu mieszkali ludzie wolni. To było w Berlinie Zachodnim – skąd sprowadzano do PRL-u wymarzone mercedesy i volkswageny z tymi charakterystycznymi, jajowatymi tablicami rejestracyjnymi.

Ludzie wolni, bo mieli wolność zgromadzeń, wolność druku i wolność widowisk. Mogli marzyć o socjalizmie z ludzką twarzą, mogli krytykować amerykański imperializm i nikt nie wsadzał ich za to do więzienia. Po drugiej stronie, w Berlinie bez przymiotnika, żyli ludzie pozostający pod nieustannym nadzorem tajnej policji NRD. Od chwili podziału Europy Berlin stał się niemożliwą do upilnowania zieloną granicą, przez którą mieszkańcy świata socjalistycznego próbowali przedostać się na Zachód. Zachód – owszem – gnił. Jednak znacznie mniej dotkliwie, niż realsocjalizm kwitł. Przy próbach sforsowania muru ginęli ludzie. Pogranicznicy NRD strzelali ostrą amunicją. W zbiorowej wyobraźni mur stał się symbolem komunistycznej przemocy. W ten sposób Niemcy ukradli nam całe przedstawienie. Tym bardziej że wszystko działo się równocześnie. Wiosną 1989 roku gruzy berlińskiego muru przesłaniały spokojną reformację nad Wisłą, zwaną Okrągłym Stołem.

A ponieważ o zbiorowej pamięci świata decydowała amerykańska popkultura, jej zachwyt nad podzieloną niemiecką metropolią przypieczętował naszą wizerunkową porażkę.

Ale Okrągły Stół stał w zamkniętej sali obrad i jak każde wydarzenie dyplomatyczne nie posiadał siły masowego rażenia. Mur berliński natomiast runął niczym największa uliczna atrakcja świata. Dzisiaj za udział w takim wydarzeniu ludzie płaciliby fortunę. Wtedy Amerykanie po prostu wsiedli do pociągów, pojechali do Berlina Zachodniego i uczestniczyli w wielkiej ulicznej fieście, festiwalu wolności. Wracali do domów z kawałkami muru, które rodząca się berlińska przedsiębiorczość błyskawicznie zamieniała na twardą walutę. Amerykańska telewizja roznosiła ten obraz po całym świecie.

A równocześnie, po drugiej stronie znacznie starszego – chińskiego – muru, partia przewodniej siły narodu właśnie w dniu polskich „częściowo wolnych wyborów” wysłała przeciw ludziom, którzy usłyszeli wiejący z Gdańska powiew wolności, czołgi i transportery opancerzone. Cały Pekin zamienił się tamtej czerwcowej nocy w scenę masakry. I wtedy przez chwilę uświadomiliśmy sobie, że nadzwyczajna wstrzemięźliwość generała-premiera oszczędziła Polsce potwornego nieszczęścia.

Ikony roku 1989

Ale dla naszego narodowego ego zawsze będzie to za mało. Ikoną roku 1989 nie został przecież nasz mebel ustawiony na planie okręgu. Został nią samotny mieszkaniec Pekinu stojący naprzeciw kolumny czołgów i upadający mur berliński. Na tle eksplozji, detonacji, miażdżenia ludzi gąsienicami, serii z karabinów maszynowych i ciężarówek wywożących ciała do kostnic Polska stała się niezwykłą oazą spokoju, dalekowschodniej – chciałoby się powiedzieć – mądrości i strategicznego myślenia.

Całe społeczeństwo nagle przekroczyło własne, pielęgnowane od stuleci ograniczenia. Paradoks polegał na tym, że właśnie dlatego przegraliśmy walkę o wyobraźnię przyszłych pokoleń, bo było to za mało poważne zwycięstwo. W ten sposób ikoną szczęśliwego zakończenia dekad narodowej traumy została przez przypadek sympatyczna aktorka Joanna Szczepkowska.

Czy to brzmiało wystarczająco poważnie? W tym studiu – według naszej narodowej wyobraźni pisanej przez Prawdziwych Polaków – powinni siedzieć raczej ogorzali generałowie wysiadający z bojowych transporterów. A ona, zaproszona do studia telewizji, z którego przez lata nadawano komunikaty państwowej propagandy, zwróciła się do kamery i powiedziała spokojnie: „Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.” Było to tak zwyczajne, pozbawione agresji i radosne wydarzenie, że nie mogło przecież zostać przez nikogo z Prawdziwych Polaków przyjęte na poważnie.