Słowo
Na Spitsbergen i do Giedroycia
Opowieść o Maćku Kozłowskim autorstwa tandemu Bereś & Burnetko:
Maciej Kozłowski wspomina, że gdy w kwietniu 1968 roku wyrzucano go ze studiów dziennikarskich — rzekomo dlatego, że wyjechał w Alpy bez uzgodnienia tego z władzami uczelni, a tak naprawdę, bo przypisano mu niewłaściwe pochodzenie — jeszcze nie wiedział, że jego prapraprzodek też był oskarżany o żydowskie pochodzenie. Nie mógł więc starać się o tak zwany »dokument podróży« w jedną stronę, który władza chętnie dawała wtedy wszystkim obywatelom pochodzenia żydowskiego, bo po prostu nic, a nic o tym nie wiedział. Ale postanowił z dusznej Polski wybyć, choćby na czas jakiś.
‒ No i trafiła się okazja. Pierwsza polska wyprawa w góry Norwegii i próba dokonania nowego przejścia na największej europejskiej ścianie skalnej Trolltindene (Trollveggen). Wyprawa była liczna, brały w niej udział dwie kobiety: Halina Krüger i Wanda Rutkiewicz. Z Krakowa wytypowano trójkę: Marka Głogoczowskiego, mojego najbliższego — po śmierci Potola — przyjaciela Jędrka Mroza i mnie. Wszyscy mieliśmy złe doświadczenia z esbecją i wszyscy postanowiliśmy, jak to wówczas mówiono — wybrać wolność.
O tym, że ostatecznie latem 1968 roku zdecydowałem się na emigrację, zadecydowało wiele czynników ‒duszna atmosfera i dosłowne przerażenie tym, co działo się dookoła, antysemicka nagonka, której i ja stałem się przypadkową ofiarą, ogólne plany jakiegoś działania, chęć jednoznacznego i ostatecznego wyrwania się z łap esbecji. Ale zapewne także chęć przeżycia nowej, pasjonującej przygody.
Pozostawały oczywiście sprawy praktyczne. Co zrobić po zakończeniu ekspedycji z pięcioma przydziałowymi dolarami w kieszeni? Jeszcze w Polsce, gdy przygotowywaliśmy się do wyprawy, wpadliśmy na pomysł: Spitsbergen.
Archipelag Svalbardu na mocy traktatów wersalskich jest ‒ podobnie jak Antarktyda ‒ terytorium międzynarodowym, zdemilitaryzowanym, administrowanym jednak przez Norwegię. Archipelag ma znaczenie strategiczne ‒ leży na szlaku do Murmańska. Stąd obecność tam Rosjan i stąd zapewne norweskie kopalnie. Zarobki w kopalniach są wysokie, a do tego jest to jedyne ‒ oprócz Dubaju ‒ miejsce na świecie, gdzie nie płaci się podatków. A więc wymarzone miejsce na rozpoczęcie emigracyjnej przygody.
Przez pół roku pracowałm jako pomocnik drillera (wiertacza). Wydobycie było trudne, bo pokłady węgla znajdowały się wysoko w górach i były bardzo cienkie. Pracę zaczynało się latem, gdy słońce świeci przez całą dobę, kończyło w listopadzie, już w czasie nocy polarnej. Towarzyszył mu Andrzej Mróz, student AGH i wspinaczkowy towarzysz.
Na Spitsbergenie MK pisze swój pierwszy artykuł do „Kultury”. Zatytułował go Krajowiec wśród emigrantów, a podpisał pseudonimem Jan Matis.
Maciek Kozłowski:
‒ Spitsbergen opuszczaliśmy w dramatycznych okolicznościach. W sierpniu Sowiety najeżdżają Czechosłowację. Stosunki całego Zachodu, w tym Norwegii, stają się lodowate. Ale lodowato w sensie dosłownym zaczyna też być wokół Spitsbergenu. Już w październiku reda i port w Longyearbyen są skute lodem. Wprawdzie w pobliżu, w rosyjskiej bazie, stacjonują lodołamacze, ale w nowej sytuacji Norwegia nie chce prosić Sowietów o pomoc. Statek, który miał nas zabrać, musi zawrócić. Zaczyna brakować zaopatrzenia. W stołówce pierwsze kończą się jajka, potem masło. W listopadzie wysłany zostaje kolejny statek, mocniejszy, któremu udaje się przebić przez lód. Dobija do portu, gdzie jednak nieustannie trzeba kruszyć lód ładunkami wybuchowymi. Wszyscy, którzy mają nim wyjechać, wyznaczeni są do rozładunku. Przez trzy doby, na trzy zmiany, w trzydziestostopniowym mrozie, wyładowujemy ciężkie maszyny górnicze i kontenery z zaopatrzeniem na całą zimę. Ale w końcu docieramy do Tromsø, a stamtąd do Sztokholmu, gdzie kupujemy samochód — starego Volkswagena. Pozostaje pytanie, co zrobić z niemałą sumą pieniędzy zarobionych w kopalni. Jest kryzys finansowy. Kursy walut szaleją. Wpadamy na pomysł, by norweskie korony wymienić w szwedzkim banku na południowoafrykańskie krugerrandy — w złocie. I w ten sposób, jak w dawnych czasach, cały majątek mamy przy sobie w woreczkach przywiązanych do pasa. W czasach, gdy nie było ani kart kredytowych, ani bankomatów, ani wspólnej waluty, pomysł okazuje się strzałem w dziesiątkę — przy każdej wymianie nie tylko nie tracimy, ale zazwyczaj zarabiamy. I tak złote krugerrandy finansują, jak to potem określono, „wrogą działalność mającą na celu obalenie ustroju socjalistycznego w Polsce”.
A książkę można zakupić tutaj: